Tego lata, lansując się na całego, politycy tłumnie zadomowili się na łamach bulwarówek. A znając nader wątłe morale naszych VIP-ów, trudno ich będzie stamtąd przepędzić - przestrzega Mariusz Grabowski.
Kto sprawuje dziś nad Wisłą rząd dusz? Redaktorzy tabloidów, do których rodzimi politycy ustawiają się w karnym ogonku. To na kolegiach redakcyjnych w "Fakcie" i "Super Expressie" ustala się rankingi politycznej atrakcyjności, jednych decydentów wywyższając, innym przydając etykietkę obciachu. Taki układ jest zresztą obopólnie korzystny: bulwarówki coraz śmielej bawią się w politykowanie, politycy zaś uśmiechają się z łamów do szerokich rzesz spragnionych plotek czytelników i skrzętnie liczą potem procenty w sondażach. Zwiastowana od lat tabloidyzacja nadwiślańskiego życia politycznego stała się na naszych oczach faktem.
Lans w bulwarówkach to pokusa nie do odparcia. Kuluarowa plotka głosi, że niektórzy tylko po to poszli w politykę, by prężyć wdzięki w tabloidach
Gdy dwa lata temu Joanna Miziołek napisała do "Dziennika" demaskatorski artykuł o ustawkach polityków z tabloidami (za króla bulwarowych ustawek uchodził wówczas swawolny Kazimierz Marcinkiewicz), niejeden VIP za punkt honoru postawił sobie publiczne zaprzeczanie temu procederowi.
Dziś o ekspremierze Marcinkiewiczu nikt już nie pamięta, ale ustawki stały się normą. Wystarczy przerzucić kolorowe dzienniki z wakacyjnych miesięcy, aby przekonać się, że lanserskie "parcie na tabloid" sięgnęło wśród polskiej klasy politycznej zenitu.
Można oczywiście zżymać się na uprawianie polityki przy pomocy paparazzich z "Faktu", ale już od Arystotelesa wiadomo, że nie ma skutku bez przyczyny. To właśnie tabloidy w największym stopniu zmieniają dziś rzeczywistość i choć niepokojące zjawisko kreowania z premedytacją pod ich gust swojego politycznego wizerunku dopiero raczkuje (prym wiedzie tu Janusz Palikot podpierający się ideowo Gombrowiczem), tylko czekać, aż stanie się powszechne. I - jak prorokował rok temu w "Rzeczpospolitej" Piotr Skwieciński - może to być jedna z tych dziedzin, w których wyprzedzimy zachodnie standardy.
Na razie romans polityki brukowców kwitnie i co chwila możemy obserwować jego kolejne symptomy.
Najświeższy dowód: we wczorajszym "Fakcie" pręży się posągowo na desce windsurfingowej poseł PO Sławomir Nowak, jeszcze do niedawna spec od wizerunku nowego prezydenta. Nietrudno dociec, jakie pobudki skłoniły niedawnego jastrzębia Platformy do zaprezentowania rodakom swoich sportowych walorów. Faktycznie, spoglądając na Nowaka, natychmiast pałamy do niego sympatią. Do panów dotrze przekaz, że to porządny chłop i szkoda, że kumple z partii go wykolegowali, panie zaś będą pod wrażeniem jego sportowych pasji. Dla pań przystojny poseł kieruje też newsy w internecie, kilkadziesiąt fotek z wakacji i informację, że jest "najprzystojniejszym posłem w polskim parlamencie".
Jako że bakcyl szybkiego lansu nie omija żadnej politycznej frakcji, na Facebooku króluje jego rywal z PiS Zbigniew Girzyński, szczerze zatroskany o los partii. Swą troskę uwiarygodnia, pokazując publicznie nagi wakacyjny tors. Mocna rzecz, choć warto przypomnieć, że lansowanie się gołą klatą nie jest wcale pomysłem Girzyńskiego. Kiedyś poparcie dla SLD zdobywał w ten sposób Wojciech Olejniczak, zgadzając się na rozbieraną sesję dla "Wprost", a jeszcze wcześniej z gołą klatą śmigał po plaży zakochany Marcinkiewicz.
Więcej w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub na
prasa24.pl