(© Wojciech Barczyński/PolskaPresse)
2010-09-06 21:58:51, aktualizacja: 2010-09-07 07:34:28
"...Tylko jedno im w głowie: fotele, serdele i burdele..." - grzmiał na przedwojennych parlamentarzystów marszałek Piłsudski. W weekend myśl marszałka podjął prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla portalu Blogpress.pl wytykał agresywne, wręcz chamskie zachowanie członkom Platformy Obywatelskiej, które miało się przejawiać także poza salą obrad, w sferze, można by rzec, życia obyczajowego Sejmu.
- To trwa od 2005 roku. Nie uznają żadnych granic i to, co wie na ten temat opinia publiczna, to nawet nie jest promil tego, co jest naprawdę. Trzeba by jeszcze wiedzieć, co się dzieje na komisjach sejmowych czy nawet w restauracji sejmowej: ten poziom chamstwa jest taki, że Samoobrona to bardziej kulturalna partia niż oni - mówił dziennikarzom, bo ludzie Platformy są, jak to określił prezes Kaczyński, strasznie nieokrzesani i nastawieni na agresję. - Zdarzają się sytuacje, gdy w sejmowej restauracji poseł z PO siada na miejscu naszej koleżanki, która akurat wstała po jedzenie. Panie mu mówią, że to miejsce jest zajęte, a on siada - wyliczał Jarosław Kaczyński.
Temat sejmowej ogłady, a raczej jej braku, wrócił już następnego dnia w studiu Radia Zet, w którym podczas audycji "Siódmy dzień tygodnia" poseł Mariusz Błaszczak, szef klubu parlamentarnego PiS, mówił wręcz o "wściekliźnie politycznej". Pozostali uczestnicy rozmowy, a więc poseł Stanisław Żelichowski z PSL, sejmowy weteran, bo na Wiejskiej jest już od 1985 roku, poseł Sojuszu Marek Wikiński i Paweł Graś z Platformy mocno bronili polskich parlamentarzystów. Słowa Jarosława Kaczyńskiego o chamstwie w polityce rozpoczęły dyskusję o wychowaniu naszych parlamentarzystów
Poseł Żelichowski przypomniał nawet poprzednią koalicję PiS-LPR-Samoobrona. - Sami o sobie mówili koalicja ChiW, czyli chamy i warchoły - wzruszał ramionami. Ale poseł Błaszczak nie ustępował i wyliczał, a jakże, dokonania posła Palikota, który, o czym mogli się przekonać chyba wszyscy Polacy, nigdy nie przebierał w środkach. - To nie poseł z Biłgoraja i nie w kuluarach sejmowych, ale pan poseł Hofman z PiS, partii o wielkiej kulturze i spokoju, wzywał do tego, by posła z Biłgoraja powiesić na drzewie i żeby znaleźć mu gałąź - bronił partyjnego kolegi poseł Graś.
Jak wygląda sejmowe życie poza salą obrad? Czy rzeczywiście jest tak agresywne, chamskie, jak widzi je prezes PiS? - Nie wiem, skąd ta wiedza u pana Kaczyńskiego, bo w przeciwieństwie do pozostałych posłów, bardzo rzadko bywa w sejmowych kuluarach, a jeśli już, to w towarzystwie swoich pretorian, czyli rosłych ochroniarzy - zastanawia się posłanka Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy. I opowiada, że raz jeden zetknęła się z chamskim zachowaniem innego polityka, ale nie w Sejmie, a w studiu Superstacji. - Spotkałam się tam z Markiem Suskim z PiS i pan poseł niesiony emocjami przekroczył wszelkie granice dobrego wychowania i smaku. Sam chyba się zorientował, bo po nagraniu, przeprosił - wspomina posłanka. Dodaje też, że nigdy nie usłyszała złośliwego komentarza dotyczącego swojego stroju, urody czy figury ani seksistowskiego dowcipu rzuconego gdzieś przy stoliku obok. Ale już jej klubowa koleżanka Joanna Mucha przyznała w jednej z rozmów, że pierwszego dnia pracy w Sejmie dostała od jednego z polityków niemoralną propozycję. Także Renata Zaremba z PO wyznała w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej": - Niestety jest też coraz więcej chamskich odzywek i zaczepek. Zdarzają się nawet w Sejmie (...) Nie wiem, z czego wynika takie zachowanie. Może mężczyźni boją się takich kobiet jak ja w polityce?
Tyle że - jak mówi jeden z polityków Platformy - zawsze w gronie ponad 400 posłów panów znajdzie się jakiś nieokrzesany nimfoman. - Proszę mi wierzyć, nie wpinamy sobie pinesek w krzesła, nie plujemy do zupy i nie rzucamy petard pod drzwi hotelowych pokoi - zapewnia poseł Wikiński. I tłumaczy, że dzisiaj Sejm to benedyktyński klasztor w porównaniu z tym, co działo się w nim wcześniej. Przez posłów z rozrzewnieniem wspominany jest okres miedzy 1993 a 1997 rokiem, kiedy w sejmowym hotelu mieszkała ponad setka posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Legendy krążą o tym, co wówczas działo się przy Wiejskiej - śmieje się poseł Wikiński. Jedna z opowieści głosi, że w hotelu sejmowym co rusz gościła jakaś ludowa kapela. Do legendy przeszła tragiczna historia, kiedy to pewnej nocy z balkonu wypadła wynajęta przez posłów pani do towarzystwa.
Stanisław Żelichowski, przewodniczący klubu parlamentarnego PSL, wzrusza ramionami. - Przesada - mówi. Ale już ze śmiechem przyznaje, że rzeczywiście mieli jednego rozrywkowego senatora, którego nazwiska nie zdradzi. Ale kiedy ówczesny marszałek Senatu Adam Struzik obciążył go kosztami wynajęcia samochodu, ten zapłacił ludowej kapeli, która przez dwa dni grała pod drzwiami sejmowego pokoju marszałka Struzika. Wiele opowieści krąży też o nocnym życiu hotelu sejmowego, w czasie kiedy okupowali go politycy Samoobrony. Dziennikarze pisali o paniach lekkich obyczajów, które gościły tu prawie każdej nocy. - Bzdura. Ja chodziłem spać o 22 - ucina Andrzej Lepper. Ale słyszał za to o tym, że dwaj politycy innej partii dobijali się w środku nocy do sejmowego pokoju posłanki Samoobrony Sandry Lewandowskiej. Politycy na sali obrad skaczą sobie do gardeł, ale kiedy gasną kamery, idą razem na piwo
Tyle że te czasy dawno minęły i to, jak mówi poseł Eugeniusz Kłopotek, za sprawą ówczesnego marszałka Bronisława Komorowskiego. Bo to właśnie Komorowski wprowadził przepis, który pozwala na nocowanie w sejmowym hotelu wyłącznie dzieciom i żonom parlamentarzystów. - Ja się wyniosłem na miasto, bo nie jestem uczniem, żeby mnie strofować. A jak w hotelu sejmowym będzie się chciał przespać np. mój brat Andrzej, były poseł? - pyta Eugenisz Kłopotek. - Przecież moglibyśmy za te noclegi płacić - dodaje. Ale podkreśla, że Jarosław Kaczyński przesadza: on nie dostrzegł, aby w restauracji ktoś kogoś podsiadał albo rzucał jakieś chamskie uwagi. - Prawda jest taka, że kiedy politycy wchodzą na trybunę sejmową, ogarnia ich jakiś amok, ale nie ma waśni poza salą obrad - uważa poseł Żelichowski.
Przed kamerami skaczą sobie do gardeł, kiedy kamery gasną, idą razem na piwo. - Z tego, co sobie przypominam, to posłanka PiS biegała w nie najlepszej formie po sejmowych korytarzach - rzuca jeszcze na koniec Żelichowski. Trudno się nie domyśleć, że chodzi o posłankę Elżbietę Kruk z PiS, którą dziennikarze przyłapali w Sejmie w stanie "głębokiego rozluźnienia".
Jak to więc jest z tym politycznym chamstwem? Poseł Bartosz Arłukowicz ma taką teorię: - Ja się z nim nie spotkałem, ale może dlatego, że go nie szukam.
Dorota Kowalska