Polska » Opinie » Arłukowicz: Ruch Palikota to temat zastępczy, służący...

Arłukowicz: Ruch Palikota to temat zastępczy, służący autopromocji

Data dodania: 2010-08-22 22:27:53 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2010-08-23 14:51:33

22KomentarzePrześlijDrukuj
Mniejsza czcionka Większa czcionka
Arłukowicz: Ruch Palikota to temat zastępczy, służący autopromocji

(© Fot. Bartłomiej Ryży/Polskapresse)

- Palikot jest specjalistą od emocji, ale nie gromadzi ludzi wokół konkretnej idei. Patrzę na to z przymrużeniem oka - mówi Bartosz Arłukowicz, poseł SLD, w rozmowie z Irminą Rozmus.

Czemu Palikot tworzy ruch?
Palikot jest specjalistą od emocji. Tym ruchem chce pokazać, że ciągle jest w centrum uwagi. Używa do tego różnych metod.

Ruch służy autopromocji?
Tak. To jeden ze sposobów na autopromocję. Palikot nie gromadzi ludzi wokół jakiejś konkretnej idei. Dlatego patrzę na to na razie z przymrużeniem oka, ale też jestem przekonany, że sprzeciw społeczny wobec kultury politycznej budowanej w oparciu o krzyż i podziały z lat 90. narasta. Sam także odczuwam potrzebę zmian na polskiej scenie politycznej. Patrząc z tego punktu widzenia, rozumiem ludzi, którzy coraz głośniej mówią dotychczasowej polityce "dość".
∨ Czytaj dalej


A może Palikot w przyszłości naprawdę chce utworzyć własną partię polityczną?
Nie sądzę. Od ruchów, które mają na celu wywoływać emocje, do partii politycznej bardzo daleka droga. Chyba że poseł Palikot przedstawi projekt państwa i konkretny program.

A jak ocenia Pan szanse tego ruchu? Podobno na jesiennym kongresie założycielskim pojawi się nawet 5 tysięcy osób.
To tylko zapowiedzi. Poczekajmy na fakty. Nie sądzę, by Janusz Palikot chciał opuścić Platformę Obywatelską. On raczej próbuje wzmocnić swoją pozycję w niej. W mojej ocenie Palikot zagalopował się nieco w ostatnich miesiącach i teraz chce pokazać, że ma społeczne wsparcie. On często mówi prawdę, ale sposób, w jaki ją prezentuje, powoduje, że ta prawda gdzieś się rozmywa i ginie.
1 2 3 »

Dodajesz jako: Gość

ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Zaloguj przez Facebook

Polska dla Polaków !!!!

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WP (gość), 23.08.10, 13:25:03

Polska dla Polaków - Z jakiejkolwiek pozycji byśmy nie starali się spojrzeć na otaczający nas świat, nigdy nie zobaczymy więcej niż jest w nas samych. Więc aby widzieć więcej, szerzej, jaśniej - nie ograniczajmy się, a tym bardziej nie dajmy się ograniczać przez innych. Ci inni potrafią świetnie wykorzystać nasze lenistwo i chwilowy brak chęci do wewnętrznego, duchowego rozwoju. Mają przecież w tym swój interes, a potrzebują nas często jedynie, jako swoich sojuszników w pewnych momentach i chwilach, kiedy dążą do osiągnięcia założonego przez siebie celu. W każdej sytuacji, więc starajmy się zmuszać do myślenia i wnikliwej oraz obiektywnej analizy sytuacji. Pamiętajmy o tym i nigdy o tym nie zapominajmy. Nie pozwólmy także, aby zawładnęła nami złość i nienawiść. Te uczucia stanowią dla nas jak gdyby filtr, który nie pozwala na obiektywizm, a jedynie na fałszywą stronniczość, wywołaną przez zewnętrzne siły i różnorakie wpływy. To one każą nam nienawidzić ludzi, zabijają w nas uczucie szacunku i miłości do innych. Nie dajmy się, a po prostu walczmy o czystość naszych serc i umysłów. Nauczmy się także rozróżniać sfery uczuć od zwykłego pragmatyzmu. Nie wrzucajmy tego, tak jak to chcą inni do jednego worka. Pamiętajmy, człowiek to istota myśląca, myślmy, więc nie pozwólmy, aby ktoś myślał za nas, a tym bardziej nie pozwalajmy, aby ktoś narzucał nam sposoby myślenia. Polska dla Polaków - tak wyczytaliście w tytule, to o tym haśle chcę porozmawiać i uczulić was na zewnętrzne wpływy, nakazujące wręcz odbierać je, jako rasizm i nacjonalizm. A czy tak jest naprawdę jak piszą niektóre gazety i mówią różni redaktorzy, oraz reporterzy stacji radiowych i telewizyjnych. Pomyślcie, postarajcie się to hasło odczytać i przeanalizować z różnych „poziomów”. Dla obcokrajowca przebywającego chwilowo w Polsce jest ono obojętne, ale też myślę że jasne i zrozumiałe, rozumie on je poprzez pryzmat swojego kraju, swojej Ojczyzny.
Dla Polaka, szczególnie dla takiego, w którego sercu, choćby tylko tliła się iskierka miłości dla Ojczyzny - hasło to jest bardzo czytelne i jasne. Najczytelniej rozumieją je wszyscy ci, którzy stracili na przestrzeni wieków swoich najbliższych tych, którzy w walce o wyzwolenie Polski oddali swoje życie, i polegli po to, abyśmy my wszyscy w całej Polsce mogli swobodnie rozmawiać po polsku, a w cieniu biało-czerwonej, naszej narodowej flagi, mógł dumnie spoglądać na nas biały orzeł, godło naszej Ojczyzny – godło, które dumnie póki co noszą sportowcy reprezentujący nas w międzynarodowych zawodach czy rozgrywkach. Słowa Polska dla Polaków, nie oznacza nienawiści do innych nacji i narodowości zamieszkujących nasz kraj, jak piszą wrogie naszej Ojczyźnie gazety. Hasło to na pewno także nie mówi, że ci, co je głoszą żądają usunięcia wszystkich niepolaków z Polski. Tak jednak sugerują i sugerować wam będą niektóre media. Słowa te na pewno głoszą miłość dla Ojczyzny oraz szacunek dla naszych przodków, pamięć o ich czynach i celach, o które walczyli oddając swoje życie. Polska dla Polaków to hasło - pomnik, dla wszystkich pokoleń patriotów polskich, mówiące o tym, że Polską powinni zarządzać i o Polsce decydować Polacy. Że w Polsce najważniejszą osobą, dla której pisane są wszelkie przepisy z konstytucją włącznie, jest Polak i jego rodzina. Inni - po prostu muszą się do przepisów, ustaw, uchwał i zarządzeń obowiązujących Polaków - dostosować.
Nie może i nie powinno być odrębnego, gorszego prawa dla nas a innego, lepszego dla. Nie powinno być tak jak obecnie, że Polacy są niczym. A wszyscy bez wyjątku, kto by tylko do nas nie przyjechał chcąc prowadzić swoją zagraniczną firmę w Polsce, jest „kimś”. To nie my a właśnie jedynie oni są zwolnieni, lub obniża się im różne podatki, to ich dotyczą także niezliczone ulgi, do których my Polacy nigdy nie mieliśmy i nie mamy żadnego dostępu.
A skąd biorą się te ulgi, bo przecież nie są chyba rewanżem za podobne ulgi dla Polaków w innych krajach. Takich przecież nie zaznacie nigdzie poza Polską, naszą Ojczyzną. Czyżby to polscy Patrioci uchwalali takie przepisy, przepisy które biją w polski naród i pozwalają okradać naszą Ojczyznę, doprowadzając jej gospodarkę na skraj bankructwa. Czy to Patrioci polscy zasiadający w Radach Miejskich podejmują uchwały dofinansowujące zagraniczne, prywatne inwestycje z budżetu miast, czyli z naszych pieniędzy? Chyba nie, więc co się dzieje w naszej Ojczyźnie Polsce?
A dzieje się i często kwoty te to dziesiątki milionów, a zatrudnieni u tych „dofinansowywanych” nasi rodacy zarabiają głodowe pensje. Niejednokrotnie także taki dofinansowany inwestor, nie płaci za realizację swojej, dotowanej przez nas inwestycji Polskim wykonawcom i podwykonawcom, doprowadzając ich do bankructwa. Wykorzystuje ku temu różne kruczki prawne i dające się na setki sposobów interpretować przepisy, aby obejść prawo i wyjść z uśmiechem na swoje. Pytam więc kto, czy to Polscy Patrioci uchwalają takie właśnie prawo, czy Polskim Patriotom jest na rękę chora i wadliwa legislacja polskiego prawa i wszelkiego rodzaju przepisów. I wreszcie czy to Polscy Patrioci stanowią tę coraz większą bandę skorumpowanych urzędników. I tych, którzy lekką ręką na swoje widzimisię wydają ciężko zapracowane przez naszych rodaków pieniądze, stanowiące budżet naszej Ojczyzny. Polska dla Polaków, powiem więcej Polska dla Patriotów Polskich. Niech oni decydują o swojej Ojczyźnie i rodakach, w kraju i za jego granicami. Niech Patrioci Polscy tworzą prawo dla swojej Ojczyzny, dla Polaków. I niech ono będzie równe dla wszystkich, dające równe szanse każdemu, zarówno naszym rodakom jak i każdemu uczciwemu obcokrajowcowi, który przyjedzie do Polski, i będzie żył, pracował, inwestował oraz rozwijał się na tych samych zasadach, co my Polacy. Pozdrawiam wszystkich i życzę, aby spełniły się te, nakreślone przeze mnie wyżej słowa jak najszybciej. Należy się to mojej Ojczyźnie, I Wam moim rodakom. Macie żyć godnie a wasze rodziny dostatnio. To nie jest trudne do osiągnięcia, i aby Polska była krajem bogatym, wystarczy tylko wszelkie siły ukierunkować na człowieka i jego rodzinę. Zadbać o to i stworzyć ludziom takie warunki, że gdy tylko ktoś zechce uczciwie pracować, uda się i osiągnie to, że jego rodzina w Polsce będzie żyła godnie i zasobnie - a to wystarczy. Zasobne rodziny to bogate Państwo. Musimy jednak robić to jak najszybciej, bo może okazać się, że będzie za późno, bo Polska nie będzie już Polską a jedynie czterdziesto milionowym landem „Wielkiej Rzeszy” którą wymarzył sobie Bismarck i które to marzenie realizują jego rodacy których zjednoczył i w których wpoił wiarę że są nadludźmi. Oni to marzenie Bismarcka realizują od wieków, próbowali siłą, wywołali wojny, które przegrali, teraz używają podstępu i chcą Wspólnotę Europejską, solidny dotychczas twór pozwalający na rozwój gospodarczy swoich członków, upolitycznić i stworzyć Unię Europejską – to ma być ta wymarzona przez Bismarcka Wielka Rzesza – nie udawało się siłą, może udać się podstępem jeżeli nie będziemy ostrożni i nie uszanujemy ofiar jakie złożyli nam, swoim następcom w darze i w hołdzie Suwerennej Ojczyźnie – Polsce nasi przodkowie Polacy.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Nusselbaum ksywa Myszkiewicz ksywa Niesiołowski Donosicielem w PRL-u !!!!

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WP (gość), 23.08.10, 13:23:50

Nusselbaum ksywa Myszkiewicz ksywa Niesiołowski Donosicielem w PRL-u !!!! - ( Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę — kajał się, w 1970 r. Stefan Niesiołowski podczas przesłuchiwania przez MSW w tzw. sprawie organizacji „Ruch”. Wydawał wszystkich...Niesiołowski sypie „Ruch”). Na początku lat 90. Stefan Niesiołowski, jedna z ikon Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, uważany był obok Marka Jurka czy Jana Łopuszańskiego za jednego z najbardziej radykalnych polityków prawicy walczących o powrót Polski do państwa katolickiego, w którym przestrzegane będą zasady Dekalogu. Był też zagorzałym zwolennikiem lustracji, broniąc w 1992 r. przed atakami rząd Jana Olszewskiego, także w dniu obalenia gabinetu przez Sejm. Za obecnym senatorem Platformy Obywatelskiej ciągnęła się aura opozycyjności — działalności w „Ruchu”, Organizacji założonej w latach 60. przez Niesiołowskiego, Andrzeja Czumę i Emila Morgiewicza. Innymi liderami tej liczącej według niektórych źródeł ponad 100 osób struktury byli jeszcze Marian Gołębiewski i Benedykt Czuma. „Ruch” miał zdecydowanie antykomunistyczny charakter. Pokazywały to m.in. zapisy deklaracji programowej „Mijają lata”, której autorami byli Andrzej Czuma, Morgiewicz i Niesiołowski. Odrzucono w niej Polskę Ludową jako legalne państwo polskie. „Ruch” — w przeciwieństwie do późniejszego np. KOR-u — za błędne uznawał działanie na rzecz demokratyzacji i reformowania PRL, uważając, że dopiero na jej gruzach można zbudować w pełni niepodległe państwo, niezależne od Związku Sowieckiego i przestrzegające praw człowieka. Jedną ze spektakularnych akcji miało być spalenie Muzeum Lenina w Poroninie. Pomysłodawcą był właśnie Niesiołowski. Do akcji nie doszło, gdyż organizacja została namierzona przez bezpiekę, która aresztowała kierownictwo „Ruchu”. Po przesłuchaniach i śledztwie zapadły wysokie wyroki. Niesiołowski dostał 7 lat i do dziś oracza go nimb odważnego opozycjonisty Tymczasem prawda jest inna...Feralna narzeczona - Sprawa procesu „Ruchu” z roku 1970 nie wracałby dziś jak bumerang, gdyby nie artykuł Niesiołowskiego pt.: „Niepodległość, demokracja, antykomunizm”, który ukazał się w 26. numerze tygodnika „Ozon” z 2006 r. „wołał on gwałtowny sprzeciw Elżbiety Królikowskiej-Nagrodzkiej, dziennikarki mieszkającej obecnie w Wielkiej Brytanii W obszernym sprostowaniu wysłanym na ręce redaktora naczelnego‚,Ozonu” Grzegorza Górnego naświetliła przekłamania Niesiołowskiego. Najbardziej istotne jest to, że ujawniła fakt kolaboracji współzałożyciela „Ruchu” z MSW podczas śledztwa. Królikowska, która wówczas była narzeczoną Niesiołowskiego, w 2003 roku uzyskała od Instytutu Pamięci Narodowej status osoby pokrzywdzonej, a w konsekwencji dostęp do materiałów archiwalnych MSW. Wynika z nich, że Niesiołowski sypał aresztowanych, ujawniając informacje o organizacji, choć jedynym przyjętym przez opozycjonistów sposobem postępowania po aresztowaniu miała być odmowa składania zeznań i zaprzeczanie działalności w „Ruchu”. Królikowska zastosowała się do tych reguł. Zaprzeczała wszelkim związkom z „Ruchem”. Fragment protokołu z jej przesłuchania z 30 czerwca 1970 r.: Przez cały okres trwania znajomości Stefan Niesiołowski nigdy nie proponował mi wstąpienia do tajnej organizacji. Nigdy też nie informował mnie, że taka organizacja istnieje. Od pozostałych osób których nazwiska występują w moich protokołach przesłuchania również ani nie informowały mnie o istnieniu tajnej organizacji, ani też nie żądały ode mnie środków finansowych na cele takiej organizacji [pisownia zgodna z oryginałem] Tu następuje najbardziej istotna część protokołu: : W tym miejscu podejrzanej okazano protokół przesłuchania podejrzanego Stefana Niesiołowskiego z dnia 29 czerwca 1970 r. i podejrzana oświadczyła, że rozpoznaje charakter pisma swojego narzeczonego oraz jego podpis po czym zapozna la Si e z treścią protokołu. Narzeczony ją wsypał bez mrugnięcia okiem. Fragment protokołu z przesłuchania Niesiołowskiego z 29 czerwca 1970 r. [przesłuchujący: kpt. mgr Leonard Rybacki] Pragnę jeszcze wyjaśnić, że pozyskałem, wiosną l969 roku jako członka naszej nielegalnej organizacji również Elżbietę Nagrodzką, zam. w Łodzi przy ul. Bydgoskiej 30 m.39. Nagrodzką zorientowałem kto jest członkiem organizacji na terenie Łodzi oraz poznałem z Andrzejem Czumą z Warszawy. Wiadomym mi jest, że Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia muzeum Lenina w Poroninie [pisownia zgodna z oryginałem] - Protokoły hańby - Zeznanie Niesiołowskiego dotyczące narzeczonej to nie jedyny dowód współpracy z MSW podczas śledztwa. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI, strona 11 — 11) dowiadujemy się, że por. Dariusz Borowczyk z KM MO w Łodzi zanotował 20 czerwca 1970 r. o, godz.15.10, że Stefan Myszkiewicz Niesiołowski przyznaje się do tego że istniał ,,Ruch”, że był organizacją konspiracyjną. Twierdzi, że nie było przywódców [pisownia zgodna z oryginałem]. To dopiero początek. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25170, tom VI, strona 11 -76) wynika już, że prominent PO zdradzał wszystkich naokoło: 21 czerwca 1970r. Niesiołowski wymienia podczas przesłuchania nazwiska swojego brata Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego. 25 czerwca 1970 r. Niesiołowski rozszyfrowuje kto kryje się pod pseudonimami, m.in. „Emil” [Emil Morgiewicz], „Jurek” [Benedykt Czuma]. Sam zaprzecza swojej przynależności do „Ruchu” i współredagowania „Biuletynu”. 28 czerwca 1970 r. kaja się na całej linii: Wyjaśnienia, jakie wówczas (przed 28 czerwca 1970 r — przyp. aut) składałem odnośnie mojej przynależności i działalności w nielegalnym związku, częściowo były nieprawdziwe(..)Pragnę dziś wyjaśnić udział w nielegalnej organizacji w sposób szczery i zgodny z prawdą [fragment protokołu z przesłuchania; godz. 8.40, przesłuchujący kpt. mgr Leonard Rybacki z Biura Śledczego MSW w Warszawie; (pisownia zgodna z oryginałem)] 1 lipca 1970 r. Niesiołowski, wymieniając z nazwiska Andrzeja Czumę, ujawnia, że był bardzo aktywnym członkiem naszego Ruchu i inicjatorem rożnych akcji. 11 lipca 1970 r. mówi: Pragnę uzupełnić oraz sprostować pewne wyjaśnienia jakie złożyłem do protokółów w czasie poprzednich przesłuchań na temat podjętej przez nasz Ruch akcji spalenia muzeum Lenina w Poroninie. Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę [pisownia zgodna z oryginałem]. Nusselbaum ksywa Myszkiewicz ksywa Niesiołowski czyli "heros" z przetrąconym kręgosłupem.- Królikowska-Nagrodzka tak m.in. pisała do „Ozonu”: Stefan Niesiołowski zbudował swoją pozycję polityka oraz image nieugiętego herosa na kłamstwie. Załamał się już pierwszego dnia śledztwa i sypał nas, swojego brata Marka, przyjaciół Andrzeja i Benedykta Czumów i mnie, swoją narzeczoną od pierwszego przesłuchania! Podczas gdy ja, kobieta i szeregowy członek organizacji przez wiele dni śledztwa twierdziłam, że ,,nic nie wiem o Ruchu” „Stefan Niesiołowski nie wprowadzał mnie do żadnej organizacji”, „znałam Czumów wyłącznie towarzysko” [patrz protokół z przeslucbania30.VI.1970 roku], on - mężczyzna i jeden z przywódców, sypał nas od pierwszego przesłuchania [20VI], nie szczędząc detali. Kiedy po wielu dniach przesłuchań /30.171/ kolejny raz zaprzeczyłam, że istnieje „Ruch”, śledczy pokazał mi protokół z 20.VI. podpisany ręką Niesiołowskiego, w którym podaje szczegóły mojej działalności. Dostałam wtedy parę innych protokołów zeznań kolegów, z których wynikało, że Wojciech Mantaj zaczął zeznawać już 22.VI, Marek Niesiołowski 25.VI, a Benedykt Czuma - 28.VI. Dla pikanterii dodam, że na podobną okoliczność „Ruch” zalecał bezwarunkowe milczenie i ja miałam odwagę się do tego zalecenia zastosować. Załamanie Stefana i paru innych kolegów przeżyłam boleśnie. Wyobrażałam sobie idealistycznie, a może naiwnie, że jeśli wszyscy będą milczeli SB będzie musiała nas wypuścić. Przecież jeszcze wtedy nie wiedziałam, że miała wtyczki i sporo informacji o grupie. W tym samym czasie otrzymywałam od Stefana listy z propozycją „ślubu w więziennej kaplicy”: Co za hipokryzja. W furii napisałam list, w którym nazwalam Niesiołowskiego i tych którzy sypali tchórzami i zdrajcami. [pisownia zgodna z oryginałem]. "Heros" musiał przeprosić. Na początku lat 90. Niesiołowski negatywnie, odnosił się do postawy Królikowskiej-Nagrodzkiej w śledztwie (najprawdopodobniej sugerując, że współpracowała ona z SB). Nagrodzka w reakcji natychmiast skontaktowała się z adwokatem Karolem Głogowskim, w PRL wieloletnim działaczem opozycyjnym. Ten zażądał od Niesiołowskiego przeprosin za pomówienie, w przeciwnym wypadku zapowiedział skierowanie sprawy na drogę sądową. Niesiołowski najpierw wyparł się wszystkiego, a następnie…przeprosił Nagrodzką w obecności adwokata i 9 listopada 1992 r. podpisał oświadczenie o treści: Oświadczam, że cofam słowa wypowiedziane w dniu 1 stycznia 1992 r. w Muzeum Kinematografii w Łodzi m.in. wobec małż. Teresy i Bogusława Kobierskich a dotyczące p. Elżbiety Królikowskiej którą przepraszam. Mając powyższe na uwadze zobowiązuję się równocześnie do usunięcia z mojej książki p.t. Wysoki brzeg fragmentów odnoszących się do „Agnieszki” które mogą być kojarzone z osobą p. Elżbiety Królikowskiej a „nadto w przyszłości powstrzymywać się od wypowiedzi na temat p. El. Królikowskiej w kontekście wspomnianej sprawy.
Tytułem dania moralnej satysfakcji zobowiązuję się wpłacić kwotę dwa i pół mil. zł. na Dom Samotnej Matki w okresie dwóch miesięcy od daty podpisania niniejszego oświadczenia [pisownia zgodna z oryginałem] - do dnia dzisiejszego ni grosza nie wpłacił. Powyższe fakty pozwalają zrozumieć, dlaczego PiS nie chciał specjalisty od owadów na swoich listach wyborczych.... I dlaczego senator PO, stając w jednym szeregu z Polsatem, „Gazetą Wyborczą”, TOK FM”, Radiem Zet, TVN stal się pierwszym anty dekomunizacyjnym pałkarzem Platformy.


odpowiedzi (0)

skomentuj

CZEGO SIĘ BOI BRONISŁAW K.

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WP (gość), 23.08.10, 12:57:41

CZEGO SIĘ BOI BRONISŁAW K. ? (Aleksander Ścios) - Sprawa Romualda Szeremietiewa, czy zbieranie haków na Radosława Sikorskiego – nie są jedynymi, w których Bronisław Komorowski występuje w roli faktycznego rzecznika interesów „czerwonych” generałów. Ten „łagodny konserwatysta” opanował perfekcyjnie umiejętność eliminowania osób stojących na drodze jego kariery politycznej. Z zadziwiającą prawidłowością okazuje się zwykle, że są to osoby niewygodne również dla wojskowego lobby, zarządzającego ogromnym obszarem polskiego życia publicznego. W takich przypadkach, można się jedynie zastanawiać - czy polityczny patron WSI stanowi jedynie „narzędzie” w realizacji interesów środowiska wojskowej bezpieki, czy też stał się już reprezentantem tego układu? Są w politycznym życiorysie Komorowskiego sprawy, które mogą wywołać szczególną nerwowość pana marszałka. W listopadzie 2008 roku Antoni Macierewicz w jednym z wywiadów zauważył: „Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro Civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.” Wypowiedź ta, nawiązywała do przesłuchania przez sejmową komisję ds.służb specjalnych redaktora Wojciecha Sumlińskiego. Dowiedzieliśmy się wówczas, że marszałek polskiego Sejmu kłamał przed prokuratorem twierdząc, że nie zna dziennikarza. Kłamał również publicznie przed mikrofonami radia, gdy 1 sierpnia 2008 roku twierdził, iż „Akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych...”Tymczasem, zeznając przed sejmową komisją Wojciech Sumliński oświadczył, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civil. Niewykluczone, że to wówczas Komorowski zorientował się, iż wiedza Sumlińskiego na temat kontaktów posła PO z wojskowymi służbami, może stanowić zagrożenie dla jego dalszej kariery politycznej i postanowił pogrążyć dziennikarza poprzez uwikłanie w kombinację operacyjną – czyli aferę marszałkową. Nie o sprawie Wojciecha Sumlińskiego chciałbym jednak obecnie przypomnieć, a o działaniach Komorowskiego w czasie, gdy był ministrem obrony narodowej i – jak twierdzą krytycy jego ówczesnych posunięć „współpracował z "czerwonymi" generałami i konserwował układ postkomunistyczny”. Spektakularne pozbycie się Szeremietiewa – przy współudziale ludzi WSI, nie było jednostkowym zdarzeniem. W mniej widowiskowy – choć równie bezwzględny sposób Komorowski pozbył się wówczas innego człowieka, którego pomysły stały na przeszkodzie interesom wojskowego lobby. W tle całej sprawy, jest tajemnicza spółka „Pro Civili”. Przypomnę zatem temat, o którym media zdają się nie wiedzieć w ogóle, a również sam Komorowski chciałby zapewne szybko zapomnieć. W maju 2000 r. dr. Krzysztof Borowiak, po wygraniu konkursu organizowanego przez Urząd Służby Cywilnej, został cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Sam Borowiak tak w roku 2001 opisywał stan owego Departamentu, w momencie objęcia stanowiska – „Nie było pomieszczeń, nie było żadnego sprzętu biurowego, ani jednego komputera czy telefonu, za to byli już przyjęci przez kogoś prawie wszyscy pracownicy cywilni. Do dzisiaj nie wiem, przez kogo przyjęci, domyślam się, że przyjął ich gen. B. Smólski - radca ministra, swego czasu dyrektor departamentu w pionie zakupów sprzętu dla wojska, za nieprawidłowości usunięty ze stanowiska (była w tej sprawie kontrola NIK), "w nagrodę" mianowany przez min. Onyszkiewicza na zajmowane do dziś stanowisko i utrzymany na tym stanowisku przez min. Komorowskiego. Otóż gen. Smólski "szykował się" na moje stanowisko (już chyba pełnił nawet obowiązki dyrektora "mego" departamentu) i on chyba przyjął tych cywilów: żadna z tych osób nigdy nie miała nic wspólnego ani ze szkolnictwem, ani z nauką wojskową”. Pomimo wielu trudności ze strony ówczesnego ministra ON Komorowskiego, który dążył do likwidacji Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Tak o nim mówił autor programu: „Mówiąc skrótowo, uważaliśmy, że resortu nie stać na utrzymywanie więcej niż jednej wyższej uczelni wojskowej (obecnie jest ich osiem!): Uniwersytetu Obrony Narodowej. Protestowaliśmy też przeciwko "prywatyzacji" Wojskowej Akademii Technicznej i żerowaniu na jej majątku Szkoły Wyższej Warszawskiej czy innych tworów ("Naukowy Park Technologiczny na Bemowie"). Wskazywaliśmy również na nieekonomiczną i nieracjonalną lokalizację Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu, zamiast w lepiej do tego predestynowanym Poznaniu. Minister Komorowski był głuchy na nasze argumenty, nie chciał ich wysłuchiwać, jak już powiedziałem: ignorował nasz departament.” Borowiak zaproponował połączenie WAM, WAT i AON w jeden Uniwersytet Obrony Narodowej z wydziałami: lekarskim, technicznym i strategiczno-obronnym. Z trzech Wyższych Szkół Oficerskich wojsk lądowych powinna, według tej koncepcji pozostać szkoła w Poznaniu, m.in. z uwagi na niższe o 20 proc. koszty kształcenia niż we Wrocławiu. 5 lutego 2001 Komorowski odwołał Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję „ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych”, twierdząc, że „swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej”. Odpowiadając na zapytanie posła Bogdana Lewandowskiego, w sprawie odwołania Borowiaka, Komorowski podczas wystąpienia w Sejmie w dn.18.04.2000 r. twierdził, iż „Dyrektor Borowiak znaczną część swojego pobytu na zwolnieniu lekarskim poświęcił na publiczną krytykę założeń reformy szkolnictwa wojskowego, wstępnie zatwierdzonych przez ministra obrony narodowej i polityczne kierownictwo resortu obrony. [...]. Wszystkie te działania dyrektor Borowiak podejmował, przebywając na zwolnieniu lekarskim, po czym w dniu 1 lutego br. przedstawił kolejne zwolnienie. Takie zachowanie, kiedy pracownik w czasie zwolnienia lekarskiego podejmuje czynności sprzeczne z jego celem, jakim jest odzyskanie zdolności do pracy, a zwłaszcza czynności prowadzące do przedłużenia niezdolności do pracy, godzi w dobro pracodawcy; jest sprzeczne z obowiązkami pracownika.” W opinii Borowiaka, jego zwolnienie miało związek z programem restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, który w istotny sposób naruszał dotychczasowe status quo. Wyżsi oficerowie WP, wykorzystujący struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów, byli zdecydowanymi przeciwnikami reform, proponowanych przez nowego dyrektora. Borowiak protestował przeciwko koncepcji zakamuflowanej prywatyzacji WAT i dokonywanego w ten sposób transferu majątku Sił Zbrojnych w prywatne ręce. Zaproponowana przez jego departament koncepcja dogłębnej reorganizacji wyższego szkolnictwa wojskowego jako jeden z celów stawiała uniemożliwienie dokonywania takiego procederu - uwłaszczania się na majątku państwowym różnych, mających stosowne "dojścia" grup nacisku. Ujawnione w trakcie urzędowania nieprawidłowości, Borowiak sygnalizował swemu bezpośredniemu przełożonemu - ministrowi Komorowskiemu, ten jednak nie uważał za stosowne odpowiadać nawet na służbową korespondencję, słał natomiast pisma ze swym "błogosławieństwem" założycielom Szkoły Wyższej Warszawskiej. W tej sytuacji Borowiak poinformował o swoich zastrzeżeniach najwyższe organy władzy państwowej: Prezydenta RP (poprzez ówczesnego ministra gen. Marka Dukaczewskiego z Biura Bezpieczeństwa Narodowego) późniejszego szefa WSI, premiera, Marszałka Sejmu, a także osobiście Prezesa NIK Janusza Wojciechowskiego oraz dyrektora Zarządu Śledczego UOP, kpt. Bodaka. Jedynym efektem tych działań było usunięcie Borowiaka ze stanowiska, a rok później Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego został decyzją rządu Millera wykreślony ze struktury organizacyjnej MON. W piśmie Borowiaka z 23.07.2001r., skierowanym do posła Bogdana Lewandowskiego, który (jako jedyny) pytał w interpelacji o przyczyny odwołania dyrektora Departamentu, znajdujemy następujące zdania: „Minister Komorowski posunął się w walce z naszym departamentem tak daleko, że dysponował nagraniem rozmowy z mego telefonu komórkowego do Przewodniczącego Sejmowej Komisji Obrony Narodowej posła Głowackiego, który wobec świadków zaprzeczył jakoby przekazywał to nagranie min. Komorowskiemu. Nagranie to z nieukrywaną satysfakcją prezentował mi min. Komorowski na przełomie roku 2000/2001 stawiając przede mną alternatywę: albo sam się zwolnię, albo zostanie wszczęte przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne.” W artykule Marka Henzlera w nr. 11/2001 (2289) tygodnika „Polityka”, Borowiak tłumaczy fakt posiadania nagrania rozmowy telefonicznej przez Komorowskiego w następujący sposób:
„W końcu grudnia „Rzeczpospolita” w artykule „Podchorąży nie zdąży” przytoczyła słowa ministra Komorowskiego, który posłom z komisji obrony powiedział, iż dziś czterech nauczycieli przypada na jednego słuchacza szkoły wojskowej, a nakłady na jego kształcenie w ciągu roku są sześciokrotnie wyższe niż na studenta cywilnej uczelni. Minister zapowiedział, iż z ośmiu szkół niebawem pozostanie pięć. Kiedy to przeczytałem, zadzwoniłem do przewodniczącego komisji posła Stanisława Głowackiego z AWS. Włączyła się poczta głosowa w jego telefonie komórkowym. Powiedziałem, że minister mija się z prawdą, bo aż tak źle nie jest i jeśli posłowie chcą znać prawdę, to na posiedzenie powinni zaprosić przedstawiciela merytorycznego departamentu! Do głowy mi nie przyszło, że poseł Głowacki poleci z tym nagraniem do ministra, a ten przegra to sobie na kasetę magnetofonową.”
Przyczyny zwolnienia dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON zostały zweryfikowane przez sąd, do którego wyrzucony przez Komorowskiego urzędnik skierował pozew w roku 2000. Po blisko czterech latach walki o obronę dobrego imienia, dr Borowiak uzyskał ostateczne rozstrzygnięcie, w którym potwierdzono, że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia na podstawie art.52 Kodeksu pracy. W uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego z czerwca 2004 roku można przeczytać: „Z całokształtu sprawy wynika jednoznacznie, że powodem zastosowania wobec powoda art. 52 Kodeksu pracy (o rozwiązaniu umowy o pracę bez wypowiedzenia) był istniejący między stronami konflikt, zaś wykonywanie pewnych czynności związanych ze świadczeniem pracy podczas zwolnienia lekarskiego stanowiło jedynie pretekst do pozbycia się powoda z pracy; [...] trudno zgodzić się z poglądem pozwanego, że powód umyślnie stawiał się do pracy, aby przedłużyć okres zwolnienia lekarskiego; należałoby raczej te wizyty powoda w miejscu pracy wiązać z jego poczuciem obowiązku za powierzone mu zadania i chęcią osobistej kontroli tego, co się dzieje podczas jego nieobecności spowodowanej zwolnieniem; w ocenie sądu okręgowego nie można przypisać powodowi rażącego niedbalstwa w czynnościach, które podejmował w szeroko pojętym interesie pracodawcy; rozwiązanie umowy o pracę w trybie natychmiastowym powinno być stosowane z dużą ostrożnością, w sytuacjach rzeczywiście na to zasługujących, a nie w celu pozbycia się niewygodnego pracownika”..Za niezgodną z prawem utratę stanowiska i blisko cztery lata walki o oczyszczenie z absurdalnego zarzutu Borowiakowi musiało wystarczyć odszkodowanie finansowe. Podobnie – jak w przypadku Szeremietiewa, nie był już możliwy powrót na uprzednio zajmowane stanowisko, ponieważ nieprawomyślny departament szybko zlikwidowano, oddając znów naukę i wyższe szkolnictwo wojskowe w generalskie ręce. Bezpośrednim wykonawcą bezprawnej dyspozycji Komorowskiego, był w roku 2000 dyrektor generalny MON Jakub Pinkowski, który tuż przed swoim odejściem z ministerstwa w roku 2004 polecił jeszcze złożyć kasację od wyroku SO. Sąd Najwyższy postanowił kasację tę – (jako nieprzytaczającą okoliczności uzasadniających jej rozpoznanie) – odrzucić. Dość zauważyć, że Jakub Pinkowski odszedł z MON na stanowisko sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. W tym samym niemal czasie, Bronisław Komorowski pozbył się z MON wiceministra Szeremietiewa i jego doradcę Zbigniewa Farmusa. Podobieństwo tych spraw polega głównie na tym, że były to decyzje personalne podjęte na korzyść ówczesnego układu, jaki stworzyli w wojsku wyżsi oficerowie i służyły obronie ich interesów. Wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka w budynkach Wojskowej Akademii Technicznej rozpoczęła działalność prywatna Szkoła Wyższa Warszawska, założona przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale 10. zatytułowanym „Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej”.
To już jednak temat na kolejną część.
CDN...

odpowiedzi (0)

skomentuj

Protokół przesłuchania B. Komorowskiego

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WP (gość), 23.08.10, 12:54:05

Protokół przesłuchania B. Komorowskiego (Aleksander Ścios) - Sygn. Akt PR-IV-X-Ds. 26/07
PROTOKÓŁ przesłuchania świadka - Warszawa dnia 24.07.2008r., o godz.13.07.
Andrzej Michalski – Prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie del. do Prokuratury Krajowej
Z udziałem protokolanta – asystenta prokuratora Katarzyny Marzec
Świadek podał następujące dane osobowe:
Imię i nazwisko Bronisław Maria Komorowski
Imiona rodziców Zygmunt, Jadwiga
Data i miejsce urodzenia 04.06.1952r. w Obornikach Śląskich
Adres dla doręczeń w kraju Warszawa ul. Wiejska 2/6 Kancelaria Sejmu
Zajęcie Marszałek Sejmu RP
Wykształcenie wyższe
Karalność za fałszywe zeznania nie karany
Stosunek do stron obcy
Uprzedzony o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań (oraz o treści art.182 i 183 kpk i pouczony o treści art.185 kpk) oświadczam, że :

Znam pana płk. Aleksandra Lichockiego. O ile pamiętam to zetknąłem się z nim po raz pierwszy w roku 1990 gdy byłem Wiceministrem Obrony Narodowej a Pan Lichocki chyba był szefem komórki Kontrwywiadu zajmującej się IC MON. Kojarzyłem go jako osobę blisko związaną z gen.Bułą ówczesnym szefem WSW. Obie postacie kojarzyłem ze sprawą niszczenia akt ówczesnej WSW. O sprawie tej meldowałem ówczesnemu Ministrowi Obrony Narodowej adm. Kołodziejczykowi oraz Premierowi Mazowieckiemu.

Zaowocowało to M.in. wnioskiem do Prokuratury i skazaniem gen.Buły na karę chyba 2 i pół roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem. Nie jestem w stanie określić czy płk.Lichocki objęty był tym postępowaniem, ale wydarzenie to oraz dość powszechna opinia o związkach gen.Buły ze służbami radzieckimi spowodowały, że gdy przy reorganizacji WSW miałem istotny wpływ na to, że pan płk.Lichocki utracił funkcję i odszedł z wojska.

Drugi raz pana płk. Lichockiego spotkałem w listopadzie 2007r., zgłosił się do mnie poprzez pośrednictwo gen.Józefa Buczyńskiego, swego czasu szefa departamentu kadr, a potem attache wojskowego w Pekinie. Pan gen.Buczyński poinformował mnie, że jest taki pan pułkownik, który może mieć istotne dla mnie informacje, także osobiście mnie dotyczące. Wymienił nazwisko pułkownika Lichockiego. Postanowiłem przyjąć go w swoim biurze poselskim przy ul.Krakowskie Przedmieście. Było to około 19 listopada 2007r. Lichocki przyszedł sam. W rozmowie z nim nikt więcej nie uczestniczył. Pan Lichocki w rozmowie ze mną sugerował możliwość dotarcia albo do tekstu, albo do treści całości lub fragmentu dotyczącego mojej osoby-aneksu do raportu WSI.

Nie było dla nie zaskoczeniem pojawienie się mojego nazwiska w aneksie. Wcześniej prasa sugerowała, że moja osoba ma być objęta treścią tego raportu. W rozmowie Lichocki nie określił wprost, ale że ma taką możliwość poprzez swoje kontakty. Nie określił żadnych żądań. Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją . Umówiliśmy się, że on odezwie się gdy będzie na pewno miał możliwość dotarcia do tych dokumentów. Miał się wtedy do mnie odezwać poprzez telefon mojego biura.

Jednak po kilku dniach pani Jadwiga Zakrzewska, poseł PO, przekazała mi, że chce się ze mną spotkać pułkownik z WSI, który jest jej sąsiadem. Spotkanie odbyło się w moim biurze poselskim. Rozmówcą okazał się nieznany mi wcześniej pułkownik Leszek Tobiasz. Według zapisów mojego kalendarza spotkanie miało miejsce 21 listopada 2007r. i tej daty jestem pewien, w kalendarzu niestety nie zapisano dnia spotkania z Lichockim, ale mogło to być około dzień lub dwa przed rozmową z Tobiaszem.

Płk. Tobiasz powiedział mi, że ma dowody na korupcyjną działalność Komisji Weryfikacyjnej. Wśród osób zamieszanych w tę działalność wymienił płk. Lichockiego, członka komisji Leszka Pietrzaka i wspomniał o udziale w doprowadzeniu do spotkania z Pietrzakiem jakiegoś pośrednika. Tobiasz mówił, że chodziło o pozytywną weryfikację jego osoby i syna oraz że nagrał rozmowy z Lichockim oraz rozmowę z Pietrzakiem. Według ustaleń Tobiasza w sprawę korupcji miało być zamieszanych dwóch członków komisji. Nie wymienił o jakiego członka poza Pietrzakiem miało chodzić. Z relacji Tobiasza wynikało, że wie o tym bezpośrednio od Lichockiego. Pod koniec rozmowy z Tobiaszem powiedziałem mu, że do mnie próbował docierać płk. Lichocki.

Od samego początku rola Lichockiego wydawała mi się dziwna tym bardziej zachowałem dużą ostrożność i przeciągałem w czasie drugie spotkanie z nim – Lichocki bowiem odzywał się do mnie poprzez gen. Buczyńskiego. Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. – przyniósł je.

Widziałem kamerę, dyktafon, kasetę video i kasety do dyktafonu. Nie chcąc odsłuchiwać pozyskanych przez Tobiasza materiałów poprosiłem tylko o pokazanie kadru z kamery z wizerunkiem Lichockiego. Jakkolwiek zarejestrowane na taśmie video sceny były kręcone z tyłu rozmówcy to w pewnym momencie mężczyzna odwrócił się i zobaczyłem znaczną część profilu – faktycznie było to płk. Lichocki. Tobiasz pytał się co ma z tym materiałem zrobić. Odpowiedziałem mu, że powinien to zabrać, a ja wyjaśnię to z odpowiednimi organami.

O ile pamiętam następnego dnia przekazałem powyższą informację Ministrowi Koordynatorowi Pawłowi Grasiowi oraz szefowi SKW płk. Reszce. Minister Graś następnie powiedział mi , że jest to sprawa, którą powinno zająć się ABW z uwagi nie tylko na korupcję, ale również na zagrożenie państwa. Po kilku dniach przeprowadziłem rozmowę z szefem ABW panem Bondarykiem.

Po pewnym czasie, myślę że po około dwóch tygodniach, Tobiasz stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW, która zajęła się tą sprawą.

Nie jestem pewien czy przed drugim spotkaniem z Tobiaszem czy po nim, miało miejsce moje drugie spotkanie z płk. Lichockim. Lichocki nie powiedział mi wprost, że ma dostęp do fragmentu aneksu, ja go też specjalnie nie naciskałem zachowując ostrożność bowiem wszystko wskazywało na to, że jest to jakaś gra. Doszedłem do wniosku, że jest to prowokacja względem mojej osoby. Lichocki przecież musiał wiedzieć, że i tak przed opublikowaniem dostanę ten tekst do wglądu.

Ja fotel Marszałka objąłem z dniem 5 listopada 2007r.więc Lichocki po raz pierwszy docierając do mnie wiedział, że będę miał dostęp do aneksu. Kategorycznie stwierdzam, że Lichocki w zamian za ujawnienie mi fragmentu aneksu niczego nie żądał.

Podczas drugiej rozmowy Lichocki nie potwierdził ani nie zaprzeczył możliwości dotarcia do aneksu. Chwalił się natomiast, że on sporo wie, że ma szerokie kontakty. Odniosłem wrażenie jakby stawiał się do dyspozycji. Odpowiedziałem wymijająco, że w razie czego się odezwę. Więcej się z nim nie spotkałem.

Tobiasz natomiast parokrotnie odwiedzał mnie w biurze. Próbował mi dalej opowiadać, był zaniepokojony, że nie udzielono mu instrukcji jak się ma zachować. Ja wiedząc, że jest już prowadzone postępowanie odsyłałem go do ABW.

Nie jest mi nic wiadomym, aby Lichocki proponował pozytywną weryfikację w zamian za korzyści majątkowe innym (poza płk.Tobiaszem) oficerom WSI ani aby komukolwiek innemu oferował aneks. Wiem o jego działalności hobbystycznej i biznesowej. O ile pamiętam z firmą Polaqua – przekazałem takie informacje szefowi ABW panu Bondarykowi.

To wszystko co mam do zeznania.

Na pytania prokuratora.

Zdziwiła mnie inicjatywa pana Lichockiego co do mojej osoby – jednak w rozmowie ze mną nie wyrażał żadnych pretensji związanych z przeszłością i moją rolą w odejściu jego osoby ze służby.

Według mnie Tobiasz relacjonując mi po raz pierwszy przedmiotową sprawę nie wiedział, że Lichocki kontaktował się ze mną. Nie wiedział też o mojej roli w spowodowaniu odejścia Lichockiego ze służby w roku 1990.

Nazwisko Wojciecha Sumlińskiego kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście. Leszka Pietrzaka także nie kojarzę.

Nie kojarzę nic poza informacjami z mediów na temat ewentualnej sprzedaży aneksu spółce Agora. Nie wykluczam, że coś takiego mogło przewijać się w relacjach Tobiasza, ale nie pamiętam szczegółów.

Nie kojarzę osoby Piotra Bączka, chociaż słyszałem informacje, że jest to osoba odpowiedzialna w komisji za przecieki w sensie budowania negatywnego wizerunku WSI, ale nie są to informacje oparte o moją wiedzę, raczej cudze opinie. Nie słyszałem nic, aby pan Bączek miał sprzedać Agorze aneks za kwotę 1 mln zł.

To wszystko co mam do zeznania.

Protokół niniejszy odczytano.

Przesłuchanie zakończono dnia 24.07.2008r. o godz.15.05.
( pisownia oryginalna)

link do skanów:

* http://nczas.com/przesluchania-marszalka-komorowskiego/
* http://mysl.pl/?module=content&m=7&art_id=479&more=more

odpowiedzi (0)

skomentuj

zdzich , jaki guru taki jego uczeń -

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

do zdzich (gość), 23.08.10, 12:53:17

język knajacki i ślepe palikoctwo - żenada . Pan Arłukowicz , pani Kempa to ludzie z różnych partii , ale mają klasę. Palikot to obciach - "twarz" PO .

odpowiedzi (0)

skomentuj

KOMOROWSKI CZY POLSKA?

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

WP (gość), 23.08.10, 12:48:55

KOMOROWSKI CZY POLSKA? ( Aleksander Ścios) - Podsycanie lęku przed braćmi Kaczyńskimi, było od lat głównym zadaniem propagandystów III RP. Realizowanym jako strategia przejęcia, utrzymania i sprawowania władzy. Intensyfikacja lęku, zastosowana jako forma manipulacji okazała się niezwykle skuteczna, umożliwiając sterowanie nastrojami społecznymi, a następnie podporządkowanie decyzji wyborczych interesom wąskiej grupy beneficjantów. Na tym lęku zbudowano „pozycję startową” Platformy Obywatelskiej, wmawiając społeczeństwu, że wybór Tuska i spółki uchroni Polaków przed straszliwą katastrofą „kaczyzmu”. Po wyborach 2007 roku, natychmiast powierzono mediom zadanie utrzymywania społeczeństwa w poczuciu zagrożenia recydywą rządów PiS-u, koncentrując się jednocześnie na tworzeniu negatywnego obrazu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Ten prosty zabieg socjotechniczny, oparty na manipulacji właściwej systemowi totalitarnemu, musiał okazać się efektywny w społeczeństwie uzależnionym od przekazu telewizyjnego i powszechnego, bezkrytycznego przyjmowania dziennikarskich relacji. W połączeniu z dziennikarską autocenzurą i przemilczaniem wiadomości nieprzystających do normy sprawił, że do świadomości Polaków nie mogła przedostać się żadna informacja ukazująca prawdziwy obraz Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Trudno o bardziej wyrazisty dowód ciągłości systemowej III RP z okresem PRL, jak właśnie wieloletnia kampania propagandowa skierowana przeciwko prezydentowi i prezesowi PiS. Znajdujemy w niej wszystkie elementy propagandy komunistycznej, w tym podstawową i najmocniej eksploatowaną kategorię „wroga” – z powodzeniem stosowaną również w putinowskiej Rosji. Przed dwoma laty Jarosław Kaczyński stwierdził wprost, że „Tusk chce zdezintegrować naród”. Taktyka grupy rządzącej polegała bowiem na destabilizacji i dezintegracji państwa, zrywaniu więzów społecznych i narodowych. Brutalizacja języka politycznego, tworzenie trwałych i coraz głębszych podziałów, walka z pamięcią narodową, niszczenie szkolnictwa i kultury, propagowanie zachowań antypaństwowych lub amoralnych - stanowiło „fazę I” procesu dezintegracji. Kpiny i szyderstwa z Prezydenta, liczne obelgi pod jego adresem, przedstawianie go jako „nacjonalisty” i nieudacznika, konkurowały jedynie z mrocznym obrazem jego brata, któremu zarzucano „zbrodnie” z okresu rządów PiS, awanturnictwo polityczne, skłonności do dyktatury i konfliktowość. Nie sposób nawet wyliczyć wszystkich kłamstw i najbardziej haniebnych pomówień po jakie sięgano, by przekonać Polaków do „wspólnego wroga”.Podtrzymywanie lęku przed „kaczyzmem” stanowiło również projekcję autentycznych obaw, jakie układ tworzący III RP żywił wobec tych polityków. Czas rządów PiS-u, w którym podjęto walkę z korupcją i przestępczością mafijną, uporządkowano finanse publiczne, wznowiono politykę zagraniczną zgodnie z polskimi interesami, a wreszcie – zlikwidowano Wojskowe Służby Informacyjne, będące osią patologicznego układu III RP - musiał wywołać dostatecznie mocny lęk wśród tzw. elit, które likwidację skamielin PRL potraktowały jako zamach na swoje przywileje. Na rzeczywisty stosunek Platformy Obywatelskiej do braci Kaczyńskich bezsporny wpływ miała również ambicjonalna trauma, jakiej doświadczył Donald Tusk po przegranych w 2005 roku wyborach prezydenckich oraz niemniej mocne uczucie nienawiści i strachu widoczne u Bronisława Komorowskiego, obawiającego się publikacji treści aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI. Wielu innych polityków PO, biznesmenów, dziennikarzy i ludzi życia publicznego, po likwidacji WSI odczuwało zagrożenie możliwością ujawnienia ich kontaktów i interesów prowadzonych pod dyktando wojskowej bezpieki. Wkrótce zatem, nagromadzenie pod szyldem Platformy wszelkiego rodzaju renegatów, frustratów i „skrzywdzonej” rządami PiS-u agentury, uczyniło z tego środowiska istny skansen agresywnych, twardogłowych typów, złączonych wspólną nienawiścią i żądzą odwetu. Dlatego też - przez cały okres istnienia koalicji PO-PSL, lęk i nienawiść – jedyna broń tchórzy, stanowiły podstawowe narzędzie sterowania społeczeństwem i miały zastępować wszystkie, wyższe aspiracje Polaków. Media, którym podobnie jak w okresie PRL- u powierzono rolę strażnika interesów partii rządzącej i katalizatora nastrojów społecznych stworzyły z fałszywego obrazu „kaczyzmu” główny identyfikator zwolenników Platformy i same stały się częścią aparatu władzy. Dopiero tragedia z 10 kwietnia i śmierć Prezydenta Kaczyńskiego przerwały ten proces i na krótką chwilę wytrąciły broń manipulantom. Zdano sobie natychmiast sprawę, że spontaniczna reakcja Polaków na tragedię, przekraczająca najśmielsze oczekiwania i prognozy wymaga odwrócenia dotychczasowych środków, a dalsze forsowanie negatywnego wizerunku może trwale zaszkodzić interesom grupy rządzącej. Tylko temu, cynicznemu instynktowi należy przypisywać nagłe pokazanie innego Lecha Kaczyńskiego – człowieka wielkiego serca i umysłu, dobrego polityka, patriotę, męża stanu. Odegranie medialnego spektaklu żałoby narodowej, pod dyktando fałszywego hasła „Bądźmy razem” przyszło mediom i politykom równie łatwo, jak dotychczasowe rozgrywanie lęków i nienawiści. Nie zaniedbano przy tym zabiegów dezinformacyjnych, z których już w czasie symulowanej „płaczliwości” wyłaniał się przekaz sugerujący, iż winę za katastrofę będzie ponosić załoga polskiego samolotu, a pośrednio – Prezydent Kaczyński, mający wywierać presję co do miejsca i czasu lądowania. Dopóki trwał czas „żałobnej propagandy”, ta wersja była sączona w umysły odbiorców klasycznymi metodami dezinformacji: poprzez „modyfikację motywu” (Prezydent mógł wywierać presję, ale działał w dobrej wierze, obawiając się prowokacji rosyjskiej), „interpretację” ( to, że wywierano presję na pilota, wynika z treści rozmów zarejestrowanych w „czarnej skrzynce”) lub „generalizację” (podobne zdarzenie miało mieć miejsce w Gruzji, inni przywódcy postępowali podobnie). Wkrótce jednak, w odbiorze społecznym będzie musiało zaistnieć trwałe przeświadczenie, że tak naprawdę winę za tragedię z 10 kwietnia ponosi Prezydent, a o przebiegu zdarzeń zadecydowały błędne decyzje pilota, podjęte na skutek interwencji Lecha Kaczyńskiego lub jego otoczenia. Nie należy się spodziewać, by wnioski prokuratury wojskowej, działającej pod dyktando Rosjan miały iść w innym kierunku. W tym obszarze – zdefiniowania przyczyn katastrofy - istnieje bowiem ścisła wspólnota interesów rosyjskich z oczekiwaniami grupy rządzącej w Polsce. Dlatego, jak najszybsze przywrócenie negatywnej propagandy oraz atmosfery lęku i nienawiści jest dziś dla Tuska i Komorowskiego sprawą najważniejszą. Głównie, z powodu obaw związanych z kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta. Polityk, który również miał zginąć w katastrofie samolotu prezydenckiego, może bowiem skutecznie zagrozić koncepcji przejęcia pełni władzy nad Polską i równie ważnemu projektowi „pojednania” z Rosją. Tymczasem realizacja tych dwóch zamierzeń, to priorytet grupy rządzącej i główny cel większości wpływowych środowisk opiniotwórczych. Sytuacja, jaka wytworzyła się po smoleńskiej tragedii daje tym środowiskom niepowtarzalną szansę zawłaszczenia całego życia politycznego III RP na co najmniej kilka pokoleń i utrwalenia swoich wpływów we wszystkich obszarach. Urząd prezydenta, niezależna instytucja historyczna, bank narodowy, czy urząd rzecznika praw obywatelskich były ostatnimi, niezdobytymi dotąd bastionami. Gwarantem „paktu nad trumnami” ma być putinowska Rosja, której rozwiązania legislacyjne w zakresie zapewnienia nadzoru nad społeczeństwem, były dla obecnego rządu wzorem w procesie bondaryzacji Polski. Ten cel, tuż przed tragedią z 10 kwietnia wyraźnie wskazał Bronisław Komorowski, definiując „pojednanie” z Rosją jako „interes nas wszystkich” oraz mówiąc otwarcie o słowach Putina „niosących Polsce nadzieję”. Wypowiedź Komorowskiego podczas pogrzebu pary prezydenckiej i współbrzmiąca z nią mowa kardynała Dziwisza, skierowana bezpośrednio do prezydenta Miedwiediewa pozwalają przypuszczać, że w zakresie tego paktu doszło do porozumienia z częścią hierarchii kościelnej. Analogie z rokiem 1945 – przy całej różnicy metod i warunków historycznych - wydają się całkowicie uprawnione, również ze względu na pozycję Jarosława Kaczyńskiego, która w kontekście dążeń grupy rządzącej przypomina tragiczną sytuację Stanisława Mikołajczyka. Istotne także, jest podobieństwo reakcji państw Europy Zachodniej, przywodzące na myśl układ jałtański. Intencja ta znalazła wyraz w słowach Komorowskiego, iż „w Rosji dojrzewa przekonanie, w Polsce też, że nie ma współpracy Rosja-UE bez pojednania polsko-rosyjskiego. Mamy za sobą atrakcyjność UE jako całości.” Nie trzeba przypominać, że działania polityków Platformy są wspierane przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel, niemal wszystkie rządy państw UE i „postępową” prasę europejską. Te same środowiska przez lata uczestniczyły w kampanii oczerniania i dyskredytowania Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zarzucając mu „antykomunistyczną rusofobię” i psucie relacji polsko-rosyjskich. Nie przypadkiem więc, po śmierci „prawicowego nacjonalisty” stają się rzecznikami planów grupy rządzącej. Kandydatura prezesa PiS-u, może skutecznie zniweczyć ten zamiar. Nie tylko z uwagi na realną możliwość wygranej i kontynuację dzieła Lecha Kaczyńskiego, ale również dlatego, że wokół sprawnego polityka jakim jest Jarosław Kaczyński może powstać silny, ponadpartyjny ośrodek opozycji, zdolnej przeciwstawić się zamysłom układu rządzącego dziś Polską. . Nigdy bardziej, jak właśnie w tej chwili potrzebujemy polityka silnego, o jasno sprecyzowanych celach i wyrazistych poglądach. To, co nazywano „kontrowersyjnością” prezesa PiS – u jest dziś zbiorem najbardziej pożądanych cech i gwarancją mocnej pozycji przyszłego prezydenta. Sama prezydentura Kaczyńskiego, wsparta na patriotyzmie i antykomunizmie byłaby (nawet przy ułomnych uprawnieniach Kancelarii) trwałą wartością, szczególnie w zakresie kształtowania polityki zagranicznej. Plan fasadowego „pojednania” z Rosją, sprowadzony do koncepcji wepchnięcia Polski w strefę wpływów Kremla, uległby załamaniu. Można się również spodziewać, że cechy przywódcze Kaczyńskiego i jego polityczna charyzma pozwoliłyby zbudować realną opozycję i zjednoczyć wszystkie siły przeciwne „porządkowi moskiewskiemu” - nawet na bazie „osieroconego” i pozbawionego wielu znaczących polityków PiS-u. Ludzie Platformy i jej zaplecza mają pełną świadomość zagrożenia prezydenturą Jarosława Kaczyńskiego. Świadczy o tym histeryczna reakcja wielu publicystów i osób publicznych, ujawniona natychmiast, gdy pomysł kandydowania stał się realny. Świadczą o tym „sondaże” i „badania opinii publicznej” – które od czasów wyborów 2005 roku należy traktować wyłącznie jako element socjotechniki, służący zafałszowaniu społecznej rzeczywistości. Gdyby nie istniały żadne inne powody, dla których prezes PiS-u miałby startować w wyborach – ten jeden – stanowi dostateczny argument, że tylko Jarosław Kaczyński może pokrzyżować plany Bronisława Komorowskiego. Podsuwanie opinii publicznej „egzotycznych” kandydatów, straszenie „demonami IV RP” i „pogłębianiem podziałów”, czy bardziej wyrafinowane formy manipulacji, ujawniły panikę w obozie układu rządzącego. Tymczasem, wiadomo już, że próby sprowadzenia tej kandydatury do poziomu dawnego sporu politycznego, okażą się nieskuteczne. Specjaliści od manipulacji i „rządu dusz”, rozgrywający dotąd nastroje społeczne na linii lęku przed kaczyzmem wpadli we własną pułapkę „propagandy żałobnej”, gdy w obawie przed reakcjami Polaków pokazali im inne, prawdziwe oblicze Prezydenta, a tym samym zdjęli odium ciążące dotąd nad braćmi Kaczyńskimi. Nawet dla najbardziej zdezorientowanych „przeżuwaczy” medialnej papki stało się oczywiste, że zostali oszukani przez opiniotwórcze autorytety. Oszukani podwójnie. Ujawnienie prawdy o Lechu Kaczyńskim, pokazanie wielkiego, prawego męża stanu, ale też człowieka ciepłego i życzliwego ludziom musiało prowadzić do odkrycia zaskakującej prawdy również o drugim z braci – bliźniaków. Nie sposób przecież uważać, by cechy charakteru i format postaci miałby tak dalece odróżniać Lecha od Jarosława Kaczyńskiego. Pokazanie autentycznej miary Prezydenta - Lecha, prowadziło zatem do odkrycia prawdy o postaci Jarosława i nie da się inaczej zinterpretować tego przekazu, jak w kategoriach druzgocącej klęski poniesionej przez twórców koncepcji „kaczyzmu”. Przekonanie wyborcy, że w osobach braci – bliźniaków ma do czynienia z przypadkiem doktora Jekylla i mr. Hyde’a nie jest oczywiście niemożliwe, wymaga jednak zbyt długiego czasu, by przynieść efekty przed terminem wyborów prezydenckich. Nie zanosi się więc, by doszło do gwałtownego odwrócenia akcentów medialnych i próby ponownego rozgrywania lęków „kaczyzmu”. W miejsce negatywnej propagandy, przyjęto więc strategię dezinformacji i faktów dokonanych. Ta pierwsza, realizowana jest wspólnie ze stroną rosyjską od chwili katastrofy i polega na nagłaśnianiu (często sprzecznych) informacji, których przekaz ma prowadzić do obarczenia odpowiedzialnością za tragedię polskich pilotów i Prezydenta Kaczyńskiego. Przy pomocy rozlicznej agentury preparuje się kolejne wersje zdarzeń, wprowadza chaos informacyjny i manipuluje nastrojami społeczeństwa. Ma to doprowadzić do zdezorientowania opinii publicznej, ośmieszenia „teorii spiskowych”, a w konsekwencji – do ukrycia prawdziwego scenariusza zdarzeń. W ramach faktów dokonanych, oddano Rosjanom całkowity nadzór nad śledztwem i sprowadzono polskie organy ścigania do roli petenta Moskwy. To nie tylko wyraz podległości, ale też świadomej taktyki, która ma zdjąć z rządu Tuska odpowiedzialność za ustalenie przyczyn katastrofy i zamknąć drogę do rzetelnego śledztwa. Jednocześnie, podległe Tuskowi służby przechwyciły tajne informacje będące w posiadaniu urzędników Kancelarii Prezydenta i Biura Bezpieczeństwa Narodowego, dokonując włamań się do domów ofiar katastrofy. W tym samym czasie Bronisław Komorowski zagarnął wszystkie kompetencje prezydenta RP i wprowadził w struktury prezydenckie swoich ludzi. W połączeniu z wiedzą, uzyskaną przez służby Federacji Rosyjskiej na miejscu katastrofy, gdzie w ręce Rosjan wpadły materiały będące w posiadaniu Prezydenta i najwyższych dowódców Wojska Polskiego – prowadzi to do pełnego zawłaszczenia władzy przez grupę rządzącą i środowiska z nią związane. Strategia ta, ma związek z przygotowaniami do wyborów prezydenckich. Rządzący układ zdaje sobie sprawę, że Jarosław Kaczyński może posiadać wiedzę na temat faktycznego przebiegu zdarzeń prowadzących do tragedii z 10 kwietnia. Równie mocna jest świadomość, że jego wygrana w wyborach prezydenckich pokrzyżuje plany „pojednania” z Rosją i wykluczy z gry Bronisława Komorowskiego – którego prasa rosyjska (wespół z mediami polskimi) już namaściła na faworyta w wyścigu do pałacu prezydenckiego. Jeśli zawiodą dotychczasowe metody manipulacji, a Polacy nie zechcą otrząsnąć się z poczucia wdzięczności dla prezydenta Kaczyńskiego niewykluczone, iż rozważany jest wariant siłowy, konfrontacyjny, w którym obecna władza nie cofnie się przed ograniczeniem praw obywatelskich, wprowadzeniem ukrytych form cenzury, a nawet sfałszowaniem wyników wyborczych. Jest to rozwiązanie o tyle łatwiejsze, że przez ostatnie dwa lata poszerzano uprawnienia służby Krzysztofa Bondaryka, szczególnie w zakresie nadzoru elektronicznego i informatycznego. Cenzura internetu, wprowadzona choćby pod pretekstem walki z terroryzmem wydaje się równie łatwym rozwiązaniem. Warto pamiętać, że w putinowskiej Rosji już wprowadza się regulacje prawne w ramach „przeciwdziałania terroryzmowi”, w myśl których dziennikarze mają zrezygnować „z używania niektórych słów”, opinia publiczna powinna „bezwzględnie popierać służby porządkowe”, a wszystkie partie, społeczeństwo i środki masowego przekazu powinny sformułować "niezbędny balans konstruktywnej krytyki i bezwzględnego poparcia służb porządkowych". Przyjęcie podobnych rozwiązań w Polsce, gdy obowiązki prezydenta pełni Komorowski, a grupa rządząca posiada większość parlamentarną – wydaje się rzeczą prostą. Tragedia narodowa z 10 kwietnia diametralnie zmieniła polską rzeczywistość i mają rację ci, który twierdzą, że wraz ze śmiercią tylu wspaniałych postaci, skończyła się w Polsce cała epoka. Nigdy też, nie staliśmy przed poważniejszym wyzwaniem, jak te, które czeka nas w najbliższych miesiącach. W sytuacji, gdy w sprawy polskie wdziera się „trzeci element” – putinowskiej Rosji - nie można wyborów prezydenckich sprowadzać do kwestii sympatii politycznych i partyjnych rozgrywek. Śmierć Prezydenta Kaczyńskiego uświadomiła nam, jak wielka jest potrzeba integracji Polaków wokół przywódcy narodu, ale też - jaką faktycznie rolę spełniał człowiek, atakowany i wyszydzany przez „elitę” III RP. Cokolwiek byśmy nie rozumieli pod słowami kontynuacji misji Lecha Kaczyńskiego, dziś dla jego brata oznaczają one zadanie ratowania Polski. Reszta pod tym linkiem - http://iskry.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2674&Itemid=4 - czytać to oczy wszystkim myślącym samodzielnie z wrażenia się, otworzą, kto nami "rządzi" i w jakim to skryminalizowanym i skorumpowanym Kraju żyjemy.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Autopromocja

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Tomasz (gość), 23.08.10, 10:09:14

Jeżeli dobrze orientuję się w życiu naszego parlamentu to największym w nim specjalistą od autopromocji jest poseł Arłukowicz. Nawet mielenie słów na temat Palikota służy temu celowi.

odpowiedzi (0)

skomentuj

palikot

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

zdzich (gość), 23.08.10, 09:48:38

arłukowicz tak sobie myślę że mocno zazdrościsz palikotowi tej autopromocji bo tobie karierowiczu nie wyszło nic marny doktorek więc poszedłdo polityki i co gówno też z tego wyszło miał być prezydent szczecina i co znowu gówno została ci tylko pisanie raportu razem z klempą,

odpowiedzi (0)

skomentuj

Autopromocja króla nagiego

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

sokular (gość), 23.08.10, 09:36:30

Autopromocja króla nagiego - raczej już bezprzedmiotowa.Ma Pan rację Panie Pośle i ma Pan pozytywny ,dobry wpływ na wizerunek Sejmu.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Palikot hitlerowcem

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

analityk (gość), 23.08.10, 08:49:48

na usługach Kremla

odpowiedzi (0)

skomentuj
« 1 2 3 »

Rozrywka

Polska

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Polska", poniedziałek 21.05.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

Informacje: 22 201 41 01
Zamówienia z Warszawy bezpośrednio u dystrybutorów:
Ruch SA: 22 581-98-06/24
Kolporter SA: 22 355- 04- 71/73/74/77
GLM: 22 649-41-61 lub 22 649-40-80
e-wydania: www.prasa24.pl; www.e-gazety.pl, www.e-kiosk.pl

Zamów prenumeratę

Reklama:

Polskapresse Sp. z o.o. Oddział Biuro Reklamy w Warszawie

Wiktor Pilarczyk tel. 022 201 41 00

ul. Domaniewska 41
02-672 Warszawa
tel. 22 201-41-00
fax 22 201-41-99
e-mail: reklama.warszawa@polskapresse.pl

Zamów reklamę

Kontakt z redakcją:

ul. Domaniewska 41 (budynek Saturn, II piętro)
02-672 Warszawa
tel. 022 201 42 00, 022 201 42 01
faks 022 201 42 01
redakcja@polskatimes.pl

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama

Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.