Ale jest i jądro tematu, moim zdaniem najważniejsze. To próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, po co tak naprawdę potrzebne są te pieniądze Donaldowi Tuskowi? Dlaczego zgodził się na rozpętanie kilkudniowej, pewnie jeszcze niezakończonej debaty o podwyżce podatków, z konkretnymi wyliczeniami możliwych opcji? Przypadek? Możliwy, ale mało. Nawet jeśli bowiem minister Michał Boni, który temat wrzucił w obieg medialny, powiedział po prostu o słowo za dużo, to mógł ten temat sam zgasić godzinę później.
Nie zrobił tego. A więc zrobił dokładnie to, co chciał, czyli przetestował reakcję opinii publicznej.
A może nie chodzi o żadne konieczne oszczędności, tylko o dodatkowe wydatki? Wybory parlamentarne, dla premiera sprawa życia i śmierci, już za rok
Zakładam więc, także po następnych reakcjach polityków Platformy, że pieniędzy szuka się naprawdę.
Są dwie wersje: po co i dlaczego. Pierwsza, podparta wyliczeniami lawinowo wzrastającego zadłużenia publicznego (150_mld zł w ciągu ostatnich dwóch lat), zakłada, że rząd nie mówi nam całej prawdy i do granicy dopuszczalnego przez konstytucję progu zadłużenia zbliżamy się dramatycznie szybko. Potrzebne są więc radykalne ruchy zwiększające dochody budżetu państwa, zwiększenie podatków pośrednich zawartych w cenie towarów (VAT) i składki rentowej (wprost z naszej pensji, ale według czwartkowych deklaracji Platformy to koncepcja nieaktualna).
Na pozór logiczne, ale jedno się w tym nie składa - brak cięć, które skutecznie przeprowadzone mogłyby dać sporą część sumy możliwej do otrzymania z podwyżek obciążeń, wyliczanej na 35 mld zł. Rząd się boi? Jak kilkanaście miesięcy temu premier Tusk naprawdę szukał oszczędności, to zmusił ministrów do cięć w budżetach i pieniądze znalazł.
Może więc chodzi o coś innego? To koncepcja diaboliczna, niesprzeczna z poprzednią, ale logiczna. Może chodzi nie o to, by ciąć wydatki, ale je zwiększać? Może to przedwyborczy już ruch mający na celu radykalne, jak obiecywano, podwyżki dla nauczycieli, przywrócenie 50-procentowych zniżek dla studentów na przejazdy komunikacją publiczną i inne prezenty dla ludności?
Nierealne? Nieodpowiedzialne? Niemożliwe? Tu musimy dodać element analizy politycznej i pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Donald Tusk i najbliższy jego strategiczny współpracownik Jan Krzysztof Bielecki nie są już od lat żadnymi radykalnymi liberałami. To politycy środka, starannie unikający słowa "reforma". Jeśli już - to dobra zmiana.
Po drugie, Donald Tusk musi, po prostu musi, ze swojego punktu widzenia, wygrać kolejne wybory parlamentarne. A one są za rogiem, został rok. Po to zrezygnował z prezydentury, temu wszystko podporządkował, to pokochał. Jest tylko jeden problem: z naszymi finansami publicznymi jest naprawdę źle. I jak słusznie ostrzega premier Pawlak, do kolejnych wyborów tego długu już się raczej nie uda, jak to mówią ekonomiści, zrolować.
Michał Karnowski, komentator "Polski"