Prezydenta Bronisława Komorowskiego potraktowano z ostentacyjną rezerwą. Premiera Donalda Tuska wygwizdano. Okazało się natomiast, że bohaterem numer jeden Solidarności jest nie Wałęsa, nie Borusewicz, nie Frasyniuk, ale Jarosław Kaczyński. To jemu właśnie związkowcy składali hołdy i urządzali standing ovation. Nie bez powodu. Prezes PiS wyjawił na zjeździe długo skrywaną tajemnicę: sierpniowy strajk uratował Lech Kaczyński, który wbrew dążącym do ugody z komunistami doradcom (w domyśle: Tadeuszowi Mazowieckiemu) upierał się przy wersji bardziej radykalnej. Dzięki temu powstała Solidarność. - Nie wolno ludzi oszukiwać - ostrzegał prezes PiS, odnosząc to oczywiście do innych.
- Panie prezesie, niech pan nie skłóca ludzi! - zawołała sygnatariuszka porozumień sierpniowych Henryka Krzywonos. Ale był to apel spóźniony, bo przecież nie od dziś wiadomo, kto stał tam, gdzie Solidarność, a kto tam, gdzie ZOMO.
Lech Wałęsa dobrze wiedział, co robi, gdy odmówił udziału w tej, pożal się Boże, imprezie
Zniesmaczony Bogdan Borusewicz zaproponował wczoraj, by organizowaniem obchodów Sierpnia '80 zajęło się państwo. Nikt chyba nie zrobi tego lepiej niż Europejskie Centrum Solidarności, które do tego między innymi zostało powołane i jak dotąd pomysły dyrektora ojca Macieja Zięby się sprawdzają. Przypomnę tylko zeszłoroczne obalanie kostek domina podczas stoczniowego koncertu Scorpionsów. Pierwszą kostkę z napisem "PRL" przewracali Wałęsa, Borusewicz, Borowczak, Felski i Prądzyński - ci, którzy rozpoczęli strajk w sierpniu 1980 roku. Tak się ten pomysł spodobał, że powtórzyli go Niemcy z okazji rocznicy obalenia muru.
W tym roku obchody rocznicowe Solidarności rozpoczęły się koncertem Leszka Możdżera na Targu Węglowym w Gdańsku. Słuchały go tysiące ludzi. Byli wśród nich kombatanci Solidarności, ale przeważała młodzież - pokolenie, które PRL zna już tylko z podręczników szkolnych i opowiadań rodziców. Ten znakomity koncert niósł ze sobą przetworzone w dźwięki muzyki przesłanie tamtego zrywu sprzed trzydziestu lat: chcemy być wolni. Możdżer i jego znakomici goście, jazzmani ze Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Izraela, Polski, swoimi improwizacjami mówili do nas: Gramy w wolnym kraju, dla wolnych ludzi. Nie opowiadali się swoją muzyką przeciw komuś czy czemuś ani za kimś czy czymś - po prostu grali. A my, którzy przyszliśmy w pogodny sierpniowy wieczór pod mury gdańskiego Starego Miasta, znaleźliśmy się tam dlatego, że chcieliśmy ich słuchać, a nie dlatego, że jesteśmy za czymś lub przeciw czemuś. Przyszliśmy tam, bo mieliśmy na to ochotę, bo jesteśmy wolni. Ową przestrzeń wolności wywalczyli dla nas robotnicy i intelektualiści w Sierpniu 1980 roku w Stoczni Gdańskiej. I nie tylko tam. Tak! Koncerty, wielkie, pełne radości widowiska zamiast zjazdów, bo to albo nudna akademia ku czci, albo awantura.