Jak Pan ocenia obchody 30. rocznicy Solidarności?
Doskonale rozumiem zdenerwowanie działaczy "S". Wiedząc o tym, w jaki sposób są - w dosłownym znaczeniu - zaorywane zakłady, historyczne miejsca narodzin Solidarności, chyba łat_wo sobie wyobrazić, w jakich nastrojach mogą być ludzie, którzy w tych zakładach pracowali, którzy dziś te załogi reprezentują. Skoro przedstawiciele kolejnych rządów solidarnościowych przyjeżdżają w miejsca, które niestety już poupadały, to trudno się dziwić, że delegaci obecnej Solidarności przyjmują ich gwizdami.
Pana zdaniem ta reakcja w czasie tak ważnej uroczystości była do przewidzenia?
W tych gwizdach jest z całą pewnością mocny wyraz nastrojów i oceny. Z góry było wiadomo, że jeśli uroczystości obchodów odbędą się w takim zestawie osób, to wynikną z tego napięcia. Rocznica to jednak nie czas na wywoływanie publicznych awantur. Z tego powodu nie wziąłem udziału w tych uroczystościach. Można było spróbować tego uniknąć.
Co Pan myśli o wystąpieniu pani Henryki Krzywonos?
Jeżeli się już jest na miejscu, gdzie doświadcza się tego tupania i gwizdów, to oczywiste, że należy zabrać głos. Znam osobiście tych wszystkich ludzi. Znam panią Krzywonos, Lisa, Borusewicza. W Polsce tak wielkich ludzi o tak silnych charakterach jest bardzo mało. Było oczywiste, że ktoś z nich zareaguje. Potrafili być zdecydowani, potrafili ostro zareagować w stokroć trudniejszych sytuacjach.
Na tej uroczystości zabrakło pewnej delikatności. Będąc w tym historycznym miejscu, i to w 30. rocznicę "S", trzeba poczuć jakąś współodpowiedzialność za to, co się stało ze stoczniami.
W takim razie co należy zmienić w przyszłości w obchodach Solidarności?
Solidarność jest wydarzeniem godnym nie tylko wielkich utworów muzycznych, koncertów, filmów, wielkich poetyckich strof. Jest też warta, a nawet śmiało mogę powiedzieć, że wymaga naukowych, analitycznych badań. Każdy element tego wydarzenia powinien być z różnych stron badany i szeroko opisany.
Z tym jednak u nas ciężko.
Kto się zajmuje badaniem fenomenu Solidarności? Tak naprawdę to tylko Amerykanie. Dzięki tym badaniom można oceniać skuteczność innych tego typu ruchów, np. pomarańczowej rewolucji. Polska nauka w ogóle nie jest zainteresowana badaniami nad zjawiskiem "S". Jedyną instytucją, która w tym kierunku cokolwiek robi, jest - pamiętając o wszystkich kontrowersjach - Instytut Pamięci Narodowej.
Jak Pan ocenia dzisiejszą Solidarność w stosunku do tej sprzed 30 lat?
Trzydzieści lat temu, wśród dziesięciu milionów członków ponad milion to aktywni działacze. Byli wśród nich lekarze, nauczyciele, robotnicy i naukowcy. Regularnie się spotykali, prowadzili dyskusje o tym, jak zreformować swoją dziedzinę życia. Ludzie ci zajmowali się reformowaniem państwa we wszystkich jego aspektach. Było to czymś, co intelektualnie pobudzało, napędzało i przyciągało najlepsze oraz najcenniejsze umysły. Dlaczego nic po tym nie zostało dzisiaj, bo nikt w okresie III Rzeczypospolitej nie dał im szansy. W dzisiejszej Polsce reformy narzuca się autorytarnie, a to - wobec solidarnościowego doświadczenia - fatalny błąd.
Czy należy w takim razie odebrać sztandar Solidarności?
Z całą pewnością nie. W którymś momencie, przynajmniej mam taką cichą nadzieję, pojawi się wreszcie w "S" młode pokolenie. Proszę zwrócić uwagę, że ja, Frasyniuk, Lis - mając po 36, 37 lat - stwierdziliśmy, że jesteśmy już na przewodzenie temu ruchowi za starzy, i ustąpiliśmy młodym. I gdzie tam ci młodzi? Gospodarka zmienia się tak szybko, że potrzeba do tego nowoczesnych, świeżych umysłów.
Czy obchody Solidarności powinny mieć charakter państwowy?
Tak, jak najbardziej. Z pełnym namysłem podpisałem się pod tym oświadczeniem. Przede wszystkim dlatego, że to pozwoli oderwać obchody od symbolicznych, ale zaoranych miejsc i przywrócić obchodom wymiar, którym Solidarność była, wymiar ruchu obywatelskiego, który przywraca wolność obywatelom i reformuje kraj.