Kiedy w sierpniu minister spraw zagranicznych RFN Guido Westerwelle uczestniczył w uroczystościach 60-lecia Karty Wypędzonych w Stuttgarcie wydawało się, że to symboliczny znak triumfu Steinbach. W ten sposób jej główny wewnątrzniemiecki przeciwnik ugiął się pod presją kanclerz Angeli Merkel i musiał publicznie pokazać, że nie jest wrogiem działań szefowej Wypędzonych. Wcześniej Westerwelle był jej najostrzejszym krytykiem i podobnie jak Władysław Bartoszewski sprzeciwiał się jej udziałowi w radzie Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie".
A to ta fundacja ma zbudować w Berlinie ośrodek dokumentujący wysiedlenie Niemców. W lutym Steinbach wspaniałomyślnie zrezygnowała z przysługującego jej stanowisko, dzięki czemu jej organizacja zyskała dodatkowe miejsca w radzie fundacji (ma w niej teraz 6 z 21). Pójście do Canossy szefa niemieckiego MSZ pokazywało, kto wygrał tamten spór.
Za półtora tygodnia Steinbach miała odnieść kolejny sukces: bliski jej poglądom dyrektor fundacji prof. Manfred Kittel zaplanował publiczną prezentację koncepcji wystawy w Berlinie. Miała ona mieć miejsce przy okazji sympozjum pt. "Ucieczka, Wypędzenie, Czystki Etniczne" w Muzeum Historycznym w Berlinie. Po 12 latach przewodniczenia Związkowi Wypędzonych (BdV) Erika Steinbach była coraz bliżej swojego głównego celu.
Jednak w poniedziałek okazało się, że sprawy nie idą po myśli działaczy ziomkostw. Tego dnia swoją pracę w fundacji zawiesiło dwóch przedstawicieli Centralnej Rady Żydów w Niemczech prof. Salomon Korn i Lala Süsskind. Nie mogli się oni pogodzić z publicznymi wystąpieniami dwóch zastępców członków rady rekomendowanych przez BdV (Arnolda Tölga i Hartmuta Sängera). Tölg i Sänger twierdzili m.in., że już przed wojną Polacy i Czesi mieli plany deportacji Niemców i zwyczajnie skorzystali z okazji, którą dał im Hitler. Reprezentanci rady napisali, że wypowiedzi przedstawicieli BdV nie dają się pogodzić z celem fundacji, którym jest pojednanie, bezterminowo zawieszają swoją w niej działalność i zastrzegają sobie prawo do jej opuszczenia. Ta wiadomość była jedną ostatnich, której mogliby sobie życzyć niemieccy politycy.
W Niemczech rozpętała się burza po rezygnacji żydowskich członków Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie"
Wcześniej z prac w radzie naukowej fundacji zrezygnowali polski historyk prof. Tomasz Szarota, czeska historyczka Kristina Kaiserová oraz niemiecka publicystka Helga Hirsch. Nie podobało im się, że prace koncepcyjne w fundacji zmierzają w kierunku rewizji historii i obawiali się, że prezentacji ucieczki i wysiedlenia Niemców nie będzie towarzyszyć odpowiedni opis przyczyn wybuchu wojny i zbrodni niemieckich. Jednak tamte gesty naukowców nie miały większego znaczenia dla działań fundacji. Można było odnieść nawet wrażenie, że dymisja prof. Szaroty, wybitnego znawcy II wojny świtowej, została z ulgą przyjęta w radzie fundacji. Uwadze szerszej publiczności umykał także fakt, że rada utraciła w ten sposób swój międzynarodowy mandat (pozostała w niej tylko przedstawicielka Węgier, które w czasie wojny były sojusznikiem III Rzeszy).
Dopiero decyzja przedstawicieli środowisk żydowskich sprawiła, że niemiecka opinia publiczna na nowo zainteresowała się działalnością fundacji. Tym bardziej że w Niemczech trwa gorąca debata na temat książki członka zarządu Bundesbanku Thilo Sarrazina o nieudanej asymilacji cudzoziemców. Prezentując publicznie swoje zastrzeżenia do imigrantów, Sarrazin wspomniał m.in., że "Żydzi mają wspólny gen", wykorzystując tym samym antysemickie stereotypy z czasów III Rzeszy (później wycofał się z tej wypowiedzi). Oburzyło to m.in. prezydenta i kanclerz Niemiec, którzy zażądali dymisji Sarrazina (Bundesbank wdrożył już odpowiednie procedury).
Wczoraj politycy Partii Zielonych i Lewicy zażądali natychmiastowego odwołania przedstawicieli BdV z rady fundacji. Była przewodnicząca Bundestagu Rita Süssmuth z CDU skrytykowała kompromis, który zawarto na początku roku z organizacją Steinbach (też CDU), i mówiła, że politycy rządzący powinni podobnie zareagować jak w przypadku członka zarządu Bundesbanku. Czy tak się stanie, zależy przede wszystkim od ministra kultury Bernda Neumanna, który ze względu na swoje narodowo-konserwatywne poglądy do tej pory raczej sprzyjał wypędzonym. - Teraz okaże się, ile jest PiS w CDU - mówi jeden z ze znawców berlińskiej polityki.
Kolejne złe wiadomości dla Steinbach nadejdą w następnych dniach. Już jutro grupa uznanych niemieckich historyków chce zaprezentować propozycję dokumentacji losu wysiedlonych Niemców, która ma odpowiadać prawdzie historycznej, nie niszczyć pojednania z sąsiadami Niemiec oraz ma być niezależna od BdV. Zaś w sobotę na corocznym Dniu Stron Ojczystych (Tag der Heimat) organizowanych przez Związek Wypędzonych z wpływowych niemieckich polityków pojawi się prawdopodobnie tylko szef bawarskiej CSU Horst Seehofer. Inaczej niż to bywało w przeszłości nie będzie tam ani prezydenta, ani kanclerz Niemiec.
Andrzej Godlewski, komentator "Polski"