Wiadomo już, że tego drugiego celu nie uda się spełnić. Real, do czego zdążył już zresztą przyzwyczaić, swoją przygodę z Champions League zakończył wczoraj na 1/8 finału. Za silni okazali się piłkarze Olympique Lyon. Aż trudno w to uwierzyć, ale Real nie potrafi awansować do ćwierćfinału od sześciu lat. I w co uwierzyć jeszcze trudniej, Królewscy nigdy nie wygrali z Lyonem.
Choć początkowo wydawało się, że mecz układa się zgodnie z planem. Cristiano Ronaldo już w 6. min pokonał Hugo Llorisa i straty z pierwszego spotkania (Francuzi wygrali u siebie 1:0) zostały odrobione. Real atakował, z każdą minutą coraz intensywniej. Przynajmniej do końca pierwszej połowy.
Ale w drugiej wyszły wszystkie grzechy madrytczyków. Niedojrzałość?
Niezgranie? Zbytnia pewność siebie?A może wszystko na raz.
Zabójczo skutecznie grała z kolei obrona Lyonu. Piłkarze Claude’a Puela byli wybiegani, nie gorsi technicznie od milionerów z Madrytu, nie myśleli tylko o tym, by wybić piłkę na uwolnienie. Ale nie można się dziwić, gdy przypomni się, że ta drużyna w sześciu ostatnich spotkaniach nie straciła gola. Francuzi grali mądrzej i coraz częściej dochodzili do groźnych akcji. Sprawę załatwił w 75. min Bośniak Miralem Pjanić.
To może brzmieć jak żart, ale piłkarze Realu Madryt nie potrafią awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów od sześciu lat
W tym momencie było wiadomo, że Real może zacząć myśleć, jak w lidze powstrzymać Barcelonę, bo jeśli chciał wyeliminować Lyon, musiał strzelić dwa gole. Królewscy bez wiary rzucili się do ataku. Bez wiary, bo na odrobienie strat mieli tylko kwadrans. Ułańskie szarże przeprowadzali nie tylko Kaka czy Ronaldo. Piłkarze Pellegriniego ruszyli do przodu całym zespołem. I zaczęli zapominać o obronie. Lisandro López i Delgado mieli wyborne szanse, żeby upokorzyć Real na Santiago Bernabeu i wprawić w jeszcze większą furię kibiców, ale zlitowali się nad i tak konającym rywalem. Skończyło się na 1:1.
W mówieniu o śmierci Królewskich nie ma ani trochę przesady, bo wspominali o niej nawet zawodnicy z Madrytu. - Albo wygrana, albo śmierć - rzucił przed meczem obrońca Realu Álvaro Arbeloa.
Wiadomo, że jako pierwszy za wczorajszą klęskę zapłaci trener Pellegrini. Władze nie darują mu, że nie potrafił wykorzystać 250 mln euro, które latem prezesi rzucili nas stół. W lidze idzie wprawdzie dobrze, Real ma tyle samo punktów co Barcelona i ogromne szanse na tytuł. Ale dla Florentino Péreza równie ważna jest hegemonia w Europie, której od lat nie potrafił mu zapewnić żaden trener.
Niełatwe życie będzie miał też szkoleniowiec Milanu Leonardo. Silvio Berlusconi, właściciel włoskiego klubu, nienawidzi spektakularnych porażek równie mocno jak Pérez. A Milan nie przegrał wczoraj w Manchesterze. Nie przegrał, tylko poległ, leżał na łopatkach i błagał o to, by piłkarze sir Aleksa Fergusona przestali ich tłuc.
Marzenia Włochów o odrobieniu strat z pierwszego meczu (MU wygrał na San Siro 3:2) już na początku spotkania rozwiał Wayne Rooney. Do końca nie było wiadomo, czy napastnik reprezentacji Anglii wystąpi w tym spotkaniu, zasłaniał się kontuzją, ale jak zwykle w takich sytuacjach więcej w tym było psychologicznej gry.
Milan w tym momencie rzucił biały ręcznik, ale Manchester nie zamierzał kończyć wyprowadzania ciosów. Skończyło się na 4:0, kolejną bramkę dołożył Rooney, a dzieła zniszczenia dokończyli Park Ji-Sung i Darren Fletcher.
Ucztę kibicom i dziennikarzom popsuł trener Milanu Leonardo, bo posadził na ławce Davida Beckhama. Od kilkunastu dni media ekscytowały się powrotem na Old Trafford "Becksa", który miał zemścić się na Fergusonie za nieporozumienia sprzed lat. Beckham na boisku wprawdzie się pojawił, ale w 64.min. Wtedy, gdy Milan był już na kolanach.
fot.Daniel Ochoa de Olza/ap