Niestety, w przydrożnych żywopłotach i rowach czai się coś, co może zniweczyć te pod każdym względem chwalebne plany. Borsuki, traszki grzebieniaste, nietoperze i wszystkie inne wspaniałe dzieci natury są pieczołowicie chronione przez ustawę o ochronie dzikiej przyrody i wsi z 1981 r., przepis o ochronie siedlisk i gatunków z 2010 r. i ustawę o ochronie borsuka z 1992 r. I wiele innych przepisów. To dobre prawa, ale nadgorliwość w ich interpretacji i zastosowaniu coraz drożej nas kosztuje, zwłaszcza dziś, gdy sytuacja gospodarcza Wielkiej Brytanii nie jest najlepsza.
Wystarczy, że w ogrodzie gdzieś pod starym krzakiem znajdzie się traszkę grzebieniastą, a natychmiast wstrzymuje się wymianę rur wodociągowych, od której zależy stan całego gospodarstwa. Remontu drogi nie można rozpocząć, dopóki nie uzyska się pozwolenia na prace budowlane w pobliżu jednego z wielu wejść do korytarzy wiodących do nory borsuka. Naprawę stodoły odwleka się w nieskończoność, bo właściciela nie stać na pokrycie kosztów - a te mogą sięgać nawet 5 tys. funtów - kontroli budynku w poszukiwaniu nietoperzy, których może tam w ogóle nie być. Kolejne projekty odkłada się, a robotnicy muszą czekać, aż stosowne towarzystwa opracują trasy lotów pobliskiej kolonii nietoperzy. Na budowach co wieczór trzeba rozbierać rusztowania, by nie zakłócać nocnych harców gacków.
Jakim cudem nietoperze przetrwały czasy, gdy nie budowaliśmy im domków, w których mogą spokojnie nocować? Były całkiem szczęśliwe, zamieszkując korony drzew, ale dziś, jeśli ktoś zamierza ingerować w ich siedlisko, musi zapewnić nietoperzom "termicznie korzystne" budki. To nie wszystko, bo potem jeszcze przez długie lata po zakończeniu prac budowlanych eksperci obserwują, jak kolonia rozwija się po przeprowadzce.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, całym sercem kocham naturę. Mieszkam na wsi, regularnie płacę składki członkowskie Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków i Towarzystwa Ochrony Bezkręgowców "Buglife", jestem dożywotnim członkiem Stowarzyszenia Ochrony Dzikiej Przyrody i Zwierzyny Łownej oraz Towarzystwa Opieki nad Dzikim Pstrągiem.
A jednak czuję się jak niszczyciel przyrody, gdy kwestionuję słuszność obowiązku przeprowadzania badań ekologicznych i przeczesywania terenu w promieniu 500 m od planowanego wodociągu, który ma przebiegać w pobliżu np. autostrady. Czy naprawdę sądzimy, że traszki będą przemierzać półkilometrowe pola uprawne obsiane zbożem i przekraczać autostradę, by przez chwilę pochlapać się w stojącej w rowie wodzie?
Jeśli gdzieś są jakieś ślady bytności traszek, teren otacza się setkami metrów czarnego plastikowego ogrodzenia, które ma uniemożliwić im wejście - lub ucieczkę - zanieczyszczając jednocześnie środowisko, które płotek z założenia miał chronić. W tym samym czasie w sąsiedztwie rolnik orze swoje pola, a płazy spokojnie przenoszą się w inne miejsce.
Prawo powinno chronić bezbronną dziką przyrodę i siedliska narażone na zniszczenie, ale samodzielnie odradzającą się naturę tłamsi nadgorliwe zielone lobby.
Rob Yorke, The Times