To właśnie tam przez ostatnie dni trwają poszukiwania niedźwiedzia, który we wtorek 27 kwietnia zaatakował po słowackiej stronie pracowników leśnych, a chwilę później - także polskich w rejonie Rusinowej Polany. - Ten osobnik jest bardzo agresywny. To trzeba wyraźnie powiedzieć. On sam z siebie atakuje. Nie wiemy, jaka jest tego przyczyna - zaznacza Zbigniew Krzan z Tatrzańskiego Parku Narodowego.
O tym, że to zwierzę jest bardzo niebezpieczne, świadczy choćby atak na słowackich robotników w ostatni wtorek. - Niedźwiedź od tyłu zaatakował pracownika. Zaczął go gryźć, drapać. Uszkodził mu kark, wątrobę, nogi. Odgonili go inni pracownicy przy użyciu pił łańcuchowych - zaznacza Paweł Skawiński, dyrektor TPN.
Niespełna dwie godziny później ten sam niedźwiedź zaatakował po stronie polskiej, w rejonie Rusinowej Polany. - Razem z jednym pracownikiem szliśmy z dwoma końmi do pracy w lesie. Nagle z krzaków wyskoczył ten niedźwiedź. Konie stanęły dęba przed misiem stojącym na tylnych łapach. Mój kompan rzucił się na miśka z piłą łańcuchową, ale ten tylko cofnął się trzy kroki i tyle. Nie uciekał. W ogóle się nie bał - opowiada pan Tomasz Dziadoń.
Od tamtej pory pracownicy TPN, straży parku, policji, a także Straży Granicznej penetrują Tatry, by przepłoszyć tego niedźwiedzia. - Nasi ludzie patrolują teren Morskiego Oka, Łysej Polany, Rusinowej Polany, rejonZazadniej - zaznacza Krzan. W te rejony nie są wpuszczani turyści.
Pracownicy TPN chcą odstraszyć zwierzę, strzelając do niego gumowymi kulami, bądź będą próbowali złapać go, uśpić i założyć elektroniczną obrożę, dzięki której wiadomo byłoby, gdzie ten niedźwiedź akurat się znajduje.