czwartek 09 lutego 2012 r. imieniny obchodzą: Apolonia, Eryka, Cyryl

Polska » Kultura » Artykuł

Dlaczego ludzie tak lubią uprawiać literackie wojaże

Polska Bożydar Brakoniecki

2010-03-12 15:57:47, aktualizacja: 2010-04-10 18:33:36

Literacki przebój musi obowiązkowo mieć dziś za tło atrakcyjne architektonicznie miasto. Choćby Waszyngton, w którym toczy się akcja ''Zaginionego symbolu'' Dana Browna.

Zdjęcie 1 z 2 Następne zdjęcie
Dlaczego ludzie tak lubią uprawiać literackie wojaże
(© fot. Manu Fernandez/AP)
Barcelona reklamuje się klimatem wziętym z ''Cienia wiatru''
Myliłby się ten, dla kogo tzw. turystyka literacka, czyli poznawanie świata inspirowane książkowymi bestsellerami, to wymysł jedynie naszych czasów. Za wrażeniami z lektur gonili już starożytni, wystarczy wspomnieć tłumy odwiedzające Lesbos po śmierci Safony i naszych antenatów ze średniowiecza, dla których szczytem szczęścia było dotarcie do paryskich zaułków na Wzgórzu św. Genowefy, którymi ongi spacerował zakochany w Heloizie Abelard.
∨ Czytaj dalej
Reklama
Potem było podobnie. Goethe zasuwał do Italii, żeby na własne oczy zobaczyć toskańskie pamiątki po Boccacciu, po śmierci zaś w Weimarze sam stał się celem pielgrzymek wielbicieli swojego ''Fausta''.

Dziś o Goethem nikt raczej nie pamięta. Niemiecki klasyk został okrutnie zdetronizowany przez Dana Browna, amerykańskiego twórcę bestsellerowych czytadeł dla milionów. To właśnie Brown wyznacza dziś statystkę literackiego podróżowania i to on staje się natchnieniem dla agencji turystycznych. Przesada? Skądże. Po wydaniu swojej ostatniej powieści "Zagubiony symbol", której akcja dzieje się w Waszyngtonie, okazało się, że liczba turystów odwiedzająca to smutne i wyjątkowe nudne miasto wzrosła parokrotnie.

Wedle najświeższych statystyk co tydzień nad Potomak przybywa prawie sto tysięcy bibliofilów, aby przyjrzeć się, co tak bardzo zainspirowało Browna w urzędniczej stolicy Stanów Zjednoczonych.
Miliony sprzedanych egzemplarzy "Zagubionego symbolu" dają zarobek nie tylko autorowi, ale skapują też na konta waszyngtońskich hotelarzy, restauratorów, taksówkarzy i domorosłych przewodników, którzy wyjaśniają turystom wszelkie arkana masońskiej architektury miasta. Bo to właśnie tajemnice masonerii są tym wabikiem, który tak rozpala czytelniczą wyobraźnię.
Stadne, suto opłacane pielgrzymki śladami literackich hitów to jedna ze współczesnych rozrywek znudzonej ludzkości
Rzesze zwiedzających spacerują więc po Kapitolu zaprojektowanym ponoć wedle złotych proporcji braci wolnomularzy i z zadartymi głowami popatrują na wiszący w Kongresie obraz, na którym Jerzy Waszyngton pyszni się w stroju Zeusa. "Tłumy kłębiące się w Bibliotece Kongresu nie przybyły tam jednak czytać pisma Ojców założycieli, lecz właśnie dlatego, że ich nie znają. Gdyby prezydent Waszyngton widział ten owczy pęd, przewracałby się ze zgrozy w swoim grobowcu" - kpił niedawno z pielgrzymiej mody stołeczny dziennik ''The Washington Times''.

Niesłusznie, bowiem turystyczna fala rozlewająca się po stolicy USA i - koniec końców - dająca zarobek przedsiębiorczym autochtonom w niczym nie da się porównać do tej, którą obserwowaliśmy po opublikowaniu przez Browna w 2003 r. ''Kodu Leonarda da Vinci''. Quasi-religijna literacka powiastka o mrocznych tajemnicach Opus Dei, naszpikowana nieboszczykami i uszczypliwościami skierowanymi głównie pod adresem Kościoła katolickiego, sprzedała się do dziś w nakładzie 80 mln sztuk. Ale do kronik wejdzie nie rekordowymi zyskami, a wywołaniem największej fali turystyki literackiej początku XXI w. To przez nią do paryskiego Luwru, kościoła Saint-Sulpice, dworca Saint-Lazare, a nawet do Ritza, gdzie stanął kwaterą bohater książki prof. Robert Langdon, ruszyły miliony amatorów wrażeń z całego świata, szukając ech literackich lektur.

Nie pomogły ostrzeżenia Watykanu, że powieść jest podkolorowaną brednią naukowców, dla których hit Browna to kompilacja apokryficznych wątków z historii chrześcijaństwa - podróżowanie śladami ''Kodu Leonarda da Vinci'' stało się rytuałem znudzonej ludzkości.

A w amerykańskiej telewizji furorę zrobił reportaż z Paryża, w którym jedna z zaoceanicznych studentek zwierzała się z wypiekami na twarzy, że do Luwru pielgrzymuje już 15. raz. Ale nie po to, aby kontemplować tajemniczy uśmiech Mony Lizy, ale żeby obejrzeć kawałek posadzki, gdzie znaleziono zwłoki Jacques'a Sauniere'a zamordowanego na samym początku książkowej intrygi.
strona: 1 z 2 »

Dodaj komentarz

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Komentarze (1)
Przejdź do dyskusji na forum

Wyświetl od:
Zwiń wszystkie wątki

A KRAKÓW?!

WWW (gość) 08.05.10, 06:40:23

???!!!...
http://wwwiercioch.blog.onet.pl/

0 / 0 zgłoś naruszenie odpowiedz

Dodaj komentarz

Rozrywka

Polska

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Polska", poniedziałek 06.02.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

Informacje: 22 201 41 01
Zamówienia z Warszawy bezpośrednio u dystrybutorów:
Ruch SA: 22 581-98-06/24
Kolporter SA: 22 355- 04- 71/73/74/77
GLM: 22 649-41-61 lub 22 649-40-80
e-wydania: www.prasa24.pl; www.e-gazety.pl, www.e-kiosk.pl

Zamów prenumeratę

Reklama:

Polskapresse Sp. z o.o. Oddział Biuro Reklamy w Warszawie

Wiktor Pilarczyk tel. 022 201 41 00

ul. Domaniewska 41
02-672 Warszawa
tel. 22 201-41-00
fax 22 201-41-99
e-mail: reklama.warszawa@polskapresse.pl

Zamów reklamę

Kontakt z redakcją:

ul. Domaniewska 41 (budynek Saturn, II piętro)
02-672 Warszawa
tel. 022 201 42, 022 201 42 01
faks 022 201 42 01
redakcja@polskatimes.pl

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama