Oglądalność serialowych tasiemców na świecie wcale nie słabnie, a wręcz przeciwnie, stale wzrasta. Możemy to obserwować także nad Wisłą, gdzie inwestowanie w kolejne seriale staje się filmową normą. Daleko nam jednak do wystawności, z jaką swoje długaśne filmidła produkują Amerykanie. Pozostaje nam raczej czekanie, aż trafią na nasze ekrany. Także te hity, które zostały nagrodzone na niedzielnej uroczystości.
Czy na rozdaniach tegorocznych Emmy były niespodzianki?
Wyłącznie, jak powiedziałby zapewne prowadzący imprezę Jimmy Fallon, aktor z łatką komedianta, choć nieraz grywał w całkiem poważnych produkcjach (choćby w martyrologiczno-militarnym serialu "Kompania braci"). Najważniejszą z tych niespodzianek jest to, że główne laury zgarnęli aktorzy mało znani, detronizując telewizyjne opatrzone sławy. "Żyj i daj żyć innym" - ta stara kapitalistyczna zasada sprawdza się w serialowym światku bezbłędnie: siedem z ośmiu nagród za aktorstwo zdobyły nowe twarze.
Prezentację tegorocznych supersław zacznijmy od dam. W roli komediowej nie miała sobie równych Edie Falco, grająca w serialu "Siostra Jackie", znana wcześniej m.in. z "Rodziny Soprano". Edie (właściwie Edith, ale zbyt francuskie imię nie pasowało jej do image'u) nie jest ani specjalnie ładna, ani też - jak na standardy współczesnej filmowej poprawności - szczególnie młoda (rocznik 1963). I co ciekawe, nagroda Emmy to dla niej nie pierwszyzna (zdobyła ją m.in. za wcielenie się w Carmelę Soprano, żonę Tony'ego).
U jej boku stanęła Kyra Sedgwick, debiutantka na fetach Emmy, uhonorowana statuetką w kategorii dramatu. Zagrała rolę twardej jak skała policjantki w tasiemcu "The Closer", co już wdzięcznie przetłumaczono na polski jako "Podkomisarz Brenda Johnson". Też nie najmłodsza (rocznik 1965), plątała się gdzieś w filmowych ogonach (choć załapała się m.in. do "Urodzonego 4 lipca" i "Batmana"). Popularność wśród publiki zdobyła raczej na gruncie pozafilmowym, wychodząc za mąż w 1988 roku za przebrzmiałe bożyszcze kinomanek, czyli Kevina Bacona.
Z filmowych dżentelmenów triumfował Jim Parsons za wcielenie się w ekscentrycznego fizyka w komedii "Teoria wielkiego podrywu". Jak to złośliwie określił wspomniany już Fallon: "Ktoś wreszcie zdetronizował w tej kategorii Aleca Baldwina, gwiazdę teletasiemca »30 Rock«". Za rolę dramatyczną nagrodzono zaś Bryana Cranstona z mało pedagogicznego serialu "Breaking Bad". Cranston gra tam nauczyciela, który zajął się z powodzeniem narkotykową dilerką.
W kategorii seriali wygrały "Mad Men" (dramat), "Współczesna rodzina" (komedia), Temple Grandin" (telefilm) i "Pacyfik" (miniserial). Ten ostatni, wyprodukowany przez HBO, a zrealizowany przez Toma Hanksa i Stevena Spielberga, potwierdza dobrą kondycję tej wytwórni. Dość powiedzieć, że w historii nagród Emmy HBO zgarnęło już 101 statuetek.
Biznes zatem kręci się na najwyższych obrotach, co potwierdzają choćby aktorskie gaże. Taki Hugh Laurie, czyli telewizyjny dr House, potrafi wyciągnąć za sezon nawet 9 milionów dolców. Nic dziwnego, że na mały ekran trafiają coraz częściej głośni kinowi aktorzy, wystarczy wymienić Davida Duchovny'ego czy Calistę Flockhart. Z kolei wędrówki w drugą stronę zdarzają się niezwykle rzadko, choć i tutaj można wskazać choćby na George'a Clooneya, który uciekł do Hollywood z popularnego "Ostrego dyżuru", w którym łamał serca pacjentkom jako dr Ross. Ale osobliwe przypadki Mr Clooneya to wątek na zupełnie inną opowieść.