(© Marcin Osman)
Marta Paluch
2010-03-05 13:06:28, aktualizacja: 2010-03-08 11:59:37
- To, że Polska taka jest, to wina jezuitów i zdrajcy narodowego Zygmunta III Wazy. To on ich przyjął pod sufit swojego pałacu, żeby wyganiali te swoje demony - powiedział w rozmowie z "Gazetą Krakowską" Tymon Tymański, lider zespołu Tymon and Transistors.
Co się stało z Twoją fryzurą?
Już nie mam kołtuna. Zrobiłem sobie Stevena Seagala.
Porzuciłeś kołtuna?
Trochę musiałem. Gram w filmie, gdzie mam długie włosy i nie mogę ich ściąć. Tak więc szczotkuję do samych końcówek i niestety używam odżywek. Ale trochę skołtunić się mogę. U Kuby Wojewódzkiego tak je sobie roztrzepałem i wyglądałem...
Jak Piast Kołodziej z kopy siana, trochę.
Wiem... Ale dzisiaj długie włosy, nawet z kołtunami, są przeciwieństwem kołtuństwa. Współczesnymi kołtunami są łysi z grubym karkiem.
(Włącza się Kosma, syn Tymona): A w mojej szkole są tylko dwa chłopaki, które mają długie włosy.
Tymon: O. Powiedz, synu, jaką masz ksywę.
Kosma: "Czocher"!
Czyli kołtun jest łysy, a ten z długimi włosami to wolny facet?
Tak wychodzi.
Jak Markowski z Perfectu?
Uhm. Ale większość muzyków jest jednak kołtunami. Mają gdzieś myślenie, duchowość. Chcą chlać wódę, palić jointy, siedzieć w busie i szczypać dziewczyny po tyłkach. Coś takiego jest fajne, gdy się ma 20 lat.
Wtedy wypada podszczypywać?
Chyba tak. Ale ja tego nie robiłem, bo na nasze koncerty przychodziły mądre dziewczyny.
Nie robiłeś? To co z Ciebie za lider rockowy?
Jako samiec może bym wolał, żeby nie były aż takie mądre. Kiedyś mocno nad tym bolałem. Przychodziły ze swoimi brodatymi chłopakami i rozmawiały o filozofii... Ale od mojego kumpla Konja słyszałem, że na jego koncertach inaczej bywa...
Z tego, co mówisz, wynika, że muzycy są nierozgarnięci.
Nie wszyscy. Jest paru chłopaków, którzy grają i myślą - Lech Janerka, Robert Brylewski, Marcin Świetlicki... Chociaż ten akurat, z tego co wiem, podszczypuje.
Skąd się bierze dulszczyzna?
To, że Polska taka jest, to wina jezuitów i zdrajcy narodowego Zygmunta III Wazy. To on ich przyjął pod sufit swojego pałacu, żeby wyganiali te swoje demony.
Jezuici są wszystkiemu winni?
Nie, ale pomogli tej sytuacji. Wszyscy w Europie ich gonili, a Polska ich przyjęła. Potem już poszło z górki. Zakaz edukacji po polsku w zaborach sprawił, że kołtuneria zapanowała wszędzie. W 1918 roku kraj był - po długiej 200-letniej zimie - ksenofobiczny, szowinistyczny, niedouczony. Polska międzywojenna też była na "nie" - nie chciała się wiązać z Zachodem, nie lubiła obcych, nawiązywała do tonu jednonarodowego i jednowyznaniowego, co było sprzeczne z naszą tradycją i historią. A potem była komuna - wiadomo.
Jednym słowem - bez szans na normalność.
Stąd współczesny model polskiego kołtuna jest przerażający. "Zachód - nie bardzo. Kościół - tak, proboszcz też. Molestuje moją córkę? Niemożliwe. Czarny? Bambus, niech sp... Jestem Polakiem i jestem lepszy i nie wiadomo z jakiego powodu, mimo że nie mam szkoły"... Gdy mówimy o tym poważnie, wypada wygłosić tyrady i lament. Jest to kraj, gdzie jest dużo złości, agresji, ksenofobii. Trzeba działać misyjnie i rozłożyć to na całe dekady.
I Ty taką misję niesiesz swoimi piosenkami z filmu "Wesele" (będą grane podczas piątkowego koncertu w Łaźni- przyp. red.)?
Dobre prześmiewstwo jest skuteczne. Muzyka z "Wesela" pomagała tezie reżysera, Wojtka Smarzowskiego.
Jakiej? Że jesteśmy straszni?
Że niektóre rzeczy są straszne. "Wesele" jest rozrachunkowe - to historia o miłości do pieniędzy i o zapyziałości polskiej wsi. Marzę o Polsce otwartej, takiej jak w renesansie, a nie spauperyzowanej, niechętnej. Dołożyłem do tego małą cegiełkę pt. ścieżka dźwiękowa. Uczestniczę w tej misyjności. Robię to już od ponad 25 lat... Jeśli ktoś - jak zresztą większość moich kolegów - nie ćpa hery na koncertach czy też nie zajmuje się promiskuizmem (kontakty seksualne pozbawione więzi uczuciowych - przyp. red.), to czymś tę głowę musi sobie zająć.
25 lat świrowania?
Mogę być błaznem, jeżeli trzeba. Mam cudownych protoplastów - Zappa, Gombrowicz. Jeśli mogę przemówić rubasznym językiem, wymierzyć policzek społeczeństwu, to dobrze... Czy sztuka jest potrzebna czy nie? Takie pytania przychodzą mi do głowy za kółkiem kierownicy.
Tak poważnie rozmawiamy o historii i Polsce, a mi się w głowie tłucze jedno pytanie...
Czy jestem debilem?
Nie.
Tak, oczywiście, że jestem.
Nie to mi się tłucze. Słucham Twojego lamentu nad Polską i jednocześnie przypominam sobie, jak z Konjem wymieszaliście serek topiony z kakao, wysmarowaliście się tym i straszyliście ludzi na starówce w Gdańsku tym niby...
Gównem. Pamiętam! Byłem tam i jestem z tego dumny. Wtedy siedziała w nas złość.
Co chcieliście zrobić? Sprowokować? Wygonić z ludzi mieszczucha?
Kupa na scenie to skrajny przykład rozpaczy, prowokacja. Ale podczas tych happeningów graliśmy też muzykę, ludzie czytali teksty.
Twój nowy film, "Polskie gówno" to fascynacja fekaliami czy też prowokacja?
Fascynacja? Nie. Pełny tytuł brzmi "Polskie gówno, czyli fiołki w Neapolu" - nawiązanie do klasyka (Tetmajer: "wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu" - przyp. red). "Polskie gówno" to teza propolska i antypolska, bawię się nią trochę przewrotnie. Grzegorz Halama gra w nim komornika z Tczewa, naszego menedżera...
Będzie... ferment, gdy wpuścicie to do kin?
Nie będzie to prowokacja dla prowokacji, ale śmierdzieć będzie... jak to gówno, wiadomo.