Johnny Depp jako Szalony Kapelusznik w nowej wersji ''Alicji'' spod ręki Tima Burtona (© Fot. Materiały prasowe)
Bożydar Brakoniecki
2010-03-03 22:52:18, aktualizacja: 2010-03-11 23:33:19
Gdy Tim Burton, sławny 52-letni reżyser zza oceanu z opinią ekscentryka (kto oglądał choćby jego ''Edwarda Nożycorękiego'', albo "Gnijącą pannę młodą" ten wie o co chodzi), ogłosił kilka lat temu, że poważnie przemyśliwa przymiarkę do ekranizacji klasycznej baśni Lewisa Carrolla ''Alicja w Krainie Czarów'', musiał znieść od wszechwiedzących krytyków sporo złośliwości pod swoim adresem. Nic dziwnego, annały popkultury odnotowały bowiem dotąd aż 24 wersje tego smakołyku, przeniesione na ekrany kin, telewizji na nawet na musicalowe deski.
Przypomnijmy tylko, że srebrnoekranowe przygody Alicji po drugiej stronie lustra rozpoczęły się już w 1903 roku za sprawą Cecila M. Hepwortha, a potem kontynuowała je prawdziwa armia reżyserskich wygów. W 1972 r. Alicja trafiła do musicalu Williama Stirlinga, cztery lata później do pornograficznej inscenizacji Buda Townseda, zaś w 1981 roku pochylił się nad nią nawet radziecki twórca Efim Prużański, realizując baśń w stylu przodującej proletariackiej animacji. Żeby zakończyć ten wątek dodajmy, że musicalowe atrakcje intrygi Carrolla dostrzegli też nasi rodacy Jerzy Gruza i Jacek Bromski, tworząc telewizyjny, taneczno-śpiewaczy show "Alicja" (premiera w pamiętnym 1981 r.). Już z tego widać, że kolejna próba podejścia do tematu obciążona była sporym artystycznym ryzykiem.
A jednak Burtonowi udało się bez pudła. Wchodzący w piątek na polskie ekrany film (na świecie zadebiutował wczoraj) już okrzyknięto arcydziełem. Po części dlatego, że Burton - z racji upodobań do fantasmagorii i filmowej makabreski - doskonale nadawał się do tego zadania, ale też z tej przyczyny, że współczesna ekranowa baśń wymaga imponującej widowiskowej oprawy.
A technologicznych fajerwerków w ''Alicji'' nie brakuje (film zrealizowano w trzech wymiarach). To już nie jest kameralna opowieść w duchu wiktoriańskiej powieści Carrolla. To rozbuchana feta, wyznaczająca nowy sposób opowiadania klasycznych bajek. Cóż, każda epoka ma takie bajki, które odpowiadają aktualnie panującej filmowej modzie. Po dziele Burtona widać, że obecnie znajdujemy się w erze estetycznej technogigantomanii, wartej w tym przypadku 150 milionów dolarów, bowiem na tyle opiewa budżet filmu.
Dziś filmowe baśnie nie trzymają się literackiego oryginału. To raczej rozbuchane popisy możliwości współczesnej technologii
A ów rozmach skutecznie przykrywa nawet niebagatelny skądinąd fakt, że reżyser (pewnie za namową scenarzystki Lindy Woolverton (''Piękna i Bestia'', ''Król Lew''), gruntownie zmienił fabułę bajki. Alicja nie jest tu małą dziewczynką, ale 19-letnią powabną dziewoją (gra ją australijska aktorka polskiego pochodzenia Mia Wasikowska), której rodzina serwuje perspektywę zamążpójścia za wyjątkowo opychającego lorda. Z opresji wybawia ją biały królik, który przenosi ją do magicznego Podziemia, film zaś jest opowieścią o jej turystycznej wędrówce przez krainę, która tyrańsko włada królowa zwana pieszczotliwie Krwawym Czerepem. W obaleniu tyranki Alicji pomoże m.in. Szalony Kapelusznik, którego zagrał suto opłacony i malowniczo uszminkowany Johnny Depp. Jego ogniste włosy i obłęd w wielkich kociozielonych oczach zapewne skutecznie ściągnie przed ekrany rzesze kinomanów na całym świecie.
Ale nie lamentujmy, że w ''Alicji'' Burtona tak mało jest z oryginału prozy Carrolla. W świecie kina nic nie jest stałe i zapewne doczekamy się kiedyś mody na kanoniczne ekranizacje baśniowych bestsellerów. Takich jak na przykład bajkowy hit wszechczasów, czyli ''Czarnoksiężnik z Krainy Oz'', który na podstawie powieści Franka Bauma w 1939 r. wyreżyserowali wspólnie King Vidor, Richar Thorpe i Victor Fleming. To do dziś najbardziej znany film o 12-letniej Dorotce, która trafia do tajemniczej krainy Oz (później powstało jeszcze siedem wersji tej opowieści, w tym animowana polska). To w nim pojawiła się rozśpiewana, licząca wówczas 17 wiosen Judy Garland i to z niego pochodzi słynny popkulturowy hit ''Over The Rainbow''.
Jednak w historii ekranowych bajek znaleźć można też niejeden eksperyment. Wystarczy sięgnąć do filmowej zgrywy ''O czym szumią wierzby" Terry’ego Jonesa z 1996 r., sygnowanego marką Monty Pythona (na ekranie, prócz Jonesa, pojawili się John Cleese, Eric Idle i Michael Palin). Wyspiarscy szydercy z klasycznej opowiastki Kennetha Grahame’a o lekkomyślnym Ropuchu wykroili półtoragodzinny familijny show z elementami musicalu i fantasy, podbity angielskim humorem. Produkcja zebrała umiarkowane w zachwytach recenzje (część krytyków uznała film po prostu za nudny), choć kinomanom się podobał, szczególnie tym młodszym. Na usprawiedliwienie przypomnijmy, że Pythonowcy okres świetności mieli już dawno za sobą, a połowa lat 90.
zwiastowała już nadejście wielkich superprodukcji, filmowych manufaktur do zarabiania pieniędzy.
Mowa oczywiście o wieloczęściowych sagach opowiadających o Harrym Potterze i o krainie zwanej Narnią. Warto przypomnieć, że ze sfilmowaną prozą Joanne Kathleen Rowling obcujemy już prawie dekadę: pierwszy Potterowski hit ''Harry Potter i Kamień Filozoficzny'' wszedł na srebrne ekrany w 2001 r. ( serią pożegnamy się dopiero za rok filmem ''Harry Potter i Insygnia Śmierci''). Podobnie jest z cyklem ''Opowieści Narnii'', w przypadku którego mamy za sobą dwa odcinki (zaś w perspektywie pięć kolejnych). Kto dotrwa do końca fali ekranizacji Tolkienowskich baśni będzie mógł sobie przyznać order ''Za wytrwałość''. To oczywiście złośliwość, lecz wcale nie pozbawiona sensu: w filmowym światku od dawna krążą opinie, że te długaśne niczym tasiemce filmidła powstały tylko po to, aby zbić na widzach kolosalną forsę. Seria o Harrym Potterze zarobiła ogółem do dziś prawie sześć miliardów dolarów.
Wspomnijmy więc dla odmiany o świeżutkiej kinowej nowalijce, tym razem kreskówce, opartej o prozę braci Grimm, zatytułowanej ''Księżniczka i Żaba'' (wyreżyserowana przez Johna Muskera ma spore szanse, aby w najbliższą niedzielę powalczyć o Oscara w kategorii animacji). Po pierwsze film, opowieść o klasycznej relacji "dziewczę i zaklęty w płazie książę'', zrealizowano w tradycyjnej technice animacyjnej, na której Walt Disney zbudował potęgę swego studia, a po drugie to zwiastun wchodzącej do baśniowych opowieści politycznej poprawności. Główna bohaterka dumnie obnosi po ekranie czarną karnację i etos ciężko pracujących obywateli amerykańskiego Południa, którzy stają w szranki z dominacją Białych. ''Księżniczka i Żaba'' to poniekąd taka ''Pocahontas'' (reż. Eric Goldberg, 1995 r.), tylko na znacznie wyższym ideologicznym poziomie.
Do ekranizacji baśniowych pereł wkracza zatem na naszych oczach Nowe. Czego nie można na pewno orzec o kinematografii nad Wisłą. Tutaj wciąż największym osiągnięciem w tej dziedzinie jest animowany serial "Porwanie Baltazara Gąbki" z 1969 r. Jeśli komuś się marzy więc rodzimy Tim Burtom, który w porywającym stylu przeniesie do kin przykładowo bajkę ''O krasnoludkach i sierotce Marysi'' Marii Konopnickiej będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Pewnie z jakieś czterdzieści lat.