Menu Region

Baranowski: Do szkoły chodziłem z prądem

Baranowski: Do szkoły chodziłem z prądem

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawiała Karolina Morelowska

Prześlij Drukuj
Dlaczego pierwszy Polak, który dwukrotnie opłynął kulę ziemską, mówi o żegludze mazurskiej ? Bo kapitan Krzysztof Baranowski został właśnie ambasadorem kampanii "PGNiG Bezpieczne Mazury". A w swój pierwszy rejs, wiele lat temu, wypłynął ze swoim dziadkiem właśnie na Mazury.
Kto może wiedzieć więcej o bezpieczeństwie żeglowania? Kapitan Baranowski spędził na jeziorach, morzach i oceanach dużą część swojego życia. Widział i przeżył już wiele. I jak mówi, najważniejsze to nie dać się zaskoczyć. Warto też patrzeć w niebo...

Na potrzeby projektu "PGNiG Bezpieczne Mazury" napisał Pan dekalog zasad bezpiecznego zachowania się na wodzie. 10 punktów, których warto przestrzegać, np. "Patrz w niebo". Brzmi to raczej jak zalecenie romantyka niż jak przestrzeganie przed niebezpieczeństwem.
Zmiany pogody nie biorą się nigdy z lazurowego nieba. Tam zawsze widać, że coś się szykuje. Dlatego moje pierwsze przykazanie to właśnie: "Patrz w niebo", chociaż rzeczywiście brzmi wieloznacznie... (śmiech).

Poproszono mnie o wzięcie udziału w akcji, mimo że moje doświadczenie to głównie żegluga morska. Ale ogólne zasady są przecież uniwersalne, a poza tym zaczynałem właśnie od Mazur. Było to co prawda bardzo dawno temu, a wtedy pływało się na innych jachtach. I w podobnych warunkach, co zeszłoroczne mazurskie, łódki kładły się na jeziorze, ale żadna nie tonęła. Kilkadziesiąt lat temu pływało się po spartańsku, bez komfortu, wygodnych kabin. To wymaganie luksusu spowodowało, że konstruktorzy zaczęli projektować coraz wyższe nadbudówki.

A efekt niestety jest taki, że silny wiatr uderzający z boku wywraca taki jacht, nawet jeżeli nie ma on postawionych żagli. Dążenie do luksusu okazało się więc fatalne dla bezpieczeństwa. Chyba wszystkich poruszyła sprawa zeszłorocznej tragedii, kiedy uderzył silny szkwał i zginęli ludzie. Właśnie zbliża się rocznica tamtych wydarzeń. Próbujemy podszkolić żeglarzy, uświadomić ich, zwrócić ich uwagę na wszystkie aspekty niebezpieczeństwa.

Wierzy Pan, że żeglarzy da się przestrzec?
Już są przestrzeżeni. Wydaje mi się, że to poszło nawet za daleko. Bo się boją. A nie o to chodziło. Oczywiście w tym sporcie strach jest dobrym, zdrowym odruchem, bo każe być ostrożniejszym. Ale nie może paraliżować. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, skąd czerpać informacje o tym, co może nas spotkać. I należy słuchać prognoz pogody, bo nawet te podstawowe, telewizyjne, dają ogólne pojęcie o zmieniających się warunkach. Ważne są roztropność i zdrowy rozsądek. Myślę, że to z grubsza wystarczy. Oczywiście dla żeglarzy, a nie dla tych, którzy wypływają "na wycieczkę" pierwszy raz. Przepisy są niestety bardzo liberalne. Można wyczarterować sobie wszystko, jacht mniejszy, większy, nikt nawet nie sprawdza papierów. A żeglarstwo to sport techniczny i nawet rekreacja wymaga przestrzegania pewnych zasad. Spryt i inteligencja nie wystarczą, potrzebna jest wiedza. Choćby taka, że żaglówki nie mają hamulców. Więc jak wpływa się na pełnych żaglach do portu, nie ma takiej szansy, że naciśnie się pedał i ona się zatrzyma…

Są tacy, którzy szukają hamulca?
Nie wymyśliłem sobie tego. Trzeba nauczyć się szanować prawa natury. Również wiatr, który wykorzystujemy dla swojej przyjemności. To jest podejście proekologiczne, bo wtedy można najlepiej zrozumieć związek człowieka z naturą. Rozumie się zależność. A bezpieczeństwo to jest ciągła gra tych zależności. Zasada jest prosta: wytracamy prędkość wtedy, kiedy nie ma napędu. Trzeba ustawić się pod wiatr, tak żeby żagle łopotały. Ale żeby ustawić się pod wiatr, trzeba umieć ustalić, skąd on wieje. Wszelkie próby przechytrzenia natury kończą się raczej fatalnie. Akcja "PGNiG Bezpieczne Mazury" ma przestrzec przed bezmyślnym żeglowaniem. To jest sport dla ludzi światłych, nie można bezmyślnie wypoczywać pod żaglami.

Ostatnio powiedział Pan ze smutkiem, że nie widział w Gdyni na redzie żadnego jachtu. Polacy nie żeglują?
Liczbę polskich żeglarzy szacuje się na mniej więcej 2 miliony osób. Często nie są zarejestrowani, może jest ich więcej. Można ich spotkać w Chorwacji, Grecji. Żeglują w różnych miejscach. A najchętniej tam, gdzie serwuje się piwo (śmiech).

Generalnie są profesjonalistami czy robią to nieudolnie?
Poziom jest bardzo zróżnicowany. Góra jest absolutnie na światowym poziomie. Zarówno nasi żeglarze regatowi osiągają sukcesy na miarę złotych medali, jak i ci,, zawodowi" żeglarze, którzy trudnią się profesjonalnie prowadzeniem jachtów. Są bez przerwy wynajmowani przez zachodnie kraje. Szkoła pod Żaglami polskiego pochodzenia, przejęta 20 lat temu przez Kanadyjczyków, nie może sobie poradzić bez polskich kapitanów. Mimo że zbudowali swój własny żaglowiec "Concordia", to na nim kapitanem ciągle jest Polak. Mechanicy to również Polacy, a sam jacht został zbudowany w Polsce. Na początku lat 80. to właśnie Polska była światowym liderem w budowie żaglowców, dużych jednostek. Zaczęło się od "Pogorii", potem był "Dar Młodzieży", "Iskra", cała seria, pięć żaglowców dla Związku Radzieckiego. Stworzyliśmy w tej dziedzinie kawał historii. I dzisiaj, kiedy te żaglowce się spotykają, tak jak w zeszłym roku w Szczecinie, to prawie połowa jednostek jest polskiego pochodzenia. Imponujące, a mało kto o tym wie. Szczególnie kiedy takie pokazy odbywają się za granicą. Do portu wpływa piękny "Chersonez", przyciąga wzrok wszystkich. Polska produkcja i polska konstrukcja. Mamy się czym pochwalić. Ludźmi również. Polscy żeglarze pływają wszędzie. Bez żadnych kompleksów. Teraz dwie dziewczyny są właśnie w trakcie samotnych rejsów dookoła świata. Jedna, etapami, Natasza Caban, druga, non stop, Asia Pajkowska. To też jest wyznacznikiem poziomu. Polskie żeglarstwo z jednej strony jest na bardzo wysokim poziomie, a z drugiej jest tak powszechne, że duża część tych pseudożeglarzy nie wie nic na temat tego, czym się zajmuje. I to jest groźne. I to trzeba opanować. Jednym ze sposobów jest system certyfikacji, który załamał się w ostatnich latach, między innymi z powodu niefortunnych decyzji ministra sportu. Rozgorzała dyskusja, żeby można było pływać bez żadnych patentów. Czyli niech każdy, kto chce, wsiądzie sobie na żaglówkę, popłynie i się utopi. Bo według niektórych topi się na własny rachunek, ale inni mówią: nie! Więc dyskusja trwa, a my w tym czasie będziemy przestrzegać. Ale mówić też oczywiście, że warto żeglować, bo to fantastyczny sport.

Pan pamięta swoją pierwszą przygodę z wodą?
Żartuję sobie, że chodziłem do szkoły z prądem (śmiech). Ale rzeczywiście wybrałem drogę wzdłuż Odry.

I jedyne lanie, które dostał Pan w życiu, to właśnie za powrót do domu… rzeką.
Tak, na tratwie! To była trudna szkoła, bo żegluga rzeczna, gdzie jest bardzo ciasno, są prądy, wymaga specjalnych umiejętności. Ale to dobre początki. Już jako uczeń należałem do akademickiego klubu żeglarskiego. Przebywałem wśród docentów, profesorów, asystentów. Byłem z tego bardzo dumny. I dzisiaj, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że to właśnie klub żeglarski mnie wychował. Przesiadywałem tam nie tylko po to, żeby popływać, ale też pograć, pośpiewać, pobawić się z kolegami. Wyjeżdżaliśmy wspólnie nie tylko na żagle, ale też na narty, w góry. Tam była niesamowita atmosfera, taka, której dzisiaj trudno już szukać.

Po Odrze przyszedł czas Mazur.
I pierwsza wyprawa. Z dziadkiem. Wyruszyliśmy starą krypą w poprzek Jeziora Nidzkiego. Żeglowaliśmy z wiatrem, krypa była wiosłowa, dziadek postawił jedno wiosło, na nim powiesił ogromny koc i dobrze nam szło… Ale kiedy przyszedł czas powrotu, okazało się, że nie tylko koc nie działa, ale że trzeba ciężko wiosłować (śmiech). To była moja pierwsza lekcja: nie zawsze da się płynąć z wiatrem!

Kiedy Pan się pierwszy raz przestraszył wody?
Wtedy, na Jeziorze Nidzkim, trochę się bałem. Była duża fala, piana, pamiętam, że to zrobiło na mnie wrażenie. Potem pływałem trochę na kajaku, do którego mój dziadek też dorobił żagiel. Ale to wszystko wydawało mi się takie nieudolne. Obok śmigały żaglówki. Bardzo mnie to denerwowało, oni nic nie robią i płyną, a ja się składam, jak mogę, i nie mogę ich pokonać (śmiech). Tamten bunt i poczucie niesprawiedliwości skłoniły mnie do zapisania się do klubu żeglarskiego.

I wtedy już było odpowiednio ekstremalnie.
Chyba najbardziej ekstremalna jest jednak samotna żegluga. Znikąd pomocy, człowiek jest zdany wyłącznie na siebie. Ale właśnie dlatego, że jest się zdanym wyłącznie na siebie, strach, który się pojawia, musi mobilizować do działania. On przychodzi nie wtedy, kiedy już coś się dzieje, ale znacznie wcześniej. Spada barometr, nadchodzi niż, a z nim wiatr. Nie wiadomo tylko jak silny. Ze strachem spoglądam zawsze na barometr, pukam w niego i zastanawiam się, czy to będzie sztorm silny, czy bardzo silny. Ale kiedy się już zjawi, zastaje mnie przygotowanego: żagle są zmniejszone, jacht pędzi swoim kursem i pozostaje tylko czekać.

A czas się dłuży.
Człowiek próbuje się przespać, ale strasznie trzęsie.

I to wtedy rozmawia Pan z kimś, kogo fizycznie obok nie ma?
W żegludze samotnej to jest norma, że rozmawia się z kimś, kogo obok nie ma. Ściąga się go siłą woli. To się udaje.

I pomaga?
Pomaga. Chociaż taka rozmowa nie jest formą ratunku. Jest potrzebą wynikającą z tymczasowej samotności. Jest po prostu zwykłą chęcią rozmowy. Żeglarz rozmawia z jachtem, z delfinami, ptakami, chmurami, z Panem Bogiem.

W którego Pan nie wierzy.
Ale na morzu samotny człowiek jest właśnie bliżej tego nieba. Jakiegoś własnego nieba. Bliżej niż gdziekolwiek indziej. Na lądzie nie czuje się tak bliskości wszechświata. A tam, mimo że jest się zamkniętym na ciasnym pokładzie, ten wszechświat jest w twoich rękach.

Pan mówi, że na lądzie tęskni nie tyle za samym morzem, ile za porządkiem spraw, który na nim jest.
Na lądzie panuje bałagan nie do opanowania. Często niezależny od nas. Na morzu, kiedy jestem sam, wszystko mogę sobie ułożyć, ale nawet kiedy mam liczną załogę i nią dowodzę, są sposoby na zaprowadzenie porządku. W efekcie jest to znakomita lekcja dla młodych ludzi, którzy wypływając w pierwszy rejs, widzą, że są miejsca, w których porządek rzeczy jest kluczowy, bo jego brak może mieć straszne konsekwencje. I mówię tu również o porządku w dosłownym rozumieniu tego słowa. Jest ciemna noc, a ja muszę trafić ręką dokładnie na to, co chcę zabrać, na przykład na sztormiak. Nie ma czasu na szukanie. Węzeł muszę zawiązać bezbłędnie, bo jak tego nie zrobię, to za moment wiatr go rozwiąże, a ja w najlepszym wypadku będę musiał zrobić to jeszcze raz.

Morze weryfikuje fuszerkę.
I każdy to widzi. To jest oczywiste. Na lądzie nie widać fuszerki, ludzie permanentnie kupują buble. Może się uda? W tym sensie morze jest bardzo uczciwe. Dlatego polecam je wszystkim młodym ludziom i ich rodzicom. Na morzu konieczność posiadania autorytetu jest bezsprzeczna, nie podlega dyskusji. Na lądzie ciężko o autorytety. Nawet kiedy prezydent coś powie, to odpowiedzą, że głupi albo że pije po kątach. Kapitan musi być najmądrzejszy. Nawet kiedy popełni błąd, z dobrą, subordynowaną załogą znajdzie się czas, żeby go naprawić. Ale pomyłki zdarzają się raczej rzadko. Nieudacznicy nie dowodzą, bo morze wypluwa laika. Ciężko jest stworzyć zgrany zespół na jachcie. Sposoby bywają czasem drastyczne. Kiedyś na rejsie międzynarodowym, gdzie na pokładzie miałem Rosjan, Amerykanów i Polaków, jednym słowem pomieszanie kultur, okazało się, że elementem scalającym grupę jest nienawiść do… kucharza. I ja, chwaląc go, tę nienawiść trochę podsycałem. Zapanowało ogromne zdziwienie. Że jak to, kapitan, który rozdziela nagrody i powinien być sprawiedliwy, chwali kucharza, który jest do niczego? Ten fakt tak zjednoczył załogę, że przestały się liczyć różnice, cel był wspólny: wyrzucić kucharza za burtę (śmiech)! Moim obowiązkiem jest znalezienie takiego spoiwa. Obowiązkiem,ale i przyjemnością, bo ja się tym dobrze bawię.

Manipuluje Pan ludźmi.
Tak.

I to Panu sprawia przyjemność?
Tak, ale przecież robię to w dobrej wierze! Bolączką Polaków jest fakt, że nie ma kto wychowywać młodzieży, nie ma szkół, o których można powiedzieć: stąd młody człowiek wyjdzie dobrze ułożony. Zawód nauczyciela raczej podupadł. Na morzu tym nauczycielem jest samo morze. Sytuacja wymusza pewne zachowania, poważne podejście do wielu spraw. Bardzo przydatne na lądzie. Wychodzą na niego ludzie światli, z fantazją, szanujący pracę.

Morze to szkoła życia?
A kilka technicznych aspektów po drodze, śmieszne nazewnictwo, jest tylko otoczką. Sedno sprawy to znaleźć się w każdej sytuacji, wykonać dobrze swoją robotę. Bo nawet jeżeli nie zweryfikuje tego kadra oficerska, zweryfikują koledzy. Ktoś spóźni się trzy minuty w środku nocy do steru? Koledzy znajdą dla niego odpowiednią karę. Po to, żeby następnym razem był na czas. Jeżeli człowiek wdroży sobie takie postępowanie, to ono już mu zostanie. Uznane jako zasada. Jeśli umówiłem się na 15, jestem za trzy, a nie pięć po. I koniec. Podczas rejsów wychowuje się obywateli.

Pan wychował już wielu, zakładając Szkołę pod Żaglami.
Nie chodzi o to, żeby liczyć swoje sukcesy w głowach. Zawsze chodziło mi o to, żeby powstał system szkolenia. Kanadyjczycy to fajnie rozwinęli, chwaląc się, że wszystko wymyślili, mimo że to ja byłem ich pierwszym kapitanem. Zawsze chciałem propagować żeglarstwo, nie tylko jako przyjemność, ale też jako szlachetny sposób życia i doskonałe narzędzie wychowania. Bo rodzice naprawdę mogą pokierować dzieckiem w bardzo naturalny sposób. Chodzi tylko o to, żeby trafić w odpowiedni wiek. Dla małych łódek jest to 6-10 lat, dla żeglugi jeziorowej 8-14, morskiej 15-17. Potem jest już za późno. Ale jeżeli trafi się na ten właściwy przedział, naprawdę można zmienić czyjeś życie. Widziałem, jak to się dzieje. Dzieci piszą z rejsów listy, dzwonią do rodziców. Już z tych telefonów, korespondencji wynika, że dzieci mówią innym językiem, zajmują się innymi sprawami. Sami uczestnicy, kontaktując się ze swoimi rówieśnikami, mówią, że tamci koledzy "z lądu" opowiadają o jakichś głupotach. Podczas kiedy prawdziwe życie toczy się tutaj pod hasłem: jak przetrwać kolejny dzień? Rozbieżność postaw ujawnia się szybko. Oni sami po latach mówią, że tamten czas zmienił ich postrzeganie świata. Pozwolił zaplanować swoje życie z większym rozmachem.

Jak się już raz zasmakuje w morzu, to pewnie chce się zawsze na nie wracać.
Niekoniecznie. Bywa różnie. Zresztą sam odwodzę od pomysłu, żeby związać swoje życie wyłącznie z morzem. Życie marynarza jest bardzo nieciekawe, szczególnie współcześnie, kiedy statki są szybkie i w porcie bywają przez moment. Więc pomysł, żeby w taki sposób zwiedzać świat, jest poroniony. Bo nie zwiedza się świata, tylko korytarze statku. Natomiast jakby potraktować ten sport po amatorsku, mając inny zawód, to jest ogromna frajda. Nie chodzi o to, żeby powracać na morze, chociaż większość wraca, ale żeby zrozumieć, że tam panuje ład. I to on pozwala potem uporządkować swoje życie i swoje sprawy. Wypływam w morze dla przyjemności.

Nałogowo?
To rzeczywiście bardzo wciąga,ale oby tylko takie nałogi nas dopadały. Każdy potrzebuje świeżego oddechu. Morze i ląd to są zupełnie inne światy. Z przyjemnością przekraczam granicę między nimi.
W którą stronę z większą przyjemnością? W obie strony. Po powrocie z morza ciepły prysznic, obiad w restauracji to przyjemność. A najprzyjemniejsze jest to, że ten obiad się wreszcie nie kiwa (śmiech). Poza tym wraca się do ludzi…

Przecież Pan swoją morską samotność nazywa luksusem.
Dążymy do tego, żeby nie być samotni w życiu, żeby mieć partnera, przyjaciół, rodzinę, to prawda. Ale na ogół na lądzie doskwiera nam tłok, ciasnota. Tych ludzi jest po prostu za dużo. Po to, żeby zostać samemu, chociaż na chwilę, musimy zamknąć drzwi, a nie zawsze możemy to zrobić. Moja samotność to nie jest ucieczka przed ludźmi, bo oni przecież tak naprawdę gdzieś ciągle są. To jest raczej szczególna, okazjonalna przyjemność. Powiedziałbym, że to coś, co pozwala na mistyczne obcowanie z przyrodą i właśnie z tymi, których chwilowo nie ma obok. Wtedy więcej czasu poświęcamy na myślenie o nich niż wtedy, kiedy z nimi jesteśmy. Przecież ludzie siebie nawzajem nawet nie słuchają. Każdy chce powiedzieć swoją kwestię, nie słuchając rozmówcy. I to się dzisiaj uważa za normę. Ja tego nie uważam za normę i dlatego nazywają mnie mrukiem. Ja wolę słuchać. Tylko teraz się rozgadałem, na specjalne życzenie (śmiech).

Powiedział Pan kiedyś, że głównym zadaniem mężczyzny jest tworzenie własnego losu.
Brzmi górnolotnie, ale tak naprawdę pasuje do każdej sytuacji. Może się sprowadzać również do dbania o własne bezpieczeństwo. Na oceanie czy na Mazurach. Najważniejsze to nie dać się zaskoczyć.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.