W ten sposób wyrażał swoją radość z zakończenia negocjacji z Gazpromem w sprawie dostaw gazu do Polski. Gdyby szef PGNiG podobnie podszedł do informacji, które publikuje dziś "Polska", a wcześniej "Financial Times" i amerykańskie koncerny w swoich raportach giełdowych, powinien wpaść w nie mniejszą euforię, niż miało to miejsce półtora miesiąca temu. "Odkrycie złóż gazu łupkowego oraz technologie, które umożliwiają ich eksploatację, sprawiają, że Polska może się uniezależnić od importu gazu. To otwiera nowe perspektywy dla polskiej gospodarki" - powinien powiedzieć dziś szef spółki, która ma zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski.
Czy powie?
Gotów jestem się założyć, że znajdą się legiony ekologów, którzy będą twierdzić, że nowy sposób wydobycia gazu zniszczy polskie góry, krajobraz i zatruje źródła wody pitnej. Przekonywać, że tylko jeszcze większy import rosyjskiego gazu jest najlepszy dla ludzi i środowiska. Znajdą się również tacy, którzy wzorem zachodnich pacyfistów z lat 80. (żądających rezygnacji z rozmieszczenia amerykańskich rakiet w Europie) zaczną dowodzić, że tylko ustępstwa wobec Moskwy mogą zapewnić bezpieczeństwo Europie. Jednak czy powinniśmy im wierzyć?
Podczas zeszłorocznych negocjacji z Gazpromem Polska znalazła się w trudnej sytuacji. Po rezygnacji przez Moskwę z usług ukraińskiego pośrednika Polsce groził deficyt rzędu 2 mld metrów sześc. gazu rocznie (przy łącznym zużyciu ok. 14 mld metrów sześc.). Ta kwestia odgrywała także rolę podczas wizyty Władimira Putina na Westerplatte. Opracowana do perfekcji przez rosyjskich negocjatorów sztuka opóźniania negocjacji i wykorzystywanie nadciągającej zimy do presji na partnera okazały się skuteczne. Zamiast krótkiego aneksu do polsko-rosyjskiej umowy przewidującego wyłącznie odpowiednie zwiększenie dostaw z Rosji przedłużono całą umowę aż o 17 lat (do 2037 r.). Czy naprawdę nie dało się inaczej?
Według oficjalnych zapowiedzi podpisanie polsko-rosyjskiej umowy ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu. Według nieoficjalnych informacji żaden z rządowych urzędników nie kwapi się, by firmować kontrakt, który dla polskich gospodarstw oznaczać będzie wyższe rachunki za gaz. Także kwestie związane z interesem narodowym każą bardzo ostrożnie podchodzić do umowy z Gazpromem. Jaki jest sens wiązać się z jednym dostawcą na prawie trzydzieści lat? Dlaczego mamy decydować się na to akurat w czasie, kiedy zmieniają się zasady handlu gazem (coraz częściej zaczynają obowiązywać umowy krótkoterminowe - podobnie jak na rynku ropy), a Polska może się stać gazowym mocarstwem?