Menu Region

Obama i Sarkozy w Paryżu: Kochajmy się!

Obama i Sarkozy w Paryżu: Kochajmy się!

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Konrad Godlewski

Prześlij Drukuj
Po podbiciu w czwartek serc 200 tysięcy europejskich słuchaczy w Berlinie Barack Obama odwiedził w piątek Paryż, a w sobotę będzie bawił w Londynie, gdzie zakończy swą wielką wyborczą podróż zagraniczną.
Po podbiciu w czwartek serc 200 tysięcy europejskich słuchaczy w Berlinie Barack Obama odwiedził wczoraj Paryż, a dziś będzie bawił w Londynie, gdzie zakończy swą wielką wyborczą podróż zagraniczną. Francuzi i Brytyjczycy zazdroszczą Niemcom, że Obama wybrał akurat Berlin na miejsce pełnego pasji apelu do Starego Kontynentu.

- Francuzi kochają Amerykanów - deklarował wczoraj prezydent Nicolas Sarkozy na wspólnej konferencji prasowej w Pałacu Elizejskim. - Z wzajemnością - kokietował Barack Obama, kandydat na prezydenta USA.

Politycy nie szczędzili sobie komplementów, bo obaj mieli wiele do ugrania. Obama przyjechał do Europy, by pokazać amerykańskim wyborcom, że umie rozmawiać z wielkimi tego świata.
Z kolei Francuz, którego notowania u rodaków mocno spadły od czasu wyborów, postanowił wykorzystać okazję, by uszczknąć nieco z obamomanii, której uległ jego kraj.

- Obama? To mój kumpel - chwalił się Sarkozy we wczorajszym wywiadzie dla "Le Figaro". - W przeciwieństwie do mych doradców nigdy nie wierzyłem w szanse Hillary Clinton. Powtarzałem, że to Obama zdobędzie nominację Demokratów - dodawał.

Podobnie myśli większość Francuzów, którzy mają dość George?a Busha i pamiętają, jak jeszcze kilka lat temu do amerykańskich rynsztoków wylewano francuskie wino.

Animozje to już jednak przeszłość, a "Obama - Sarkozy Show", jak nazwał wczorajsze spotkanie "New York Times", spodobał się widzom po obu stronach Atlantyku.

Francuska prasa nie omieszkała jednak zmącić tej sielanki. Wytykano, że Obama mniej czasu spędził w Paryżu niż w Berlinie, co dla kraju rywalizującego z Niemcami o unijne przywództwo było łyżką dziegciu w beczce miodu. Tym bardziej że Amerykanin w Paryżu nawet nie zanocował, tylko tego samego wieczoru udał się do Londynu na kolację z premierem Gordonem Brownem.

Choć Obama dziękował Sarkozy?emu za zwiększenie wojskowej obecności w Afganistanie, "Le Monde" ostrzegał: "Europejczycy powinni uważać na apele o pomoc wygłaszane przez Obamę".

Zdaniem części komentatorów obamomania, która na dobre rozkwitła we Francji i Niemczech, może się skończyć, gdy Obama wygra wybory. Marzenie Europy o dobrym Amerykaninie może się wówczas zderzyć z rzeczywistością, bo Obama będzie musiał kontynuować niektóre kierunki polityki Busha, jak choćby w Afganistanie.

Dziś kandydat do Białego Domu będzie bawił w Londynie. Rankiem zje śniadanie z Tonym Blairem, z którym porozmawia o sytuacji na Bliskim Wschodzie. Były premier Wielkiej Brytanii zna się na tym regionie, bo w imieniu tzw. kwartetu madryckiego (USA, ONZ, UE i Rosja) pełni obecnie rolę negocjatora między Izraelem a Palestyńczykami.

Dla Obamy, który kilka dni temu obiecywał kolejny przełom, tym razem na Bliskim Wschodzie, zdjęcie z Blairem będzie nie do przecenienia.

Potem czeka go spotkanie z premierem Gordonem Brow-nem. Będzie ono miało bardziej powściągliwy, oficjalny charakter. Rozmowy mają dotyczyć m.in. planu wycofania wojsk z Iraku, co ma zdaniem Obamy nastąpić do 2010 roku.

Podczas wizyty na Downing Street 10 nie będzie jednak nawet wspólnej konferencji prasowej, jak wczoraj w Pałacu Elizejskim. Podobno premier Gordon Brown nie chce być utożsamiany z żadną ze stron prezydenckiego wyścigu w Ameryce.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się