I jednego trzeba organizatorowi - Europejskiemu Centrum Solidarności - pogratulować: rozmachu organizacyjnego. I sprawności. Dawno nie widziałem tak wielkiej imprezy, która przebiegałaby tak gładko. Żadnych kolejek, żadnych nieporozumień. Dobra widoczność z każdego punktu, świetne nagłośnienie. Tutaj Centrum spisało się świetnie.
Poradziło też sobie z odpowiednią oprawą spotkania. Ściągnięcie reżysera Roberta Wilsona, doświadczonego i uznanego w dziedzinie organizacji wielkich publicznych koncertów i widowisk, dawało zarówno rozgłos, jak i budziło zmysły w oczekiwaniu na coś wyjątkowego. We wtorek ludzie idący obejrzeć odnowioną salę BHP Stoczni Gdańskiej, gdzie podpisano porozumienia sierpniowe, z ciekawością obserwowali ostatnie montaże ogromnych dekoracji.
One też zapowiadały wielkie wydarzenie, podobnie jak sceneria koncertu. Ta utworzona sztucznie (pięć wielkich ekranów) i ta naturalna. Bo wielkie portowe dźwigi w tle, naprzeciwko pomnik ofiar grudniowej masakry, bliskość miejsca, gdzie 31 sierpnia podpisywano porozumienie z władzą komunistyczną, stwarzały okazję do stworzenia i przeżycia czegoś niezwykłego. Możliwego tylko tu i teraz.
Niestety, nie była to szansa wykorzystana. Kiedy przeszła już część oficjalna, mocno polityczna, i rozpoczął się koncert, czuło się narastające rozczarowanie. Bynajmniej nie jakością widowiska, nie jakimiś wpadkami, ale generalnym przesłaniem. Bo siedzieliśmy tam, w sercu stoczni, i zastanawialiśmy się w kilkuosobowej grupie przyjaciół, gdzie właściwie jesteśmy. Ku czci czego to koncert? Na pewno był ku czci wolności, ale rozmytej, bezosobowej, zbyt globalnej, by kontekst rocznicy Solidarności mógł mocno wybrzmieć, a przesłanie wielkiego polskiego zrywu było odczytane na nowo.
Zdjęcia i projekcje multimedialne tworzyły warstwę przekazu ciekawą, ale kompletnie oderwaną od warstwy muzycznej. W efekcie powstawała mieszanka interesująca, koncertowo perfekcyjna, ale dziwnie pusta.
Trudno było to spiąć z pocztami sztandarowymi Solidarności, których kilkaset przyszło w uroczystym pochodzie pod scenę. Czemu miały się kłaniać? Wyszło niestety, że bożkowi efektu, bez głębszego przesłania. Odpowiadaliśmy więc sobie na wcześniej zadawane pytanie: to mógł być zarówno koncert z okazji urodzin Nelsona Mandeli, jak i na 15-lecie wielkiego koncernu farmaceutycznego. Czuli to chyba widzowie, bo pierwszy deszczyk wygonił sporą grupę widzów.
Szkoda. Szkoda podwójna, bo taka rocznica w takim miejscu, z takimi pieniędzmi do wydania, nie zdarzy się pewnie prędko. Inna sprawa, że był to problem całych tegorocznych obchodów. Większość komentarzy skupiała się na warstwie politycznej. Ale mnie najbardziej uderzał brak głębszej refleksji nad tym, czym była Solidarność, jakie przesłanie dziś powinniśmy wybijać. Kombatanctwo nie wystarczy, by idea żyła.
Na szczęście kontrastowała z tym wszystkim autentyczna, wyczuwalna na każdym kroku radość zwykłych mieszkańców Gdańska, atmosfera radości i dumy widoczna w sercu Gdańska przez dwa dni. I najpiękniejsze przeżycie obchodów: msza święta przy bramie stoczni, przy pomniku ofiar masakry grudniowej. Prosta forma, bez udziwnień, ale przeżycie niezwykłe.