Menu Region

Za wcześnie na pogrzeb SLD

Za wcześnie na pogrzeb SLD

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Wiktor Świetlik, publicysta "Polski"

Prześlij Drukuj
Postkomuniści przeżyli już kilka śmierci klinicznych. Przeżyją też ostatni sondażowy dół.
Losy SLD przypominają dzieje Andrzeja Kmicica. Co pewien czas już, już wydawało się, że go zabito. A to usiekł go Wołodyjowski, a to postrzelił Radziwiłł, a to dopadli Szwedzi. Ale parę stron dalej okazywało się, że pan Andrzej żyw, jurny, i jeszcze sporo o nim przeczytamy.

Triumf Grzegorza Napieralskiego w Sojuszu miał także być końcem całej formacji. Trupy, które nowy przewodniczący powyciągał z szafy z napisem PZPR, miały jego samego wynieść na chwilę do góry, a całą partię pociągnąć jak kamień na dno. Tymczasem Napieralski z jednej strony sprawnie składa hołd postkomunistycznemu elektoratowi, choćby krytykując temat esbeckich emerytur.

A z drugiej próbuje - nieco usilnie - wstrzelić się w europejskie prądy lewicowe, które mogłyby pociągnąć młodą inteligencję. Na razie to pierwsze wychodzi sprawnie, drugie sprawia wrażenie mocno naciąganego. Odpycha nazbyt cyniczna powierzchowność szefa SLD.

Do tego dochodzi mała widowiskowość komisji prowadzonej przez Ryszarda Kalisza, która niknie w tle spektakularnych swarów, jakie toczone są w konkurencyjnej komisji firmowanej przez polityka PO Andrzeja Czumę. Efektem tego wszystkiego jest skromne 6-8 proc. poparcia, które ostatnio SLD uzyskiwało w sondażach.

Ale tak nie musi być zawsze. Dziś w Sejmie zobaczymy Katarzynę Piekarską jako kandydata na rzecznika praw dziecka. Piekarska przegra z kandydatem PO, ale to ona staje się na nowo jedną z twarzy Sojuszu. Dodajmy, twarzy ładnych, doświadczonych i elokwentnych. Obca jest jej odpychająca agresja Joanny Senyszyn, która jest marginalizowana. Napieralski, choć z Senyszyn łączy go antyklerykalna linia, postrzega w niej zagrożenie, a z drugiej strony ma świadomość antyskuteczności podejmowanych przez nią działań.

O ile Sojusz mógł cierpieć ostatnio na brak zainteresowania mediów, to i to się zmienia. Także podczas tego posiedzenia Sejmu SLD pokaże swoją siłę języczka u wagi, utrącając projekt ustawy medialnej, czyli nie obalając wraz z PiS prezydenckiego weta. Na lewicy nie ma dziś dla Sojuszu alternatywy. Socjalna linia PiS nie zagospodaruje całego roszczeniowego elektoratu.

Szczególnie tego, który z czułością wspomina PRL. A taki sentyment żywi nawet do 40 procent Polaków. Jest z czego urwać. Dodajmy rozmaite potężne organizacje nadal będące blisko SLD, z OPZZ na czele.

Postkomunistom nieraz już zbijano trumnę. Ostatnio czynili to choćby tak przenikliwi analitycy jak Paweł Śpiewak. Eliminację SLD z życia politycznego za wielką zasługę poczytywali sobie i Jarosław Kaczyński, i liderzy PO. - My się kłócimy, Polacy podzielili się na platformersów i pisowców, więcej miejsca dla nikogo nie ma - orzekli. W dodatku mamy taki system finansowania partii, że jakby ktoś chciał im zagrozić i ten dwupartyjny układ rozbić, to - jak to dosadnie określił w rozmowie z "Polską" Jan Rokita - musiałby ukraść.

Czy na pewno tak jest? Można mieć wątpliwości. Postkomuniści już kilka śmierci klinicznych przeżyli. Zaraz po przełomie dopadła ona ich na tyle, że Aleksander Kwaśniewski nie chciał nawet myśleć o kandydowaniu na prezydenta w 1990 roku. Zwycięstwo AWS miało być początkiem gruntownej dekomunizacji, a rządy Akcji skończyły się gruntowną desolidaryzacją. Przynajmniej na kilka lat.

Serię zawałów SLD przeżywało po aferze Rywina. Organy wewnętrzne nie chciały ze sobą współpracować, a partii brakowało tchu. Dochodziło do rozlicznych amputacji: powstało SdPl, a Jerzy Hausner i Marek Belka uciekli do PD. Potem też nie było wesoło. Powstały w 2006 roku LiD miał być listkiem figowym, którym wstydliwie zostanie zakryte zbrukane SLD. Mimo wszystko to ono przetrwało.

Zresztą warto przypomnieć, że przy każdym silniejszym wychyleniu wahadła politycznego kogoś tam żywcem zakopywano w ziemi. W 1993 i w 2001 roku tak było z formacją postsolidarnościową. Siedem lat temu mówiono, że Leszek Miller będzie rządził Polską przez lata.

Dziś jedyną metodą, jaką może się posłużyć do zainteresowania mediów swoją osobą, jest zapuszczenie brody. Rzeczywistość jest mniej przewidywalna, niż chcieliby ci, którzy już wiedzą, że następne wybory wygra PO, Tusk będzie prezydentem, a na scenie zostaną tylko PiS i Platforma.

Szczególnie, że SLD jest jak wańka--wstańka albo jak nieśmiertelny Kmicic. Szkoda tylko, że nawrócenie byłych postkomunistów i ich zerwanie z grzeszną przeszłością nigdy nie bywa aż tak autentyczne jak w przypadku sienkiewiczowskiego bohatera.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się