Ale Pawełek wciąż płakał ze strachu, zapierał się, chował za rodziców. Nie chciał założyć bucików, a potem wyjść z pięcioma obcymi osobami. Był krzyk. Pies ujadał. Potem Dzikowiczowie zostali sami. Nagle zrobiło się cicho. Chcieli jechać z Pawłem, ale któryś policjant powiedział, że nie zmieszczą się już w samochodzie. Zadzwonili po taksówkę. Przed budynek Pogotowia Opiekuńczego w Legnicy zajechali kilkanaście minut po tamtych.
Do dziś nie wiedzą, jak doszło do tego, że państwo wprawiło w ruch potężną machinę, aby zabrać im jedynego synka. Ich słoneczko. Oczko w głowie. Całą miłość. Są zwyczajną rodziną, podobną do tysięcy innych w Polsce. Mieszkają w trójkę w bloku pamiętającego początki Peerelu. Pan Piotr dobrze zarabia jako technik elektronik w Hucie Miedzi Legnica. Pani Renata studiowała teologię w legnickim seminarium, potem pracowała w sekretariacie kancelarii adwokackiej, a od ośmiu lat jest na rencie.
Oboje są religijni. Poznali się czternaście lat temu w kościele. Wychodząc z mszy, zagadali do siebie, było fajnie, poszli posiedzieć w kawiarni. Trzy miesiące później byli już małżeństwem, a rok później urodził się Paweł. Chłopiec miał sześć lat, kiedy zaczął tracić włosy. Lekarze zdiagnozowali łysienie plackowate, chorobę skórną niewiadomego pochodzenia. W szkole rówieśnicy wyśmiewali się z łysej czaszki, dokuczali odmieńcowi. Paweł nie pozostawał dłużny. Łatwo popadał w konflikty. Za każdym razem pani Renata jak lwica stawała w obronie swego dziecka, nie wahając się zadrzeć z nauczycielami i innymi rodzicami.
W ciągu trzech pierwszych lat nauki Paweł czterokrotnie zmieniał szkołę. Informacja o tym jakimś sposobem dotarła w końcu na policję, a kiedy dzielnicowy zaczął pytać sąsiadów o Dzikowiczów, usłyszał, że matka jest dziwna: zamiast zająć się chłopcem, klepie różańce, biega do kościoła i czeka na objawienia. Objawienia powtarzają się, odkąd Renata skończyła 11 lat. Po Czechach - wsi koło Jaworzyny Śląskiej - krążyła akurat kopia cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Jest czerwiec 1985 roku. Z młodszym rodzeństwem i rodzicami dziewczynka klęczy długo przed Najświętszą Panienką. Potem nie może zasnąć z emocji, bo na noc obraz ma zostać w jej pokoju.
Sen przychodzi nagle i równie nagle się kończy. Renatę budzi lekki powiew wiatru, powietrze oszałamia zapachem kwiatów. W pokoju jest jasno jak w dzień, choć zbliża się północ. Obudzona dziewczynka trze oczy. Przy swym łóżku widzi Matkę Boską, piękną panią w długiej białej sukni w wieńcu z dwunastu gwiazd. Uśmiecha się do Renaty, macha ręką. - Jeszcze będziesz szczęśliwa - obiecuje. Od tego czasu wizje się powtarzają. Dotąd było ich już kilkadziesiąt. Kościół wie o objawieniach, jakich doświadcza legniczanka, dotąd jednak oficjalnie nie zabierał głosu w ich sprawie.
Sąd, który w 2009 roku decydował o zawieszeniu Dzikowiczów w prawach rodzicielskich, uznał je za objaw zaburzeń psychotycznych. W nadzwyczajnej religijności pani Renaty dopatrzył się choroby, choć przedstawiała zaświadczenia psychiatrów, że oboje z mężem są absolutnie zdrowi. Paweł został umieszczony najpierw w pogotowiu opiekuńczym, potem w domu dziecka. Rodzice poruszyli niebo i ziemię, aby go stamtąd wyrwać. Rzecznik praw dziecka Marek Michalak przejrzał akta sprawy i złożył wniosek o powrót Pawła do domu. Sąd rozpatruje go od roku. Wyrok zapadnie 28 września. Ale 10 sierpnia sąd postanowił, by do czasu ostatecznej decyzji Paweł wrócił do rodziców.