Czy samemu strugając gitarę, budując wzmacniacze i jeżdżąc na muzyczne festiwale, można było obalić komunizm? Raczej nie, ale osłabić - na pewno. Rock nigdy nie chciał być politycznym narzędziem do walki z terrorem. A jednak to on sprawił, że ludzie się jednoczyli, nie bali się władzy, przez chwilę czuli się wolni, a niektórzy odnajdywali w sobie siłę do walki z systemem. W kraju, w którym panowała cenzura, Polacy, choć nie wprost, mogli jednak wykrzyczeć, co ich wkurza, o czym marzą i czego pragną.
- Milicja i SB nie miały kompletnie pojęcia, czym jest tak naprawdę rock - wspomina Leszek Gnoiński, jeden z reżyserów dokumentu "Beats of Freedom - Zew wolności".
Film opowiada o tym, jak muzyka zmieniała świat. Taka energia dziś już nie istnieje. Lata 80. to nie było granie dla grania. Rock to była nie tylko forma protestu przeciwko choremu systemowi, możliwość ucieczki, ale też styl życia dający poczucie wolności w zniewolonym społeczeństwie. Prześwietlić tamte teksty, pokazać atmosferę koncertów i festiwalu w Jarocinie, porozmawiać z artystami tworzącymi w tamtym czasie muzykę i zdradzić ich nieznane wcześniej, fascynujące historie mocowania się z cenzurą, milicją, SB czy kryzysem ekonomicznym (zespoły nie mogły nagrywać płyt, muzycy byli "ubóstwianymi biedakami"), to pokazać realia epoki. "Beats of Freedom" robi to lepiej niż niejedna fabuła, w teorii bardziej emocjonalna. - Nie było tekstów o dupie Maryni - mówi Jurek Owsiak. W metaforycznych rockowych piosenkach, które prześwietlała cenzura, zakodowany był obraz polskiej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej i obyczajowej. Znalazło to odbicie we "Wszystko, co kocham", które doskonale uzupełnia "Beats of Freedom". O ile Borcuch pokazuje wycinek rzeczywistości widzianej oczami kilku młodych ludzi, o tyle Gnoiński i Słota przyjęli szerszą perspektywę.
- Ten film powstał dla pokolenia dzisiejszych 40-latków, aby przypomnieć im, w jakich ciekawych czasach dorastali. Dla pokoleń urodzonych po 1989 r., aby zobaczyli, że rock mógł przekazywać ważne treści. Dla 60-latków i starszych, aby zdali sobie sprawę, że rock nie był tylko wygłupem gówniarzy - zdradza Gnoiński.
"Beats of Freedom" to w zasadzie klasyczny dokument, na który składają się wypowiedzi muzyków (m.in. Skiby, Kazika Staszewskiego, Muńka Staszczyka, Kory Jackowskiej, Tomka Lipińskiego, Krzysztofa Grabowskiego), dziennikarzy i uczestników zdarzeń znakomicie poprzetykane na dowód ich słów zdjęciami archiwalnymi, fragmentami koncertów i filmów. Narrator Chris Salewicz, brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia, poznaje przyczyny i skutki muzycznego buntu lat 70. i 80. Czyniąc to z pozycji dociekliwego detektywa z zewnątrz, zza żelaznej kurtyny, sprawia, że dokument, mimo że ma nieco edukacyjny charakter, nie trąci wykładem nudnej, gadającej głowy.
Całość ma niesamowitą energię i zmontowana z przysłowiowym jajem oddaje ducha tamtych czasów: zagubienie młodych, szaleńcze pragnienie wolności, rozżalenie z ograniczeń przeradzające się na scenie w złość, absurdy komunizmu widziane przez zwykłych ludzi i z nietypowej perspektywy muzyków. Patrząc na tamte czasy, czując ten klimat pospolitego ruszenia, muzycznego zrywu, człowiek oddycha swobodniej, że paranoja minęła.
Starsi będą jednak tęsknić, a młodsi zazdrościć tego poczucia zjednoczenia, wspólnoty doznań i tej wściekłej energii, która bije z ekranu i swego czasu otworzyła oczy masom będących pod wpływem propagandy. Aż żal ściska, gdy spojrzeć na naszą scenę muzyczną, gdzie króluje plastikowa Doda wyśpiewująca puste teksty. I na ludzi, którzy solidarność mogą poczuć tylko wtedy, gdy Justyna Kowalczyk wygrywa złoto albo gdy polscy piłkarze pokonują bułgarskich, a dobrej zabawy nie psuje dzika banda kiboli.
Beats of Freedom - Zew wolności
Polska, 2010, dokument muzyczny
reż. Leszek Gnoiński, Wojciech Słota, wyst. Kora Jackowska, Tomek Lipiński, Krzysztof Skiba, dyst. ITI Cinema