Jestem za takimi rozwiązaniami [parytetami - red.], o ile przyśpieszają one pewne zmiany. Jednak nie chcę, by odbyło się to kosztem jakości. Tak jak kobiety wnoszą inny sposób myślenia do polityki, tak przedstawiciele naszej części Europy mogą zmieniać UE - mówi prof. Danuta Hübner, przewodnicząca Komisji ds. Rozwoju Regionalnego w Parlamencie Europejskim, w rozmowie z Andrzejem Godlewskim.
Czy to dobrze, że przywódcy UE zdecydowali się pomóc Grecji? Były wiceprezes NBP Krzysztof Rybiński uważa, że to zła wiadomość i lepiej było dać Grekom zbankrutować.
Jednak tu chodziło nie tylko o Grecję, lecz także o euro. Od dwóch tygodni europejska waluta traciła na wartości.
Dzięki temu europejski eksport stawał się bardziej konkurencyjny.
To krótkoterminowa korzyść. Najważniejsze było pokazanie całemu światu, że w sytuacji nadzwyczajnego zagrożenia Europa potrafi chronić swoją walutę. To się teraz udało. Nasza wyobraźnia jest zbyt mała, by uzmysłowić sobie ekstremalne sytuacje w przyszłości. Dlatego byłoby lepiej, gdyby dyskusja nad pomocą dla Grecji nie trwała aż miesiąc.
Ale tym samym inni Europejczycy będą pomagali tym, którzy żyli ponad stan, i do tego oszukiwali swoich partnerów.
Oczywiście jest bardzo ważne, byśmy w całej Europie mogli ufać danym statystycznym. Jedną z lekcji greckiego kryzysu jest to, że Komisja Europejska oraz Eurostat będą czuwać nad rzetelnością statystyk w krajach Unii. Jednak najważniejsze jest, byśmy mogli ochronić to, co jest największym dorobkiem UE, czyli wspólną walutę. Od stabilności euro zależy przecież nasza przyszłość.
Przez cztery lata była Pani członkiem Komisji Europejskiej. Czy nie podejrzewali Państwo, że Grecy fałszują swoje statystyki?
To była jedna z pierwszych spraw, z jaką zetknęłam się jako komisarz w 2004 r. Chodziło wówczas o sposób księgowania wydatków obronnych przez Grecję. Rząd w Atenach uwzględniał je dopiero w momencie realizacji zakupów, podczas gdy w innych krajach wpisuje się je już w momencie planowania. To miało duże znaczenie dla wyliczania deficytu budżetowego w Grecji.
Grecy znali jeszcze więcej sztuczek. W rezultacie przed październikowymi wyborami ich deficyt wynosił około 6 proc. PKB, a po zmianie rządu natychmiast się podwoił.
Dlatego wielkim osiągnięciem ostatniego szczytu UE w Brukseli jest to, że zdecydowano o systemowych zmianach we Wspólnocie. Tworząc unię walutową, przyjęto regulacje zmuszające członków do utrzymywania dyscypliny budżetowej - tak, by uniknąć kryzysów wewnętrznych. Jednak nikt nie spodziewał się, że potężny kryzys nadejdzie z zewnątrz.
Niemcy, którzy są ojcami euro, byli najmniej przekonani do pomagania Grekom.
To łączyło się z różnymi elementami, w tym z wewnątrzniemiecką polityką, z lękiem przed inflacją. Pamięć o hiperinflacji w Niemczech w latach 20. ciągle jest żywa i walka z tym zagrożeniem jest ich obsesją.
Przed szczytem Donald Tusk chciał, by to cała Wspólnota zdecydowała o pomocy dla Grecji. Jednak zamiast debaty w gronie 27 państw decyzje zapadły w czasie rozmów między Berlinem a Paryżem. To dobry znak na przyszłość?
W dyskusjach biorą udział wszyscy. Jednak nie ma złudzeń, że w strefie euro najwięcej do powiedzenia mają kraje o najsilniejszych gospodarkach. Tak naprawdę to od Niemiec i Francji zależy siła euro i bez ich zgody niemożliwe są żadne inne rozwiązania.
Gdy prowadziła Pani negocjacje o przystąpieniu Polski do UE, zapowiadała Pani m.in., że około 2009 r. znajdziemy się w strefie euro.
Grzegorz Kołodko mówił nawet, że w 2006 r.
Czy dobrze się stało, że tamte prognozy się nie spełniły?
Jestem przekonana, że członkostwo w strefie euro chroni państwo przed finansowymi kłopotami. Gdyby unia walutowa nie istniała, inwestorzy masowo wyprzedawaliby inne waluty i kupowaliby markę niemiecką. To zaszkodziłoby wszystkim.
Ale Polsce jak na razie nie.
Przyznaję - w krótkim terminie pozostawanie poza strefą może dawać pewne korzyści, związane np. z płynnym kursem złotego. Jednak gdyby Grecja nie należała teraz do unii walutowej i zamiast euro nadal miałaby drachmę, to nie byłoby już komu pomagać.
Ostatni szczyt UE zajmował się również strategią rozwoju do 2020 r. Polsce zależało najbardziej, by do końca tej dekady ze wspólnej kasy wspierać biedniejsze regiony. Czy Pani zdaniem tak będzie?
W jesiennej propozycji agendy "Europa 2020" nie było mowy o polityce spójności. Jednak pod wpływem dyskusji z udziałem 150 regionów udało się dołączyć odpowiednie zapisy. W dokumentach końcowych szczytu uznano również inwestycje infrastrukturalne za jedne z przyszłych priorytetów UE.
O to także zabiegała Polska.
Jednak trzeba sobie zdawać sprawę, że wydatki na infrastrukturę są tak wielkie, że nie udźwignie ich żaden unijny budżet, który jest przecież na poziomie 1 proc. PKB państw członkowskich.
W Unii trwa również batalia o kształt przyszłej dyplomacji. Polskiemu MSZ nie udało się wywalczyć narodowych kwot, które ułatwiałyby karierę polskim dyplomatom niższego szczebla. Jak Pani to ocenia?
ESDZ nie powstaje na ziemi niczyjej. To nie jest green field investment. To przekształcanie czegoś, co istnieje. Unia ma już swoje delegacje w innych krajach, a państwa członkowskie mają tam swoje ambasady.
Niestety, polskim negocjatorom nie udało się osiągnąć nawet tego, by którymś z nowych ambasadorów UE został ktoś z Polski.
Szkoda, że nowi dyplomaci, których w ostatnich latach mianowała Unia, nie pochodzili z nowych państw członkowskich. Wyjątkiem były niektóre placówki w Afryce. To musi się zmienić, tym bardziej że dyplomaci z Europy Środkowo-Wschodniej mają m.in. często tę przewagę, że znają języki, których nie uczono na Zachodzie. Nie wiem jednak, czy kwoty narodowe mogą to zmienić. Skuteczniejsze może być zapisanie tego jako celu oraz monitorowanie, czy budowana unijna dyplomacja jest odpowiednio reprezentowana przez wszystkie państwa członkowskie.
W Polsce popiera Pani parytety dla kobiet. Dlaczego więc nie narodowe parytety w dyplomacji UE?
Jestem za takimi rozwiązaniami, o ile przyśpieszają one pewne zmiany. Jednak nie chcę, by odbyło się to kosztem jakości. Tak jak kobiety wnoszą inny sposób myślenia do polityki, tak przedstawiciele naszej części Europy mogą zmieniać UE. Kompromisowym rozwiązaniem jest zapis o geograficznej równowadze, którego domaga się Parlament Europejski.
Rozmawiał Andrzej Godlewski