Jednak czy uda się spełnić te zapowiedzi, zależy nie tylko od relacji prezydenta z premierem, ale również z ministrem spraw zagranicznych. - Żeby skutecznie reprezentować Polskę, trzeba mieć niezbędne, osobiste atrybuty - mówił podczas marcowej debaty wieńczącej prawybory w PO Radosław Sikorski. W ten sposób szef MSZ przekonywał partyjnych kolegów, że będzie lepszym prezydentem niż Bronisław Komorowski, i sugerował brak międzynarodowego doświadczenia u ówczesnego marszałka Sejmu. W tej kwestii ta i inne wypowiedzi Sikorskiego były dla obecnego prezydenta znacznie bardziej bolesne niż krytyka ze strony Jarosława Kaczyńskiego w czasie prawdziwej kampanii wyborczej.
W Brukseli Bronisław Komorowski zaprezentował priorytety polskiej prezydencji w 2011 r.
Pół roku po tamtych wydarzeniach dawni rywale na różne sposoby przekonują, że są zdolni do harmonijnej współpracy. Po wyborach prezydenckich Sikorski zaproponował nawet, by w polskich placówkach dyplomatycznych za granicą wywieszać portrety głowy państwa. Mimo że za tę propozycję prezydent wdzięcznie podziękował i ją odrzucił, to jednak można ją było interpretować jako swoisty hołd szefa MSZ.
Co prawda w podróży do Brukseli, Paryża i Berlina prezydentowi nie towarzyszy Radosław Sikorski (jest za to aż trzech jego zastępców), to jednak była ona przygotowywana przy pełnym zaangażowaniu MSZ. Zgodnie ze swoimi zapowiedziami Komorowski nie chce budować w Kancelarii Prezydenta drugiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zapewne więc sytuacja będzie podobnie wyglądać przy najbliższych wyjazdach głowy państwa na szczyty państw bałtyckich do Rygi, Grupy Wyszehradzkiej do Karlowych War czy NATO do Lizbony.
Jeśli miałby się pojawić jakiś rodzaj konkurencji między Krakowskim Przedmieściem a aleją Szucha, to możliwe byłoby to w sprawach nominacji ambasadorskich. Jest to jedno z tych konstytucyjnych uprawnień głowy państwa, z którego Bronisław Komorowski nie zrezygnuje. Możliwe nawet, że m.in. na tym polu zechce udowodnić, że nie jest "malowanym prezydentem". Już w najbliższym czasie na nowo trzeba obsadzić stanowiska ambasadorów w Moskwie i Kijowie. Możliwe, że do dyspozycji będzie również placówka w Waszyngtonie. Ponieważ poprzednicy Komorowskiego uzyskiwali od MSZ wpływ na nominacje w kluczowych dla Polski stolicach oraz dodatkowo mieli pulę stanowisk do de facto samodzielnej obsady, podobnych ustępstw od MSZ może chcieć oczekiwać obecny prezydent.
Tymczasem w relacjach prezydent - premier nie widać na razie powodów do poważniejszych tarć. W Brukseli Bronisław Komorowski zaprezentował priorytety polskiej prezydencji w 2011 r. Mimo że do objęcia przez Polskę przewodnictwa w UE pozostał prawie rok, to jednak już teraz szef rządu umożliwił szefowi państwa pierwszą tak poważną prezentację polskich celów w UE. W przyszłości prezydent nie będzie chciał dublować swoich działań na europejskiej arenie z tym, co zamierza robić Donald Tusk. W rozpoczynających się właśnie negocjacjach o finansach UE do 2020 r. czy reformach ekonomicznych w Unii decydującą rolę będzie odgrywał premier. Komorowski będzie go wspierał, budując dobre relacje ze stolicami państw Trójkąta Weimarskiego oraz krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki tej współpracy Komorowskiego i Tuska polski głos ma być lepiej słyszany i bardziej uwzględniany w Europie.
Za to w sprawach bezpieczeństwa prezydent oczekuje uznania prymatu przez premiera. Komorowski, który jest świetnym znawcą konstytucji, już publicznie wskazywał, że w dziedzinie obronności i bezpieczeństwa to na nim spoczywa największa odpowiedzialność. W czasie kampanii ton jego wypowiedzi na temat wycofania wojsk z Afganistanu odbiegał od tego, co mówili przedstawiciele rządu, ale teraz różnice prawie nie są zauważalne. Rozmawiając o tej sprawie z sekretarzem generalnym Sojuszu Andersem Foghiem Rasmussenem, Komorowski prezentował oczywiście stanowisko rządu.