Przedwczoraj nikomu nie przeszłoby przez myśl, że pod koniec zimowego sezonu będzie coś bardziej zajmującego od startów Justyny Kowalczyk, a jednak Kornelii Marek udało się odwrócić uwagę opinii publicznej od walczącej o trzy Kryształowe Kule gwiazdy z Kasiny.
Inna sprawa, że 25-letniej zawodniczce nie na takiej sławie zależało. Podejrzana o stosowanie dopingu (EPO wykryto u niej w próbce moczu pobranej po biegi sztafetowym na igrzyskach w Vancouver) narciarka wróciła wczoraj do kraju. - Nic nie brałam, nie oskarżajcie mnie - prosiła dziennikarzy na lotnisku w podkrakowskich Balicach. Wiele więcej mówić nie chciała, przyznała tylko, że liczy na oczyszczenie z zarzutów po zbadaniu próbki B.
Ma do niego dojść dzisiaj w laboratorium w kanadyjskim Richmond o godz. 17 polskiego czasu. Wynik będzie znany na początku przyszłego tygodnia. - Szansa, że tym razem będzie negatywny jest jedna na milion, ale dopóki go nie poznamy, wstrzymamy się z komentarzami - informuje sekretarz generalny Polskiego Związku Narciarskiego, Grzegorz Mikuła.
Jeśli badanie próbki B potwierdzi pierwszy wynik, wówczas Marek zostanie zdyskwalifikowana na dwa lata, ale nie będzie mogła też wystąpić na kolejnych igrzyskach w Soczi. - Na cud bym nie liczył, bo EPO to nie syrop na kaszel, który można przez pomyłkę zażyć. Trudno tu mówić o przypadku - nie kryje Zbigniew Waśkiewicz, rektor AWF Katowice, którego studentką jest pochodząca z Marklowic Marek.
Wczoraj miała startować razem z Kowalczyk w sprincie Pucharu Świata w norweskim Drammen, ale po ogłoszeniu hiobowej wieści natychmiast została wycofana ze wszystkich startów.
Kornelia Marek: Nie oskarżajcie mnie, nic nie brałam. Badanie drugiej próbki mnie oczyści
W kraju rozpoczął się sąd na dopingowiczką, za to Justyna taktownie nie skomentowała jej perypetii.
- Nie mam zamiaru nikogo osądzać, tym bardziej że nie znam szczegółów całej sytuacji. Powiem jedynie, że mi przykro z jej powodu - mówiła Kowalczyk, która wczoraj znowu stoczyła dramatyczny pojedynek z Norweżką Marit Bjoergen. Mimo męczącego ją od kilku dni przeziębienia Polka na ulicach uroczego miasta biegała wspaniale. Na oczach kilkudziesięciu tysięcy kibiców, którzy szczelnym kordonem otoczyli wytyczoną w centrum trasę, najpierw wygrała swój ćwierćfinał, a potem półfinał.
W decydującym biegu długo prowadziła. Na jednym z ostatnich krótkich zjazdów zaczęła wyprzedzać ją Bjoergen. Justyna zahaczyła o jej nartę, straciła równowagę, przewróciła się i straciła szansę na zwycięstwo. Do mety dobiegła na ostatnim szóstym miejscu, ale i tak objęła prowadzenie w klasyfikacji sprintów. Innymi słowy, Polka, która ma już zagwarantowany końcowy triumf w PŚ i klasyfikacji biegów na dystansach, trzecią Kryształową Kulę ma na wyciągnięcie ręki.
W weekend czekają ją kolejny starty, tym razem w Oslo. W sobotę bieg na 30 km, dzień później sprint.