Simon Ammann dopiął jednak swego. Zwyciężył szósty, a licząc z igrzyskami ósmy raz z rzędu i zapewnił sobie triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
- Ten sezon jest dla mnie niezwykły. Trudno mi wręcz uwierzyć w to wszystko, co się wydarzyło w ostatnich tygodniach - uśmiechał się Simi, który do złotych medali olimpijskich dorzucił teraz Kryształową Kulę.
Na półmetku zawodów w Lillehammer wydawało się jednak, że to Adam będzie ich głównych aktorem i za jednym zamachem upora się z trzema demonami: wygra konkurs PŚ po trzech latach przerwy, zatriumfuje pierwszy raz w karierze na skoczni Lysgardsbakken i w końcu pokona niesamowitego Szwajcara.
Polak w I serii skoczył w wielkim - przywodzącym na myśl jego najlepsze występy - stylu, uzyskując 135,5 metra.
Ammann, który jest niepokonany od dwóch miesięcy, był o pół metra gorszy i po swoim skoku z niemałym zdziwieniem spoglądał na tablicę z wynikami. Tak jakby przeczuwał, że zbliża się koniec jego bezdyskusyjnej dominacji. Małysz prowadził i był głodny sukcesu.
Polak w takich sytuacjach rzadko wypuszczał szansę z rąk, ale w piątek byliśmy świadkami właśnie takiego przypadku. Simi w drugiej serii osiągnął 133 m i z pewnością był to rezultat w zasięgu Adama. Orzeł z Wisły wylądował jednak prawie sześć metrów bliżej i spadł w klasyfikacji na 3. miejsce, jeszcze za plecy Austriaka Gregora Schlierenzauera. Polak miał pecha, bo skakał w o wiele gorszych od najgroźniejszych rywali warunkach. Zawody były co prawda rozgrywane w myśl nowych zasad, uwzględniających w punktacji m.in. siłę i kierunek wiatru, ale blisko osiem dodatkowych oczek nie zrekompensowało Małyszowi strat w odległości. Z niezłej strony pokazał się w Lillehammer Kamil Stoch. Dzięki bardzo dobrej próbie w drugiej serii - 130 m - zakopiańczyk zajął 10. miejsce. Ciekawostką jest fakt, że testował nowe wiązania, zmodyfikowane chałupniczymi sposobami i przypominające nieco zapięcia, jakich używa Ammann.
- Wielkiej różnicy nie ma, ale dzięki nim narta jest nieco stabilniejsza w locie. To wszystko są drobiazgi, ale takie niuanse mogą sprawić, że leci się ze dwa-trzy metry dalej - zdradził skoczek, cytowany przez Skijumping.pl. Ostatni konkurs PŚ zostanie rozegrany w niedzielę w Oslo (godz. 13.45). Ostatnim akcentem sezonu będą mistrzostwa świata w lotach, które rozpoczną się w przyszły czwartek w Planicy.