Menu Region

Gest ważniejszy od złota

Gest ważniejszy od złota

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Robert Małolepszy

Prześlij Drukuj
To był z całą pewnością jeden z największych skandali w historii światowego sportu. Tym jednym ruchem Władysław Kozakiewicz porwał za sobą całą Polskę. Z miejsca stał się bohaterem masowej wyobraźni. O popularności, jaką wtedy zdobył, dzisiejsi polscy skandaliści mogą tylko pomarzyć.
Dzień po jego wybryku ambasador radziecki w Warszawie Borys Aristow zażądał, by odebrać mu złoty medal olimpijski i za obrazę "narodu radzieckiego" dożywotnio zdyskwalifikować. Sekretarz KC PZPR, odpowiedzialny za sport Zdzisław Żandarowski, domagał się z Warszawy wyjaśnień tego, co się stało w Moskwie. Sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Na szczęście nasze sportowe władze tym razem nie poddały się dyktatowi wielkiego brata. Tłumaczyły, że gest był wynikiem... skurczu mięśnia spowodowanego ogromnym wysiłkiem, jaki Polak włożył w olimpijski konkurs skoku o tyczce. Kozakiewicz się uratował.

A konkurs rzeczywiście był morderczy. Trwał ponad cztery godziny. Polak był w wielkiej formie. Wszystkie wysokości pokonywał za pierwszym razem. Tylko tę ostatnią - 5,78 m - w drugiej próbie, ale to był nowy rekord świata!

A miał przeciw sobie cały, 100-tysięczny stadion na Łużnikach. Za każdym razem, gdy stawał na rozbiegu (trzeba uczciwie dodać, że także gdy startowali wszyscy inni rywale radzieckich tyczkarzy), publika gwizdała tak przeraźliwe, że trudno było usłyszeć własne myśli. Wszyscy, którzy byli świadkami tego konkursu, podkreślają, że to nie była zwykła pomoc własnym zawodnikom.

To był pokaz chamstwa i szowinizmu w czystej postaci. A do tego trzeba dodać mocno podejrzane zachowania sędziów, gdy ustawiali wysokość poprzeczki podczas skoków zawodników gospodarzy, otwieranie bram stadionu, by Rosjanie mieli lepszy wiatr, czy wreszcie zabronione regulaminem wzajemne wspomaganie się miejscowych tyczkarzy.

Właśnie w takich okolicznościach Polak po rekordowym skoku wstał z materaca i pokazał trybunom "wała". Od tej pory ten splot ramion już na zawsze pozostanie gestem Kozakiewicza.

Do Moskwy reprezentant Bałtyku Gdynia jechał jako jeden z kandydatów do medali. Już cztery lata wcześniej w Montrealu miał stanąć na podium, ale już w pierwszym skoku skręcił nogę i marzenia o medalu prysły jak mydlana bańka. Zajął dopiero 11. miejsce. Wygrał Tadeusz Ślusarski.

W maju 1980 roku Kozakiewicz wynikiem 5,72 pobił rekord świata. W lipcu doznał jednak kontuzji i na prawie dwa miesiące musiał odpuścić sobie skakanie. Rekord odebrali mu w tym czasie Francuzi, najpierw Thierry Vigneron (5.75), potem Philippe Houvion (5,77).

Stawkę kandydatów do podium uzupełniali broniący tytułu Tadeusz Ślusarski oraz Rosjanie Kostia Wołkow i Siergiej Kulibaba. To była wtedy absolutna światowa czołówka. Konkurs skoku o tyczce okazał się jednym z tych, które nie ucierpiały, jeśli chodzi o obsadę z powodu bojkotu igrzysk przez USA i 61 innych państw.

Powodem bojkotu był radziecki atak na Afganistan w grudniu 1979 roku. Gorąco na tym tle było już podczas zimowych igrzysk w Lake Placid. Amerykanie na każdym kroku podkreślali, jak bardzo są oburzeni interwencją ZSRR. "Wynoście się z Afganistanu", "Bojkotować Moskwę" - takie transparenty witały radzieckich hokeistów przed ich pamiętnym finałem z USA, w którym przegrali 3:4, choć zmierzyli się nie z zawodowcami z NHL, ale studentami z Uniwersytetu Minnesota.

Już wtedy prezydent USA Jimmy Carter chciał, by jego sportowcy zbojkotowali igrzyska w Moskwie. Poparły go Kongres i Senat. Do Moskwy nie przyjechali też m.in. sportowcy z RFN, Kanady i Japonii. Niektóre państwa jak Francja czy Wielka Brytania decyzję o uczestnictwie pozostawiły sportowcom.

Władze w Moskwie niespecjalnie przejęły się bojkotem. Igrzyska miały być najwspanialsze w historii. Z ulic zniknęli żebracy, pijacy i panie lekkich obyczajów. Na czas trwania igrzysk poprawiło się zaopatrzenie w sklepach. Władze dbały, by radziecka młodzież nie miała kontaktu z przedstawicielami zgniłego Zachodu, którzy jednak przyjechali do Moskwy.

Dodajmy, że w pamiętnym konkursie na Łużnikach drugie miejsce ex aequo z Wołkowem zajął Ślusarski, a Mariusz Klimczyk był szósty. Trzech Polaków w ścisłym finale olimpijskim - czy to się jeszcze kiedykolwiek powtórzy?

Cztery lata później Kozakiewicz przygotowywał się do startu w Los Angeles wspólnie z "Carem Tyczki", Siergiejem Bubką. W Spale dowiedzieli się, że państwa socjalistyczne bojkotują igrzyska w USA. Chodziło wyłącznie o rewanż za Moskwę. Ogłoszono, że organizatorzy nie są w stanie zapewnić sportowcom bezpieczeństwa.

W 1985 roku Kozakiewicz wyjechał do RFN. Dla wielu stał się wręcz zdrajcą, gdy zaczął startować z niemieckim godłem na piersi. Skakał do 1990 roku, wynikiem 5,70 pobił nawet rekord RFN w skoku o tyczce.

- Chciałem jako mistrz olimpijski zarabiać na mityngach. Mogłem startować nawet 20 razy w roku. Tymczasem władze sportowe pozwalały mi na trzy, cztery występy. Na dodatek od każdej wygranej musiałem płacić 40-procentowy haracz dla związku. Niby za co. Miałem tego dość. Dlatego wyjechałem - tłumaczył później.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się