Jak ocenia Pan projekt budżetu na 2011 rok?
Ten budżet jest taki sobie: nijaki, doraźny, zachowawczy. Jest obliczony na doraźne rozwiązanie problemów, na jeden rok. Brakuje w nim głębokich reform.
Rząd szacuje, że jeśli gospodarka wzrośnie nam o 3,5 proc., a inflacja średnioroczna wyniesie 2,3 proc., w przyszłym roku państwo będzie musiało pożyczyć już tylko 40 mld zł wobec 52 mld zł planowanych w bieżącym roku. W efekcie dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto wynieść ma 54,4 proc., a więc będzie balansował na granicy progu ostrożnościowego. Uda się dotrzymać tych założeń?
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wzrost gospodarczy w przyszłym roku będzie wyższy niż zakładany przez Ministerstwo Finansów - nasze szacunki mówią o 4, 2 proc.
- wyższa może być także inflacja, utrzyma się na poziomie 3,5 proc. To daje spory margines bezpieczeństwa dla budżetu i dużą szansę, że uda się utrzymać w ryzach poziom długu publicznego w stosunku do PKB. Jednak z powodu braku jakichkolwiek reform w kolejnym, 2012 roku problemy pozostaną te same co obecnie. Wówczas grozi nam z całą pewnością przekroczenie poziomu ostrożnościowego.
A zatem należy spodziewać się, że po 2012 r. czekają nas dalsze podwyżki podatków?
Obawiam się, że rząd liczy na to, że uda się przekonać Komisję Europejską do zmiany sposobu liczenia długu publicznego, tj. wliczenia finansów OFE do finansów publicznych. Gdyby tak się stało, to dług publiczny już od przyszłego roku byłby niższy o 8-9 pkt proc.
Co jest Pana zdaniem słabą stroną budżetu, słabym punktem?
Niepokoi mnie wspomniany już wcześniej przeze mnie brak reform, które pozwoliłyby w przyszłości ograniczyć wydatki. Niepokojące jest to, że zmniejszenie deficytu sektora publicznego ma się odbyć głównie za sprawą zwiększenia dochodów. Są podwyżki podatków - stawki VAT z 22 na 23 proc., kilkuprocentowa podwyżka akcyzy na papierosy, na paliwa. Natomiast cięcia są najwyżej symboliczne: zamrożenie płac w budżetówce, zmniejszenie zasiłku pogrzebowego [z około 6 tys. do 4 tys. zł - red.]. To za mało, by uzdrowić polskie finanse publiczne w kolejnych latach.
Gdyby rząd premiera Donalda Tuska miał reformę przeprowadzić, to od czego, Pana zdaniem, powinien zacząć?
Trzeba zająć się też stroną wydatków publicznych. Mamy m.in. problem niskiej aktywności zawodowej osób po 50. roku życia, bez wątpienia konieczne jest podwyższenie wieku emerytalnego. Trzeba byłoby wreszcie zreformować KRUS, rozwiązać problem nierówności związanej z emeryturami rolniczymi. Jednak zamiast reformować KRUS i podnieść wiek emerytalny, łatwiej jest podnieść podatki. To jednak niepopularne decyzje, na które jest już za późno i których w roku wyborczym raczej się nie spodziewam.
Ktoś jednak musi ponieść koszty tak skrojonej polityki. Czy dostrzega Pan jakąś grupę, która została dotknięta bardziej niż inne?
Trudno takiej grupy się doszukiwać. Koszty podwyżki podatków poniesiemy wszyscy po równo: podwyżka VAT w zasadzie w jednakowym stopniu dotknie wszystkich konsumentów. Nie widzę grupy, która byłaby szczególnie poszkodowana, może poza palaczami, którzy zapłacą wyższą o ok. 4 proc. akcyzę.
Rząd wybrał zatem politykę publicznego spokoju?
Z jednej strony tak, ale z drugiej zawsze istnieje ryzyko, że brak reform zaniepokoi inwestorów zagranicznych. Wystarczy, że na świecie zapanuje panika, podobnie jak w przypadku Grecji, a konsekwencją stanie się ucieczka inwestorów. Wówczas grozi nam drastyczny wzrost kosztów obsługi długu zagranicznego.