Deborah Haynes, "The Times"
W głównej bazie lotniczej wojsk sojuszniczych w afgańskiej prowincji Helmand znajdują się dwa stanowiska odprawy. Dla dwóch rodzajów maszyn i lotów. Jedno dla Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF), drugie dla lotnictwa USA. Przypomnijmy, że ISAF to struktura militarna istniejąca w ramach NATO i zajmująca się utrzymaniem pokoju w Afganistanie.
Owo wyraźne oddzielnie funkcji w Camp Bastion w dyskretny i delikatny sposób przypomina nam, kto jest głównym rozdającym karty w trwającym już dziewięć lat konflikcie zbrojnym w Afganistanie.
To prawda, że wojska USA stanowią cześć Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa. Jednak potrzeba przesuwania i przerzucania sił amerykańskich w miejsca, których bezpieczeństwa nie zdołali zapewnić sojusznicy z NATO, sprawia, że całej misji w istocie przewodzą USA, a nie struktury sojuszu. Jednym z terenów, gdzie wojskom NATO nie udało się zapewnić bezpiecznych warunków, jest prowincja Helmand, w której stacjonują wojska brytyjskie. Kraje koalicji antytalibskiej zastanawiają się, jaka jest przyszłość misji afgańskiej po wyjściu Holendrów z Afganistanu.
W niedzielę z położonej w południowym Afganistanie prowincji Oruzgan wycofały się wojska holenderskie. Posunięcie to jeszcze bardziej wzmocniło ogólny odbiór sytuacji - to USA grają tu pierwsze skrzypce. Siły amerykańskie wypełniły próżnię i to one dowodzą międzynarodowym wojskiem. Przypomnijmy: Holandia zakończyła swoją misję w Afganistanie. Jej wojska stacjonowały tu od blisko czterech lat. W szczytowym momencie holenderski kontyngent liczył 1950 żołnierzy. Dziś było ich już tylko 250. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo prowincji Oruzgan przejmą teraz oddziały USA i Australii. W trakcie misji życie straciło 24 obywateli Holandii.
Z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia, gdy przyszłego lata wycofają się z Afganistanu wojska kanadyjskie. Znowu zastąpią je Amerykanie. Wątpliwości dotyczą tylko prowincji Kandahar, gdzie kanadyjskich żołnierzy mogą zastąpić Brytyjczycy. W takiej sytuacji jednak bezpieczeństwo całej i najbardziej niespokojnej prowincji Helmand znalazłoby się w rękach żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej. Brytyjczycy zapewne z ulgą przystaliby na takie rozwiązanie.
Pojawiły się jednak obawy, że wycofanie się Holendrów - to pierwszy z głównych graczy kończących swoją kampanię afgańską - może wywołać reakcję łańcuchową i spowodować, że kolejne kraje pójdą w ślady Holandii. Członkowie NATO odrzucają jednak jakiekolwiek sugestie, iż składające się z żołnierzy ponad 40 państw siły koalicyjne zaczynają wykazywać oznaki słabości. Brytyjski ambasador w Kabulu sir William Patey wskazał na fakt, że Malezja i Tonga - państwo leżące na archipelagu o tej samej nazwie, w Polinezji na południowym Pacyfiku - obiecują wysłać do Afganistanu jeszcze więcej swoich żołnierzy. - W rzeczywistości coraz więcej oddziałów napływa do Afganistanu. Na każdych dwóch opuszczających nas żołnierzy przybywa dwóch następnych - powiedział Patey dla "The Times".
Jednak brytyjski ambasador zapomniał dodać, że nowy kontyngent Tonga będzie liczyć raptem 257 żołnierzy. Malezyjczyków jest jeszcze mniej - dosłownie 40. To prawie nic w porównaniu ze wspomnianymi siłami holenderskim, które liczyły niegdyś prawie 2 tys. osób. Dodajmy, że kontyngent Kanady liczy aż 2,8 tys. żołnierzy. Podobne wygląda polityczne i publiczne wsparcie dla kampanii wojskowej w Afganistanie. Wyjście Holendrów bez wątpienia zwiększy nacisk na rządy, które chcą zostawić swoje wojska, by wyjaśniły, czemu właściwie wspierają tę niebezpieczną i trudną misję. I czy w ogóle jest ona warta takiego zachodu oraz ofiar.
Na początku przyszłego roku Niemcy muszą zdecydować, czy przedłużyć mandat swoich sił w Afganistanie. Stacjonują one na północy kraju. Polska już na początku lata zapowiedziała, iż nie przedłuży swej misji. Termin ich wyjścia z Afganistanu wyznaczono na 2012 r.
Takie pytania na temat ostatecznych dat opuszczenia terenu konfliktu przez wojska poszczególnych krajów będą pojawiać się coraz częściej. Ich autorami będą pozostali członkowie sojuszu. Szczególnie wrażliwi są tu politycy świadomi ceny gospodarczej i ludzkiego życia, którą płacą za pozostawanie w Afganistanie. Szczególnie w obecnych trudnych dla gospodarki czasach.
Mówiąc ogólnie, powody, by trwać na terenie konfliktu, wydają się na tyle poważne, że wystarczają większości członków koalicji na usprawiedliwienie ich obecności wojskowej. Chodzi o to, iż nie można dopuścić, by kraj na nowo stał się rajem dla Al-Kaidy. Powstał też "wystarczająco stabilny" - cokolwiek znaczą te słowa - rząd Afganistanu. Ważna jest też potrzeba udzielenia wsparcia najbardziej śmiałej operacji sił NATO od czasu utworzenia samego sojuszu. Wyjście Holendrów bez wątpienia zwiększy nacisk na rządy, by wyjaśniły, czemu właściwie wspierają tę niebezpieczną misję
Taka determinacja jednak nie będzie trwała zbyt długo, jeśli w przyszłym roku nie zobaczymy namacalnych śladów sukcesu operacji. Z pewnością chodzi tu przede wszystkim o rzeczywiste przekazanie Afgańczykom kontroli nad niektórymi prowincjami, a także jasne przekonanie się, że afgańskie siły bezpieczeństwa są równie obiecujące, co ich liczebność. Przypomnijmy, iż kolejne oddziały powstają w tempie naprawdę godnym podziwu.
Znamienne - gdy chodzi o to, kto naprawdę dyktuje warunki - że to Barack Obama w grudniu, a nie coroczne październikowe spotkanie krajów członkowskich NATO, wyda werdykt co do ewentualnego przeglądu strategii NATO. To orzeczenie amerykańskiego prezydenta stanie się najważniejszą wskazówką świadczącą o tym, czy misja afgańska podąża we właściwym kierunku.
Tłumaczenie: Zbigniew Mach