Holenderskie rozmowy o rządzie mniejszościowym z poparciem Geerta Wildersa i jego Partii Wolności załamały się w zeszłym tygodniu, kiedy ten kontrowersyjny antyislamista odszedł od stołu rokowań.
W Belgii najlepszy wynik osiągnęli prawicowi separatyści flamandzcy Barta De Wevera, a drugie miejsce zajęli socjaliści z francuskojęzycznego Południa, którzy mają diametralnie przeciwne poglądy na temat przyszłości państwa belgijskiego.
Wilders i De Wever są traktowani jak politycy nieprzewidywalni i nieodpowiedzialni, ale arytmetyka wyborcza skazała główne partie na negocjacje z nimi.
Mark Rutte, przywódca centroprawicowych liberałów, czyli największej partii holenderskiej, chce redukcji deficytu budżetowego o 20 mld euro, a w Belgii konieczne jest obniżenie wydatków publicznych o 25 mld euro. Takie drastyczne posunięcia wymagają stabilnego rządu, podczas gdy w obu krajach rządzą tymczasowe gabinety pod wodzą premierów odrzuconych w czerwcu przez wyborców. W Holandii, gdzie głosy rozłożyły się mniej więcej po równo między lewicę a prawicę, mówi się o konieczności powtórzenia wyborów. Wilders, którego partia osiągnęła trzeci wynik, miał wspierać koalicję Ruttego z chadekami.
Wilders zyskał poparcie dzięki agresywnym wypowiedziom antyislamskim oraz wzywaniu do wprowadzenia podatku od chusty, zakończenia budowy meczetów oraz zakazu publikacji Koranu. Jego decyzja o wyjeździe do Nowego Jorku w celu przyłączenia się do protestów przeciwko budowie ośrodka islamskiego w pobliżu Ground Zero zwiększyła zakłopotanie chadeków z powodu negocjacji z nim. W końcu trzech chadeków zagroziło odejściem z partii, przez co negocjacje straciły sens, bo koalicja nie miałaby większości w parlamencie.
Pasywność w relacjach z USA nigdy nam nie służyła. Trzeba umieć artykułować swoje polityczne celeW Holandii przynajmniej nie leży na szali przyszłość kraju, inaczej niż za granicą belgijską. De Wever opowiadał się w kampanii za niepodległością Flandrii, a teraz stawia zwiększenie autonomii tego regionu jako warunek przystąpienia do rządu. Tu wyborcza arytmetyka jest jeszcze bardziej skomplikowana, ponieważ w rozmowach koalicyjnych bierze udział aż siedem partii. Nic dziwnego, że utworzenie poprzedniego rządu trwało prawie dziewięć miesięcy.
W ostatnich dniach rokowania przybrały interesujący obrót: ważni francuskojęzyczni politycy po raz pierwszy otwarcie mówią o możliwości rozpadu kraju. Laurette Onkelinx, wicepremier i socjalistka z Południa, powiedziała: - Jeśli się rozejdziemy, najwyższą ceną zapłacą najsłabsi. Z drugiej strony nie możemy dłużej ignorować faktu, że duża część ludności Flandrii tego sobie życzy. A więc tak, musimy się przygotować na rozpad Belgii.
Philippe Moureaux, socjalista, powiedział, że Belgia jest na progu "stopniowej organizacji podziału", a Rudy Demotte, szef rządu regionalnego w Walonii, stwierdził, że wszystkie opcje są otwarte.
Jeśli to jest taktyka obliczona na postraszenie innych polityków, to należy ją uznać za niebezpieczną. Sytuacja ta pokazuje, że przy proporcjonalnej ordynacji wyborczej wyłonienie rządu może być bardzo trudne. Odejście od systemu jednomandatowego na rzecz ordynacji z reguły pozwala dostać się do parlamentu wielu partiom.
David Charter, "The Times"