Anatole Kaletsky ''The Times''
Angielski pisarz i leksykograf Samuel Johnson, mówiąc o politykach XVIII wieku, stwierdził, że patriotyzm jest ostatnim schronieniem łajdaków. Bezpośrednie oskarżenia o zdradę narodu czy kraju są w dzisiejszej polityce zjawiskiem rzadkim. Zastąpiono je jednak pogłoskami o zdradzie gospodarczej czy zdradzie zaufania rynku. W dzisiejszym, mającym obsesję na punkcie finansów i pieniądza, świecie zaufanie stało się ostatnim schronieniem szarlatanów.
Ostatnio w ciągu zaledwie kilku dni - a może nawet godzin - przywódcy polityczni musieli podjąć decyzję o doniosłym znaczeniu historycznym: stworzyć pakiet pomocowy dla Grecji i krajów strefy euro. Wszystko po to, by zadowolić arbitralne nieprzekraczalne terminy wyznaczone przez rzekomo nieustępliwe z natury rynki finansowe.
Każde polityczne działanie, z którym nie zgodzi się komentator mediów czy któryś z liderów biznesu, natychmiast podlega atakowi jako podważające zaufanie biznesu i konsumentów. Analitycy rynku finansowego perorują na ekranach telewizorów jak grecka wyrocznia. Pamiętamy, że ona sama wieściła wszem wobec, że słyszy głosy z Olimpu. Przywołują nieśmiertelne zaufanie rynku i twierdzą, że żadne poświęcenie nie jest zbyt bolesne czy zbyt duże, by zjednać sobie przychylność owego nowego boga.
Spektakularny przykład paniki politycznej w obliczu rynków stanowi ''wyczarowana'' i podjęta w Brukseli w czasie ostatniego weekendu decyzja o wielomiliardowej pomocy finansowej dla Grecji, Hiszpanii i Portugalii.
Świat miałby się znaczenie lepiej, gdyby politycy uspokoili się i wyciszyli, a media zwracały mniej uwagi na krótkotrwałe zawirowania rynków finansowych w reakcji na wydarzenia natury politycznej. Jednymi z głównych beneficjentów bardziej sceptycznego podejścia do opinii liderów biznesu czy rynków finansowych byłyby właśnie biznes czy inwestorzy.
Ministrowie finansów krajów Unii wpadli w panikę i upichcili największy w historii program pożyczki ze środków publicznych
Na szczęście dla Wielkiej Brytanii nasi politycy zajmują bardziej zdrowe stanowisko w obliczu terroru tych rynków niż politycy z kontynentu. Istnieje jednak groźba, że także ci pierwsi na tyle uodpornią się na efemeryczne fluktuacje zaufania finansowego, że zaczną lekceważyć długookresowe interesy naszego biznesu i finansów. A przecież od tych czynników zależy dobrobyt kraju.
Co stało się w ostatni poniedziałek? W czasie weekendu słyszeliśmy, że euro grozi gwałtowny spadek wartości. Dlatego że portugalskie i hiszpańskie rynki obligacji mógł czekać krach, jeśli do zgody w kwestii pakietu ratunkowego nie dojdzie się przed otwarciem rynków azjatyckich. Giełdy ruszają tam około godziny pierwszej czasu europejskiego.
Ministrowie finansów krajów UE pod naciskiem Komisji Europejskiej oraz prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego dosłownie wpadli w panikę. Skutek? Największy w historii pojedynczy program pożyczki ze środków publicznych. Nigdy żadna grupa krajów nie pożyczała tak ogromnych pieniędzy. W przypadku Wielkiej Brytanii porozumienie to oznacza zwiększenie finansowych zobowiązań rządu o niemal 10 mld euro. Niemal dwa razy więcej niż proponowana podwyżka nakładów na system ubezpieczeń społecznych, o czym tak zawzięcie dyskutowano w trakcie kampanii wyborczej. Pieniądze te mają ''uchronić'' Europejski Bank Centralny przed podjęciem polityki monetarnej, którą Bank Anglii już podjął w reakcji na kryzys finansowy.
Dla Niemiec jednak porozumienie ma daleko gorsze konsekwencje. Uchyla ono wszelkie obietnice składane przez Angelę Merkel i stawia pod znakiem zapytania zawarte w traktacie z Maastricht zasady niezależności budżetowej poszczególnych krajów. Ponadto zmienia euro z twardej "teutońskiej" waluty w ''śródziemnomorską'' walutę miękką. Ponadto przekształca europejską unię walutową w unię służącą transferowi pieniędzy niemieckiego podatnika do krajów Europy południowej już nazywanych szyderczo Club Medem.
Nie wiemy, czy można było uniknąć wszystkich tych konsekwencji poprzez wyznaczenie dłuższego czasu na samą debatę. Na dłuższą metę jednak nieuniknione wydaje się zapewne stworzenie jakiegoś mechanizmu instytucjonalnego służącego transferowi nadwyżek oszczędnościowych Niemiec do biedniejszych krajów Europy Południowej. Służyłby on przetrwaniu euro i prosperity firm niemieckich zależnych od rynków krajów położonych w basenie Morza Śródziemnego.
Pewne jest jednak co innego. Jednej z najważniejszych decyzji finansowych w historii UE nie powinno się podejmować na jednym wieczornym, niedzielnym posiedzeniu. Konsekwencją tej decyzji będzie nieuchronne stworzenie budżetu federalnego sięgającego bilionów euro. Pamiętajmy też, że o samej propozycji przed ubiegłym piątkiem nawet jeszcze nie dyskutowano. Wszystko zaś działo się w czasie, gdy Wielka Brytania nie miała funkcjonującego rządu, a minister finansów Niemiec nagle znalazł się w szpitalu.
Dlaczego zatem przywódcy europejscy zniżyli się do tego rodzaju farsy? Częściową odpowiedź na to pytanie zajdziemy zapewne w ich makiawelicznej polityce. Dla Paryża, Brukseli i krajów Club Med ostatnie wybory regionalne w Nadrenii Północnej-Westfalii i powszechne w Wielkiej Brytanii stanowiły doskonałą okazję, by pokonać opór tych krajów wobec potężnej pomocy finansowej. Więcej, dawały też możliwość uczynienia ogromnego kroku w kierunku europejskiego federalizmu fiskalnego. W trakcie wyborów przecież politycy koncentrują się głównie na ich przebiegu i nie zawracają głowy innymi sprawami.
Jednakże usilnie przekonywano nas, że chodziło o to, by zdążyć z decyzją przed otwarciem giełd azjatyckich w niedzielę w nocy.
Porównajmy teraz, jak zareagowały rynki finansowe w poniedziałek rano. W kilka godzin po ogłoszeniu planu pomocy finansowej euro podskoczyło o 2 proc. Funt nieco spadł w reakcji na brak pewności w kwestii przyszłego rządu brytyjskiego.
Pod koniec poniedziałkowych sesji jednak euro znowu spadło, a we wtorek było już słabsze niż przed ogłoszeniem porozumienia w sprawie pomocy finansowej. Przy czym wszystko wskazywało na to, że trend spadkowy, jaki zaczął się już w roku ubiegłym, utrzyma się jeszcze przez następne miesiące. Kurs funta, z drugiej strony, ustabilizował się i dalej wzmacniał w stosunku do euro. Mimo przeróżnych ostrzeżeń wielu wnikliwych obserwatorów rynku finansowego uważa - zgadzam się z ich opinią - że w tym roku prawdziwym problemem finansowym dla Wielkiej Brytanii będzie właśnie nadmiernie mocny funt.
Jaka nauczka płynie z doświadczeń tego tygodnia? Politycy winni zwracać mniejszą uwagę na ''zaufanie'' biznesu i rynków finansowych, a zamiast tego koncentrować się na podstawowych warunkach gospodarczych i interesach samego biznesu. Na tym, co mu służy.
Ewentualne wprowadzenie przez rząd nadmiernie wysokich podatków i stóp procentowych oraz ''przeregulowanie'' gospodarki ograniczy zyski biznesu, naprawdę zaszkodzi jej samej, a dodatkowo spowoduje odpływ inwestycji i miejsc pracy. Jak rzeczywiście rząd mógłby pomóc we wzmocnieniu gospodarki? Poprzez ograniczenie niewydajnych wydatków publicznych i poprawę jakości bodźców do tworzenia nowych miejsc pracy. Na tym polegają prawdziwe polityczne realia determinujące wzrost zaufania biznesu. Tak się mu naprawdę pomaga. Cała reszta to szarlataneria i bzdura.
Tłumaczenie: Zbigniew Mach