Kazimierz Sikorski
Specjaliści nadal nie mogą sobie poradzić z zaczopowaniem wycieku ropy naftowej, który ma miejsce od wielu dni po eksplozji wieży wiertniczej w Zatoce Meksykańskiej. Koncern BP, który był właścicielem pechowej konstrukcji, liczy kolejne setki milionów dolarów, które przyjdzie mu za ten wyciek zapłacić.
Pierwsze szacunki BP mówiły, że cała operacja usuwania skutków tej katastrofy ekologicznej pochłonie najwyżej 350 mln dol. Dziś już wiadomo, że będzie to co najmniej pół miliarda dolarów. A to dopiero początek wydatków, nie brakuje bowiem i takich szacunków, które zakładają, iż cała operacja będzie naftowego giganta kosztowała nawet 12mld dol.
Tymczasem z najnowszych ustaleń wynika, że urządzenie, które miało zastopować ewentualny wyciek ropy na zniszczonej wieży wiertniczej, było niesprawne, zawiódł jeden z silniczków i było tylko kwestią czasu, kiedy do tragedii dojdzie. Takie opracowanie dostali właśnie amerykańscy kongresmeni, którzy badają sprawę.
Sprawiło to, że na głowy tych, którzy wydawali pozwolenia na takie wiercenia bez sprawdzenia systemów zabezpieczających przed wyciekiem, ciskane są teraz prawdziwe gromy, niebawem przyjdzie czas na personalne rozliczenia z tych zaniedbań.
Szefowie BP na razie starają się tonować te wojownicze nastroje amerykańskich urzędników, tłumaczą, iż do czasu pełnego wyjaśnienia sprawy nie można przesądzać o przyczynach wycieku.
Ale i tak obecna sytuacja daje potężny oręż do ręki tym, którzy sugerują, że poszczególne amerykańskie stany powinny dostać w przyszłości prawo sprzeciwu wobec podejmowanych u ich wybrzeży prac wydobywczych ropy naftowej. Zanim jednak do tego dojdzie, amerykański prezydent Barack Obama proponuje, by firmy przystępujące do wydobycia ropy tworzyły specjalny fundusz, z którego można by opłacać szkody powstałe podczas wycieku ropy.
Amerykańska administracja zapowiedziała, że BP będzie musiało pokryć wszystkie koszta operacji, która ma na celu ograniczenie skutków tego wycieku. Spiker Izby Reprezentantów Nancy Pelosi podała, iż prezydent domaga się od BP natychmiastowej wpłaty 100 mln dol. na specjalny fundusz, z którego opłacano by działania straży przybrzeżnej oraz inspektorów zajmujących się ochroną środowiska.
Do tragedii na platformie wydobywczej Deepwater Horizon doszło 20 kwietnia. 11 osób wtedy zginęło, wiele zaś zostało rannych, kiedy doszło do wybuchu i zapalenia się metanu.
Szacuje się, że do Zatoki Meksykańskiej dostało się ok. 15 mln l ropy naftowej, a cała Ameryka mogła obejrzeć podwodne sekwencje ukazujące, jak ta groźna dla środowiska substancja nadal przedostaje się do morza.
Już dziś mówi się, że może to być największa katastrofa ekologiczna w Stanach Zjednoczonych, która rozmiarami przekroczy to, co się stało po katastrofie tankowca ''Exxon Valdez'' w rejonie Alaski na początku lat 90. ubiegłego wieku.
Jak na razie próby powstrzymania wycieku nie powiodły się, okazało się bowiem, że technologia, która była skuteczna na głębokościach rzędu 300-400 m zawiodła, gdy trzeba było dokonywać napraw na głębokości 1,5 km, gdzie panuje ogromne ciśnienie.
Demokratyczny kongresmen Bart Stupak, który zajmuje się wyjaśnianiem tej ekologicznej tragedii, ujawnił, że już w roku 2001 raportowano władzom amerykańskim o tym, iż wyposażenie ekip BP, które dokonywały odwiertów w Zatoce Meksykańskiej, nie zawsze było sprawne. - Jak urządzenia, które były wadliwe, i to w poważnym stopniu, miały gwarantować bezpieczeństwo wydobycia ropy -pytał Stupak.
Ale momentalnie znaleźli się politycy, którzy w tej sprawie nakazują jednak wstrzemięźliwość w osądach, radzą czekać do zakończenia całego postępowania, które ma wyjaśnić wszystkie okoliczności tego zdarzenia.