Lech Wałęsa obwieścił, że pozwoli obecnej Solidarności, aby dogorywała. Ten pogardliwy ton jej dawnego lidera współbrzmi z tym, co przy okazji trzydziestej rocznicy Sierpnia'80 pisze i mówi o obecnym związku Janusza Śniadka większość opiniotwórczych elit.
"Co widać? Syndykalną nomenklaturę, dżilasowską nową klasę, dobrze odżywionych związkowych urzędasów popsutych przywilejami i gwarancjami nietykalności, gnuśnych beneficjentów karnawału 1980. Dzisiejsza Solidarność zmieniła się w karykaturę tej sprzed 30 lat. Tamta była wielka, jednocząca, spontaniczna i pluralistyczna, ta jest skarlała, dzieląca, wyrachowana i jednorodnie katolicko-narodowa" - to przykładowo tyrada Jarosława Kurskiego, wicenaczelnego "Gazety Wyborczej", otwierająca blok tekstów o solidarnościowym dziedzictwie w weekendowym wydaniu tego dziennika.
Czy dzisiejsza Solidarność mogłaby być wielka, jednocząca i pluralistyczna?
Mogła być taka jako ogromny obóz skupiający wszystkie możliwe rewindykacje i pretensje skierowane pod adresem komunistycznego państwa - kontrolera całego życia społecznego i w dużej mierze jedynego pracodawcy. Mieć żal do dzisiejszej Solidarności, że jest jednym z wielu podmiotów o własnej specyficznej tożsamości, która raczej dzieli, niż łączy, to mieć żal o to, że mamy demokrację i wolny rynek. Czyli w gruncie rzeczy powielać schemat Andrzeja Gwiazdy i Anny Walentynowicz, którzy - gdy wsłuchać się uważnie w ich pretensje - poza rewindykacjami antykomunistycznymi mieli zawsze żal do obecnej polityki, także do obecnej Solidarności, o wyrzeczenie się wielkiej utopii, która możliwa była wtedy, ale niemożliwa jest teraz.
Myślę, że takiej ułudy akurat Kurski nie wyznaje. I że dobrze pamięta, jak było. Pamięta na przykład ten strumień działaczy związku wszystkich orientacji, ale na początku również tej bliskiej Kurskiemu, którzy jak Zbigniew Bujak czy nieco później Władysław Frasyniuk wysiedli ze związkowego tramwaju na przystanku "normalna demokratyczna polityka". To była część normalności, nawet jeśli warto dyskutować o czasie i formie poszczególnych rozstań. Po co więc nagle to oglądanie się wstecz, już nie z żalem, ale ze szlochem po rozlanym mleku? Wałęsa był liderem narodowego powstania, ale też roszczeniowego związku. Dziś potrzebny jest związek
Po prostu środowisku politycznemu Kurskiego potrzebny jest poręczny bat na organizację, która sympatyzuje z PiS. Partią, której "Wyborcza" nie lubi. "Związek, który - przylepiając się do jednej partii politycznej - stał się widomym znakiem skarlenia i degradacji wspaniałego logo" - wydaje wyrok naczelny "Wprost" Tomasz Lis.
I znowu, wygrażać normalności, dlatego że odstaje od naszego interesu, jest zajęciem mało roztropnym. Na całym świecie związki garną się do ugrupowań, które są im bliższe programowo. Niekiedy to same partie kreowały swoje związki, gdzie indziej centrale związkowe wybierały sobie formacje - jak AFL i CIO demokratów w latach 30. w USA. Były to na ogół ugrupowania lewicowe. W Polsce funkcję społeczną reprezentowania nieuprzywilejowanych próbuje pełnić w większym stopniu PiS niż PO. "Wyborcza" czy Lis zajmują na ogól stanowisko niechętne związkowym aspiracjom. A jednocześnie chcieliby, aby sam związek był bliski "wszystkim", a więc i im. To dopiero byłaby patologia.
A przy okazji powtarzają antyzwiązkowe stereotypy. Biurokracja, nomenklatura, dobrze odżywione urzędasy przeciwstawiane są dawnej spontanicznej solidarności przez małe "s". A cóż w tym dziwnego, że działacze związkowi są dziś funkcjonariuszami traktującymi swoją misję jako zawód? Lepiej wypełnialiby obowiązki, gdyby byli wychudzonymi z głodu outsiderami? Związki są na całym świecie z lekka zbiurokratyzowane, nie zawsze skuteczne, często bronią pracowniczych przywilejów. To kwestia decyzji wyborców, na ile państwo się z nimi liczy. Często reprezentują mniejszość zatrudnionych, to też żaden ewenement. Ale wyrażają czyjeś interesy, tak samo jak organizacje pracodawców, korporacje zawodowe, zrzeszenia czy wreszcie partie.
Powtórzę: to normalność! Wszelako nie dla Kurskiego i Lisa, którzy chcieliby… No właśnie, czego? Związku, który buduje kapliczki Leszkowi Balcerowiczowi?
W roku 1981, a i potem w podziemiu, tamta Solidarność zrzeszała liberałów, socjaldemokratów, konserwatystów, narodowców i katolików, broniła także ludzi niezatrudnionych, gdy żądali większej wolności, a tak naprawdę zmierzali z taktycznych powodów krętymi drogami do niepodległości Polski. I w tym sensie prawo do duchowego spadku po niej ma tyleż samo Tusk, Komorowski, Lityński, Wałęsa czy Michnik, co Kaczyński, Romaszewski czy Macierewicz. Albo Bugaj. Dwie oddzielne tradycje Solidarności to po prostu fakt. Po co wygrażać z tego powodu komukolwiek?
Ale ponieważ Solidarność była, formalnie rzecz biorąc, "tylko" roszczeniowym związkiem, trudno, aby ktoś inny jak organizacja Śniadka przejął jej oficjalny sztandar. Tuż poniżej wywodów Kurskiego Agata Szczęśniak z "Krytyki Politycznej" żali się, że nikt nie pamięta o Solidarności jako o obrońcy pracowników. Otóż jeśli ktoś pamięta, to działacze dzisiejszego związku. Robią to lepiej, gorzej, ale robią. Bez dawnych szaleństw: obskuranckiego radykalizmu a la Wrzodak czy usiłowań do zdominowania polityki a la Krzaklewski. Przy wyraźnych politycznych afiliacjach obecna Solidarność traktuje obcy sobie rząd jako partnerów, a o bliskie sobie sprawy i interesy zabiega raczej zbyt spokojnie niż zbyt buńczucznie.
Kształt życia publicznego i społeczeństwa jest taki, że kształtują się wyraźnie dwa różne nurty przeżywania solidarnościowych tradycji: bardziej wolnościowo-polityczny symbolizowany przez polityków PO i większość dawnych przywódców KOR oraz związkowo-egalitarno-prawicowy kojarzony z obecnym związkiem i PiS. Nie ma sensu dążyć do sztucznej unii personalnej tych kierunków, nawet jeśli są ludzie, którzy odnajdują się gdzieś pomiędzy obydwoma nurtami, jak autor niniejszego tekstu. W tej sytuacji oddzielne obchody kolejnych rocznic to także element normalności. Ale po co wygrażać z tego powodu obecnej Solidarności?
A jest jeszcze coś. Jeśli tak wam zależało, piszę teraz o "Wyborczej", o środowisku dawnej Unii Wolności, na kultywowaniu politycznej tradycji Solidarności, trzeba było zaraz po roku 1989 nie angażować się tak ochoczo w kampanie przeciw rzekomemu kombatanctwu. Nie cieszyć się, kiedy Zbigniew Bujak przepraszał za Solidarność i sprzedawał jej legitymację. Bylibyście dziś o wiele bardziej wiarygodni jako kapłani tego świętego ognia.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.