Menu Region

Cezary Pazura: To ja uratuję świat

Cezary Pazura: To ja uratuję świat

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

ROZMAWIA Ryszarda Wojciechowska

Prześlij Drukuj
Choć zagrał w 55 produkcjach, przed każdym występem zżera go trema. W najnowszym filmie ma trudną rolę: uratować świat przed III wojną światową. Więc nie będzie się przejmował, co piszą o nim w plotkarskiej prasie
Widzę, że kabaret wciągnął pana na dobre.
Od kabaretu zaczynałem. Jeszcze w stanie wojennym. Jako student jeździłem do Łaz koło Mielna. Ze-non Laskowik dał się namówić na prowadzenie warsztatów. Z jednej strony morze, z drugiej jezioro. Dużo komarów. Malaryczny klimat. Lubiłem to miejsce. I nasz kabaret. To był rodzaj buntu przeciw świnoujskiej FAM-ie, dotowanej przez komunistyczne państwo. W Łazach działała nasza studencka grupa: Zbyszek Zamachowski, Ada Biedrzyńska, ja, Mirek Baka, który przyjeżdżał z Asią Kreftówną, swoją późniejszą żoną.

Miłe wspomnienia.
Pamiętam, jak Laskowik na widok Asi Kreftówny wołał: "Kreft mnie zalała".
To było pokolenie młodych, którzy chcieli się spotkać z widzem twarzą w twarz. Cenzura nam specjalnie nie przeszkadzała. A jak coś zawieszała, graliśmy bez biletów. Tylko za to, co się wrzuci do kapelusza. Jedni dawali pół litra, inni pieniądze. A potem, po szkole, spędziłem sezon w słynnym kabarecie Tey. Płaciła Estrada. Dobrze płaciła. Groził mi nawet występ w Stanach Zjednoczonych z Zenonem Laskowikiem. Ale on się nie zgodził. Chociaż ja już w myślach dzieliłem pieniądze. Człowiek chciał się wtedy ustawić, bo biednie było.

Człowiek cały czas chce się ustawiać.
Myślę, że nie. Najpierw chce się ustawić, bo jest na dorobku. Ale potem pozostaje praca i pasja. Mnie kabaret zawsze interesował. Bo jestem człowiekiem, który potrafi się śmiać. Mam prześmiewczy stosunek do życia.

Kabaret to lekki kawałek chleba?
Bardzo ciężki.

To na czym ten jego ciężar polega?
Wczoraj na scenie miałem tak nieprawdopodobną tremę, że zapomniałem słów piosenki. Mimo że je sobie wcześniej napisałem na dłoni. Koledzy, widząc, jak piszę, śmiali się. Pytali: "Co ty robisz?". A ja ostatni raz tak sobie zapisywałem coś przed maturą. Z biegiem lat występy przeżywa się mocniej. Krzysztof Jaślar powiedział mi niedawno: "Słuchaj, ty się nie przejmuj, występowałem z Janem Kobuszewskim i usłyszałem od niego: ...Zobacz, jak mi serce wali przed wyjściem na scenę...". Dotknął serca pana Janka i rzeczywiście, jakby chciało wyfrunąć. To jest ten właśnie najcięższy kawałek chleba.

Nie wyrasta się z tego?
Nie. Jeżeli mam występ wieczorem, to cały dzień nim żyję. Jestem od 22 lat na scenie i do dziś nie potrafię do końca przewidzieć, co się widowni spodoba, a co nie.

Ciężki kawałek chleba, ale może łatwy pieniądz?
Niech pani w to nie wierzy. Nie ma łatwych pieniędzy. Wybitny skrzypek, który codziennie przez wiele godzin ćwiczy, żeby być wirtuozem, zarabia mniej niż Doda. Czy to jest sprawiedliwe? Nie wiem. Ale nie sądzę, żeby pieniądze Dody można było nazwać łatwiejszymi niż jego. Zenek Laskowik coś mi kiedyś uświadomił. To było na kaba-retonie w Sali Kongresowej. Ludzie zajmowali miejsca, a w tym czasie na scenie przygrywał kwartet smyczkowy. Muzycy we frakach grali Mozarta. I kiedy wszyscy usiedli, wtedy wyszły "błazny". A Zenek skwitował: "Patrz, świat się kompletnie przewrócił. Dawniej najpierw występowali kuglarze. A dopiero potem wychodzili prawdziwi artyści".

Teraz nie mówi się artysta, tylko gwiazda. Ale co to słowo znaczy?
Na festiwalu TOPtrendy poszliśmy z moją dziewczyną do festiwalowego klubu Viva. Na dole była sala dla VIP-ów. Na pierwszym piętrze już dla VIP-ów VIP-ów. Była też jeszcze jedna salka dla VIP-ów VIP-ów VIP-ów.

A pan w której się znalazł?
Przemknąłem przez wszystkie trzy (śmiech). Bo przyszedłem wcześnie i jeszcze mnie do każdej wpuścili. Ale ta liczba VIP-ów i gwiazd w naszym kraju to paradoks. To tak jak z nagrodami filmowymi. Rocznie kręcimy około 20 filmów, a nagród mamy kilkadziesiąt. Wszyscy są więc nagrodzeni. Ale też przez to spada ich wartość. Liczą się najwyżej Lwy Gdańskie i Orły.

Pan sam ma dwie statuetki Lwów Gdańskich. To chyba były dobre czasy dla pana?
Nie tylko dla mnie. Myślę, że dla kinematografii też. Filmy, które wtedy robiliśmy, kogoś obchodziły.

A teraz pana kino nie kocha?
Dlaczego?

Bo nie gra pan w filmach.
Życie jest sinusoidą. Nie można grać całe życie. Mam wrażenie, że nade mną czuwa opatrzność. I każe mi pracować na różnych polach w odpowiednim czasie. Zresztą mnie teraz w życiu pociąga coś zupełnie innego. Ustawiam je sobie na nowo. I cieszę się, że nie muszę niepotrzebnie odmawiać.

Ale uciekają panu najlepsze lata.
Jestem w wieku Brada Pitta i Johnny'ego Deppa. A oni są teraz rzeczywiście zasypywani propozycjami.

Wysoko pan sobie podniósł poprzeczkę.
Bo porównuję się z amerykańskimi aktorami? Rosyjskich nie znam. Nikt nam rosyjskich filmów nie pokazuje.

I nie ma pan żadnego filmu w planie?
Pojawiają się propozycje. Ciekawe. Choćby "Belcanto".

To będzie komedia?
Tytuł brzmi "Belcanto, czyli jak powstrzymałem III wojnę światową". Jeśli ktoś oglądał "Jak rozpętałem II wojnę światową" albo "Zezowate szczęście", mniej więcej wie, w jakim klimacie będzie ten film. Akcja dzieje się na przełomie lat 50. i 60. w Stargardzie Szczecińskim, w dawnym miasteczku radzieckich oficerów. Mój bohater ratuje świat przed III wojną i dużo śpiewa.

Pan gra główną rolę?
Tak, jestem tym, który ratuje świat.

A druga propozycja?
Od Olafa Lubaszenko. Na razie wiem, że miałbym zagrać ojca Anny Przybylskiej. To też ciekawe.

Takie czasy, że już grywa się ojców.
No, popatrzcie, jak Anka się trzyma (śmiech).

Pan ostatnio płaci dość wysoką cenę za popularność.
Nie jest tak źle.

I nie obchodzi pana to, co piszą na jego temat w internecie?
Nie wiedziałem, co to Pudelek, póki mi nie powiedzieli.

I nie wie pan, po co za panem ciągnie się tłum fotoreporterów z długimi lufami?
Tak jest od niedawna. Może dlatego, że mam dużo młodszą dziewczynę. I życie mi się całkowicie pozmieniało. Wcześniej nie miałem z tym problemu.

Nie boli, kiedy się czyta o sobie, że jest pan z "córką"?
Niech piszą. Życie wszystko zweryfikuje. Duża różnica wieku między partnerami to chwilowa ciekawostka. Popiszą i się zmęczą. Jakbym się tym miał przejmować... Chcę być zdrowy. Chcę, żeby mojemu dziecku się układało, żeby zdało na studia. Żeby rodzice byli zdrowi, żeby mieli co do garnka włożyć i żeby Edycia mogła się przenieść na studia do Warszawy. To są dla mnie istotne sprawy.

Życie się tabloidyzuje, a pan nie rzuca gromów?
Mnie nie tyle przerażają tabloidy, ile to, że ludzie sami robią nam zdjęcia z ukrycia i je wysyłają. To magiel. Ale ktoś ich tego uczy. Wszystko się zmienia. Byłem niedawno umówiony z dziekanem na jednym z wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego. Wpisano mnie na konkretną godzinę. Zjawiliśmy się i weszliśmy. A studenci, którzy też czekali, komentowali potem, że Pazura wepchnął się bez kolejki. Gdybym ja był studentem i do mojej szkoły przyszedł na przykład Janusz Gajos, tobym mu jeszcze drzwi otworzył. Nawet gdyby nie był umówiony. Ludziom się wszystko miesza. Kiedyś na moją posiadłość wjechał obcy człowiek. "Czy ja panu wchodzę do kuchni?" - mówiłem mu wściekły. A on na to, że do kuchni to co innego, on tylko wjechał na posesję. U nas się jeszcze do końca nie rozumie, co to jest własność prywatna.

Ale na całym świecie gwiazdy są atakowane przez różnych podglądaczy. To nie jest polska specjalność.
Byłem kiedyś w Los Angeles podczas procesu O.J. Simp-sona. Mieszkałem kilka kroków od jego domu. I cały czas wisiał nad nami helikopter. Pamiętam ten huk. Jak można tak żyć? Ja się cieszę, że naszych paparazzich nie stać jeszcze na helikopter. Mój problem z tabloidyzacją polega na tym, że muszę uczyć bliskich nie reagować na te bzdury. Słyszę: "Ty wiesz, co napisali?". Mówię wtedy: "Więc czemu to czytasz? Nie czytaj". Świat zwariował. Ale jak już wiemy, że zwariował, to przestańmy się tym przejmować.

Nie wszystkie media prowadzą polowania na gwiazdy.
Obserwuję problemy Pawła Wilczaka, z którym aktualnie pracuję (przy serialu "Faceci do wzięcia" - przyp. red.). Przecież nawet dla zwierząt są okresy ochronne. Może więc aktorce będącej w ciąży dać spokój w tym czasie? Kobieta i jej partner są skupieni na czymś zupełnie innym. Przecież pan Wilczak "rodził" już trzy razy. Pracuje, a tu dzwonią do niego z gratulacjami. Musi tłumaczyć, że to nieprawda. Dementować potem przez trzy dni.

Wróćmy więc do przyjemniejszych rzeczy. Znowu będzie pan "Oficerem"...
Jesienią w telewizji pojawi się trzecia część.

Pan lubi ten serial?
Tak, ale bardzo ciężko się przy nim pracowało. Jak w filmie fabularnym. Były plenery, sceny wypadków, helikoptery, koziołkowanie samochodów…

Prawdziwy mężczyzna chyba lubi takie gry i zabawy.
Tak, ale to się naprawdę ciężko kręci. Zdjęcia przesunęły się z listopada na styczeń. Weszliśmy z letnimi scenami w zimę. Grać w cienkich strojach na mrozie nie jest przyjemnie. Ale mówią, że im ciężej się kręci, tym lepszy efekt. Widać ten cały ból i trud.

Bywa pan zazdrosny o kariery młodszych kolegów? O ich popularność? Na przykład o Borysa Szyca?
O popularność nie. Borys to Pazura 15 lat temu. Tylko wtedy tabloidów nie było. Ja przez to wszystko, co się wokół niego dzieje, przeszedłem. I gdybym jeszcze raz zaczynał życie, to starałbym się dozować. Kiedyś zdroworozsądkowy Julek Machulski, widząc, jak się napinam, powiedział: "Przestań, przecież my robimy tylko film. Praca nie może być całym naszym życiem". Czas trzeba dzielić na pracę i życie. A do tego my jeszcze pracujemy w zwariowanym zawodzie. Stwarzamy iluzoryczny świat, w który ludzie zaczynają wierzyć. Gorzej, jak w ten świat zaczynają wierzyć sami twórcy. Kreujemy życie, jakiego nie ma. Te wszystkie szpitale w serialach są czyste. Te wille takie wymuskane. Nikt w nich nie sprząta. Tylko siedzą w nich ludzie i rozmawiają o "prawdziwym" życiu.

Ale chciałoby się trochę takim życiem pożyć.
No to żyjcie. Tylko nie oglądajcie takich historii (śmiech).

Nawet lekarze mówią pacjentom: to nie "Na dobre i na złe".
Ja też miałem podobną przygodę. Lekarz mi powiedział: "Pan się położy, panie Czarku, na »kanał« i zrobimy badania". Założyłem szpitalny pasiaczek i poszedłem na rentgen. Zobaczyłem znajomą pielęgniarkę. Wyszedłem z ko-lejki i mówię: "Dzień dobry". A ona, nie poznawszy mnie, ryknęła: "Na miejsce. W kolejkę!!!". Usiadłem wśród chorych. Jakiś staruszek nachylił się do mnie: "A widzi pan, jak to boli, kiedy nie poznają? My tak mamy codziennie". Innym razem poszedłem do przychodni i starszy pan mnie spytał: "A co pan tu robi?". "Do lekarza przyszedłem". "Tu-taj? To wy tam nie macie swoich lekarzy?". "Gdzie tam!". I on nie wiedział, co powiedzieć. Pewnie tam gdzieś, w tym innym, lepszym świecie, który on ogląda. A potem dodał: "Myślałem, że wy nie chorujecie". Taki to świat iluzji.

Czy "Strzał w dziesiątkę" był panu potrzebny? Dobry aktor i teleturniej.
Skoro taki dobry, to czemu nie miałem propozycji filmowych? "Strzał w dziesiątkę" jest teleturniejem, który w innych krajach prowadzą megagwiazdy kojarzące się z komedią. Skoro więc Polsat zgłosił się z tym do mnie, to dlaczego miałbym odmówić? Zwłaszcza kiedy od nich słyszę: "Panie Cezary, pan to zrobi najlepiej". Każdy lubi, jak się docenia jego talent. A ten teleturniej to przecież świetna zabawa.

I pieniądze.
Tak, zarabiam w ten sposób na życie. Za darmo tego nie robię.

Patrząc na swoją dotychczasową karierę, o czym mógłby pan z dumą powiedzieć: to mi się naprawdę udało?
Nie potrafię wybrać. Bo mnie się naprawdę udało. Dostałem bonus od losu na bycie aktorem. I nie czekam, jak wielu, na telefon. Mogę sobie powiedzieć: w tym miesiącu nie pracuję. Bo mnie na to stać. Niczego też w swojej karierze nie żałuję. Jeżeli mi czegoś żal, to najwyżej tego, że za dużo pracowałem; że nie przeczytałem wielu książek, bo nie miałem czasu; że nie nauczyłem się dwóch obcych języków, a teraz już tak łatwo nie wchodzi do głowy.

Mógłby pan żyć bez aktorstwa?
Dlaczego nie? Przecież ja się już nagrałem. Jestem spełniony. Dziękuję Bogu, że zrobiłem kilka filmów, które przeszły do historii i siedzą w głowach nie tylko mojego pokolenia. Nie odmawiam, jeśli są propozycje, które mnie interesują. Ale teraz aktor ma coraz więcej rozterek: przyjąć czy nie? Nie ma ciekawych scenariuszy. Jak taki Marek Kondrat ma wrócić do aktorstwa, skoro do niego spływają scenariusze wyłącznie z dialogami jak z tasiemcowych seriali? A my się tylko zastanawiamy nad tym, dlaczego aktor gra w reklamie. A dlaczego nie? Czy to jest takie ważne? Dla mnie ważniejsze jest to, żeby moje dzieci, jeśli Pan Bóg da, tak wychowywać, aby się rozwijały duchowo. Dlaczego nie uczymy dzieci w szkole, jak słuchać drugiego człowieka? Jak mu się przyglądać? A potem są rozwody, samobójstwa, dzieci po porodzie wyrzucane na śmietnik… Bo tu w środku nie ma nic. Wódą się to zalewa. I jest dramat. Nad tym się zastanawiajmy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się