Data dodania: 2010-06-24 21:54:08 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2010-06-25 20:06:58
(© Wojciech Barczyński/Polskapresse)
O tym, kto w PO kładzie Komorowskiego, a kto w SLD jest zdrajcą, dlaczego Tusk jest pierwszym sekretarzem i obgryza paznokcie, w czym Platforma podobna jest do gangu Olsena i jak smakuje kotlet mielony z PO i lewicy, z Włodzimierzem Czarzastym rozmawiają Anita Werner (TVN 24) i Paweł Siennicki
Obserwator (gość), 27.06.10, 11:45:35
Czarzasty to kolejny "ekspert", który się wymądrza. Zapomniał biedaczek, że on, jego kolesie i cała formacja była ubabrana w aferę Rywina i inne, mniejszego kalibru machloje. Niech się teraz nie stroi w piórka "doradcy" tylko raczej zniknie...
odpowiedzi (0)
skomentujWP (gość), 26.06.10, 23:27:06
Prof. Jerzy Przystawa: Po co nam powszechne wybory prezydenta? - Katastrofa Smoleńska wskazała Jarosława Kaczyńskiego jako naturalnego kandydata na przyszłego prezydenta i dla wielu było rzeczą oczywistą, że jeśli Jarosław nie popełni jakichś rażących błędów, które, ewentualnie, przekreślą jego szanse, to ma on najlepsze widoki, aby przejąć schedę po Lechu. Tak też od razu rozgrywać zaczęły sprawę media publiczne, które od początku nie dopuszczały cienia wątpliwości, że może być jeszcze jakiś inny kandydat, poza Kaczyńskim i Komorowskim. Kampania zaczęła się więc natychmiast, pomimo wszystkich obłudnych min i gestów, pomimo najdłuższej w historii żałoby narodowej i wszystkich nawoływań do zaniechania waśni, ogólnej zgody i nie prowadzenia kampanii. Notowania Jarosława Kaczyńskiego spadły, przejściowo, po "Wawelu", który chyba musiał mu doradzić jakiś jego zdecydowany przeciwnik, bo ta decyzja natychmiast podzieliła Polaków i zmniejszyła znacząco liczbę tych, którzy gotowi byli jego kandydaturę poprzeć w wyborach. Wkrótce jednak pogodziliśmy się z rzeczywistością i wobec "nowego Kaczyńskiego" – oszczędnego w słowach i gestach, spokojnego i dostojnego "męża stanu w żałobie", sprawa ta zeszła na dalszy plan i przestała odgrywać znaczącą rolę. Sprawa II tury wyborów była więc przesądzona od samego początku i tak prowadziły ją media, traktując pozostałych kandydatów, jako "demokratyczne tło", niezbędne, żeby można było twierdzić, iż tu się odbywają jakieś prawdziwie demokratyczne wybory. Postawie tej dawali wyraz i wszyscy pozostali kandydaci, którzy prowadzili walkę bez wiary w zwycięstwo i, prawdę mówiąc, nie wiadomo po co? Rozumiem jeszcze Janusza Korwin-Mikkego, który sobie z polityki zrobił sport i rozrywkę i którego nikt nie jest w stanie traktować poważnie. Odniósł on niebywały "sukces", pokonując Waldemara Pawlaka i zdobywając całe 2,6% głosów wyborców, ale kampania była tak bezbarwna, tak nudna, tak pozbawiona jakiejkolwiek sensownej propozycji politycznej, że sporo inteligentnych i wykształconych ludzi głosowało na JKM po prostu z czarnej rozpaczy! On przynajmniej mówił coś innego i konkretnego, pomijając już całą fantastyczność wielu jego pomysłów. Po co jednak i dlaczego startowali inni, około jednoprocentowi, kandydaci? Moim zdaniem, właściwą odpowiedzią na to pytanie jest narcyzm. Każdy polityk ma prawo pomylić się w rachubach i oceniać swoje szanse wyżej, niż na to pozwala racjonalny rachunek sił i środków. Kiedy jednak startuje się w wyborach i uzyskuje wynik w granicach jednego procenta, to oznacza całkowite rozminięcie się z polityczną rzeczywistością i brak kwalifikacji. Tak postępują ludzie, którzy zamiast trzeźwo oceniać sytuację społeczno-polityczną, ubierają elegancki garnitur i krawat, poprawiają makijaż, stają przed lustrem i zachwycają się swoją urodą, która powinna rzucić na kolana wyborców. Zakładają również błędnie, że samo pokazanie się w telewizji, nawet pomimo przegranej, stanowić będzie jakiś kapitał, który zaprocentuje w kolejnych wyborach, samorządowych lub parlamentarnych. Jest to nieporozumienie. Ludzie, którzy w dzień wolny od pracy fatygują się do lokalu wyborczego, chcą głosować na kogoś, kto ma szansę wygrać, a nie po to, by, tajnie i anonimowo, demonstrować jakąś postawę. Porażka ich kandydata jest dla nich poważnym zawodem i zniechęca do głosowania na niego w przyszłości. Dlatego na wyborach przegranych z kretesem nie da się zbudować ani przyszłej partii politycznej, ani jakiegoś wpływowego ugrupowania. Z takiej perspektywy największym przegranym tych wyborów jest Waldemar Pawlak i jego PSL z żałosnym wynikiem poniżej 2% głosów poparcia. Rezultat taki oznacza spadek jego znaczenia w koalicji rządzącej i być może także wyeliminowanie PSL z parlamentu w wyborach parlamentarnych AD 2011. Stanie się to widoczne już w jesiennych wyborach samorządowych. Warto przypomnieć, że w wyborach 2002 r. PSL zdobyło 333 mandaty wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a więc 13,45% ogólnej liczby, co stanowiło ponad połowę łupu samorządowego wszystkich partii politycznych! W następnych wyborach liczba ta zmniejszyła się o 80 mandatów, ale PSL nadal biło pod tym względem wszystkie pozostałe partie polityczne razem wzięte. Śmiem twierdzić, że w październiku 2010 r. liczba ta znacząco spadnie i zasługę tego upadku Pawlak będzie mógł śmiało przypisać swojemu niewydarzonemu występowi w wyborach prezydenckich. Prawdę mówiąc, najlepsze co teraz może zrobić, to ustąpić z przywództwa w PSL i podać się do dymisji z rządu, aby ocalić te synekury, jakie są jeszcze do ocalenia. Tak musiałby postąpić polityk w każdej szanującej się demokracji, ale Polska, niestety, taką demokracją nie jest. W tym kontekście zabawne wydają mi się gromkie fanfary wokół wyniku Grzegorza Napieralskiego i jego 14% poparcia. On sam, przystrojony i wygładzony, jak do obrazka w magazynie dla starszych pań, puszy się i nadyma, każąc nam podziwiać swoją urodę. W tym zachwycie umacniają go jego wczorajsi przeciwnicy, tak Komorowski, jak Kaczyński, umizgując się do jego 14%. Widocznie nie mają nic do zaoferowania tej połowie Polaków, która nie poszła głosować i uważają, że jedyny elektorat wart zachodu, to te 8%, które głosowały na SLD? To kiepskie kalkulacje, bo zyskując poparcie eseldowców, można przypadkiem stracić część tych głosów, jakie padły na ich kandydatury w I turze i nie jest pewne, że opłaca się skórka za wyprawkę. Ale to ich zmartwienie. Dla mnie natomiast wynik wyborczy Napieralskiego świadczy przede wszystkim o tym, że partia, w jaką od 1989 roku przepoczwarzała się PZPR, nie jest już konieczna i może spokojnie udać się na zasłużony wypoczynek. Z jednej strony, po 21 latach, głęboko posunął się proces "odnowy biologicznej", a z drugiej, dla byłych aparatczyków w sile wieku, lepsze warunki oferują już PO i PiS. Świadczy o tym nie tylko bicie w bębny z powodu poparcia, jakiego kandydaturze Komorowskiego udzielił Włodzimierz Cimoszewicz i powołanie Marka Belki na Prezesa NBP, ale także oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego, który ogłosił, że o SLD nie należy już mówić "postkomuna", tylko trzeba mówić "lewica"!!! Obaj główni kandydaci prowadzili kampanię w taki sposób, jakby na zwycięstwie średnio im zależało i bez przekonania. Tę ambiwalencję łatwo zrozumieć. Jeśli wygra Kaczyński – to pogłębi się pat ustrojowy, a szanse PiS na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych maleją, a razem z tym odsuwa się, perspektywa realnej władzy politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Zwycięstwo Komorowskiego pozbawia Donalda Tuska alibi za niewywiązywanie się z obietnic wyborczych i zapewnień programowych, zmusza do przejęcia całej odpowiedzialności za państwo i jego nierozwiązywalne problemy. To nie jest perspektywa kusząca. Dla PO, wbrew bojowym okrzykom, korzystniejsze jest zwycięstwo wyborcze Kaczyńskiego. A to oznacza, że zapewne wygram butelkę wina, jaką na początku tej awantury postawiłem na Jarosława! Natomiast ogólna lekcja, jakiej udzielają nam kolejne wybory prezydenckie, jest taka: powszechne wybory w scentralizowanym, upartyjnionym państwie (w partiokracji), to błąd konstrukcyjny i ustrojowy. Takie wybory miały jeszcze, od biedy, sens na początku, w roku 1990, ewentualnie jeszcze w 1995. Dzisiaj to już tylko balast i obciążenie. Jest to prosta konsekwencja stosowanej od 20 lat tzw. proporcjonalnej reprezentacji w wyborach do Sejmu. Chodzi o to, że wybory na listy partyjne zamykają scenę polityczną i uniemożliwiają wejście na nią osobowości nie koncesjonowanych partyjnie, nie związanych z taką czy inną partyjną koterią. Koszt wyborów prezydenckich jest ogromny, a w państwie upartyjnionym tak, jak Rzeczpospolita Polska, do niezbędnych funduszy nie ma dostępu nikt spoza partyjnego układu. To dlatego właśnie wynik wyborów prezydenckich był do przewidzenia zanim się jeszcze one zaczęły. Aby powszechne wybory prezydenckie miały sens, konieczne jest otworzenie sceny publicznej, stworzenie warunków "rynkowej" – politycznej konkurencji dla ludzi, którzy posiadają kwalifikacje przywódcze i są w stanie, własnymi siłami, zbudować swoje zaplecze polityczne i zdobyć odpowiednie poparcie. Toczy się dzisiaj, na marginesie wydarzeń i polityki, debata ustrojowa: system prezydencki czy parlamentarno-gabinetowy? Wybory na listy partyjne czy jednomandatowe okręgi wyborcze? Kolejne wybory prezydenckie dowodzą, że najpierw trzeba zreformować system wyborczy do Sejmu. Dopiero potem warto się zastanawiać, czy wybory prezydenckie powinny być wyborami powszechnymi. Dla tych ważnych zagadnień ustrojowych nie znalazło się miejsce w pozorowanych debatach w czasie obecnej kampanii wyborczej. Kandydaci zignorowali Apel, jaki wystosowali do nich uczestnicy Konferencji w Suchej Beskidzkiej, wzywający ich do poparcia idei referendum na temat ordynacji wyborczej do Sejmu. Apel podpisało ponad 1000 osób, w tym wielu wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów powiatów, naukowców, lekarzy i po prostu obywateli (zob. www.jow.pl) Zignorowanie takiego apelu świadczy o tym, że tzw. klasa polityczna czuje się dobrze we własnym sosie i obywatele, nawet w czasie kampanii wyborczej, nie są jej do niczego potrzebni.
Wrocław, 24 czerwca 2010
Jerzy Przystawa
Odpowiadam panu profesorowi Jerzemu Przystawie - WP - Powszechne wybory (nie tylko prezydenta) są po to, żeby ludziom się wydawało, że wszystko zależy od nich. Że demokracja to taki wspaniały system, który każdemu daje możliwość decydowania. A w rzeczywistości rządzi nieliczna klika właścicieli mediów i lichwiarzy oraz specsłużby, bo to od niej zależy czy jakiś polityk/partia ma szansę na zwycięstwo (a czasem nawet na udział w wyborach). Jak pisał Charles Maurras, demokracja to w rzeczywistości zawoalowana plutokracja. Demokracja to fasada plutokracji (na której zawsze korzysta żydostwo i masoneria). Cywilizacja łacińska została zbudowana na monarchii. Demokracja została tu wprowadzona za pomocą terroru i jest stanem nienaturalnym. A po co nam "legalne bezprawie"? - Dziwi mnie, że Pan Profesor Przystawa do tej pory nie uświadomił sobie, ze w Polsce nie ma żadnej demokracji ani nawet "partiokracji". Polską rządzi "grupa trzymająca władzę" czyli stara esbecko – WSI - owska nomenklatura a te wszystkie kolejne "rządy" i "parlamenty" to tylko zestawy figurantów ( z PiS - em, nie dopilnowali, lecz szybko ten rząd im zagrażający zniszczyli). Dla "gtw" absolutnie obojętne jest jakie będą wybory i jaka będzie "ordynacja wyborcza" i tak wszystko obsadza swoimi "ludźmi", już to robią w pośpiechu! Dopóki "tajemnicą państwową" (jakiego państwa? - Polski już praktycznie niema) objęte są akta operacyjne byłych "służb specjalnych" PRL a do publicznej wiadomości nie wolno podawać nazwisk byłych funkcjonariuszy UB, SB i WSI (wciąż aktualne rozporządzenie rządu Mazowieckiego), za PO wracają wszyscy wymienieni do POlityki a tak naprawdę do rządzenia, problemy polskie są nie do rozwiązania!!!!!
odpowiedzi (0)
skomentujanna (gość), 26.06.10, 19:44:15
PAMIETAMY BARBARE BLIDE I IVRP ktora kojarzy sie z łże-elitą, z wezwaniem, żeby Platforma odpowiedziała, czy jest partią polską, z dzieleniem społeczeństwa na tych z Solidarności i tych z ZOMO, z przerabianiem historii Polski, zgodnie z którą Powstanie Warszawskie było zwycięstwem, a Okrągły Stół – klęską, w PRL i w Trzeciej RP nie było niczego dobrego, ze skokiem na media publiczne, które w ciągu kilku dni PiS zawłaszczył, oddając TVP prezesom, pp. Wildsteinowi i Urbańskiemu, a Polskie Radio - pp. Czabańskiemu, Skowrońskiemu i Targalskiemu, z przejęciem oficjalnej agencji PAP przez - sympatycznego skądinąd - red. Skwiecińskiego, z poniżaniem Lecha Wałęsy, z niezaproszeniem Adama Michnika na uroczystość w rocznicę wydarzeń 1968, z ogłoszeniem byłych ministrów spraw zagranicznych agentami, z zakończeniem znajomości z Władysławem Bartoszewskim, z faworyzowaniem przez rządzących Radia Maryja ktore bez protestu brata nazwalo prezydenta oszustem a prezydentowa czarownica i telewizji Trwam, z postulatem utworzenia pierwszego uniwersytetu wolnego od skompromitowanej kadry profesorskiej, z bojkotowaniem Trybunału Konstytucyjnego i próbą skompromitowania kilku jego członków tuż przed podjęciem przez Trybunał ważnej decyzji, z rusofobią, z dziką lustracją, z porachunkami na górze (Kaczmarek, Ziobro, Engelking), z upolitycznieniem prokuratury, z „ciągiem technologicznym” (MSWiA, Ministerstwo Sprawiedliwości, służby, CBA), ze Zbigniewem Ziobro (dziś na szczęście schowanym) i Jackiem Kurskim, z Antonim Macierewiczem, z niszczeniem ludzi przy pomocy kwitów – bez możliwości obrony, z wyrokami ferowanymi przez Misję Specjalną, z mundurkami szkolnymi, z czystką w mediach i w lekturach szkolnych, z panegirykami na temat rządu PiS/Giertycha/Leppera.czy mogło być coś bardziej gorszącego niż fakt, że urzędujący prezydent Polski Lech Kaczyński oskarżył o bycie agentem legendę polskiej „Solidarności”, żeby był spór sądowy między byłymi prezydentami, z których jeden jest laureatem Nagrody Nobla.
Czwarta RP była polowaniem na ludzi – na agentów, współpracowników, komunistów, postkomunistów, skorumpowanych lekarzy, zamkniętych w swoich korporacjach prawników, sędziów, adwokatów, profesorów, na ludzi układu, na członków Trybunału, na polskojęzyczne media, na bogatych (jeśli mają pieniądze, to skądś je mają…), na „partię rosyjską” i na „partię białej flagi”. Symbolem IV RP była dla mnie wypowiedź namaszczonego przez Jarosława Kaczyńskiego prezesa TVP, który zapowiedział, że trzeba wymienić wszystkich, ze strażnikami włącznie. Politykę tę realizowali także prezesi Polskiego Radia, pp. Czabański i Targalski. Szkód było znacznie więcej, ale ich przypominanie nie może być jedynym elementem kampanii Platformy. Trzeba odpowiedzieć na pytanie „co dalej?”, co zaproponować wyborcom, kiedy wody opadną?”
Kto zechce poswiecic pare minut czasu aby zastanowic sie czym byla bolszewia i jakie byly jej cele, dojdzie do wniosku ze istnieje nieprawdopodobna zbieznosc, lacznie z faktem ze pis popieraja doly spoleczne, ciemni ludzie ktorzy kupuja pisowska propagande zalobna, niewyksztalceni starzy i z zascianka oraz trzesacy sie o stolki ci ktorzy je od pisu otrzymali
odpowiedzi (0)
skomentujInformacje: 22 201 41 01
Zamówienia z Warszawy bezpośrednio u dystrybutorów:
Ruch SA: 22 581-98-06/24
Kolporter SA: 22 355- 04- 71/73/74/77
GLM: 22 649-41-61 lub 22 649-40-80
e-wydania: www.prasa24.pl; www.e-gazety.pl, www.e-kiosk.pl
Polskapresse Sp. z o.o. Oddział Biuro Reklamy w Warszawie
Wiktor Pilarczyk tel. 022 201 41 00
ul. Domaniewska 41
02-672 Warszawa
tel. 22 201-41-00
fax 22 201-41-99
e-mail: reklama.warszawa@polskapresse.pl
Reklama
- Ufamy naszym fizjologom, oni znają się na tym lepiej od nas. Dobierają takie obciążenia, jakie są teraz potrzebne. Mam nadzieję, że ta praca da dobre efekty. A to, że bolą nogi... - mówi Maciej Rybus, pomocnik Tereka Grozny i reprezentacji Polski, w rozmowie z Pawłem Kucharskim. »
Reklama
Rozpoczynamy proces zmian w serwisie PolskaTimes.pl Już teraz odświeżyliśmy nieco wygląd strony głównej i menu, pojawiły się też funkcjonalności, które - mamy nadzieję - ułatwią Wam dotarcie do najważniejszych informacji i zachęcą do udziału w dyskusji. Kolejne zmiany już wkrótce. Czekamy na Wasze opinie i sugestie. »
Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.