Pierwsze przybierają postać ducha, który ludziom pomaga. Drugie to demony, które wyłącznie szkodzą. Mają jednak wspólną cechę: posiadają niewyobrażalną moc. Moc, która może wiele zbudować, ale i wszystko zniszczyć.
Najpierw o demonach. Wyszły ze strefy cienia i uderzyły z piekielną siłą wraz z bydgoską szarżą Radosława Sikorskiego. Szef dyplomacji zaatakował prezydenta, czym zirytował Janusza Palikota. O pośle z Lublina można powiedzieć dużo, ale nie to, że nie potrafi czytać gry. A gra, którą rozpoczął Sikorski, jest czytelna aż do bólu. "Jeśli nie mogę liczyć na aparat, muszę zawalczyć o doły. A te nie cierpią Kaczyńskiego równie mocno jak ja" - wykalkulował minister i przystąpił do boju.
Palikot, prawa ręka marszałka Komorowskiego, wyczuł, że ten manewr może się powieść, przystąpił więc do kontrataku. Oskarżył ministra, że jest piątą kolumną PiS w Platformie. I zaczęła się jazda. Grzegorz Schetyna zagroził Palikotowi, że może wylecieć z partii. Ten nie pozostał dłużny i zarzucił szefowi klubu, że traktuje Platformę jak własny folwark. Radząc mu przy okazji, żeby lepiej zajął się golfistą z Florydy.
Niezależnie od tego, czy Palikota spotka jakaś kara, czy nie, spełnia się jego przepowiednia. W swoim (a)feralnym wpisie na blogu prognozował, że dojdzie do rozbicia w partii. Z dnia na dzień widać, że jest ono coraz silniejsze. Marsowe miny posłów PO snujących się wczoraj po Sejmie mówiły same za siebie. Warto wsłuchać się również w to, co mówi sam Bronisław Komorowski, który - gdzie tylko może - przypomina, że flirt Sikorskiego z Prawem i Sprawiedliwością to fakt, a nie żadna kampania negatywna. To nie jest już teatr, to brutalna walka o najwyższy urząd.
Teraz czeka nas wyciszenie sprawy, ale konflikt wcale się nie zakończy. W marcu w Platformie będzie jak w garncu. Podgrzeją go kolejne sondaże, takie jak ten ostatni CBOS, który daje Sikorskiemu zdecydowanie większe poparcie niż Komorowskiemu. Ptakiem, który swoje gniazdo pokala, może być też - nomen omen - operacja "Szpak". Wojskowe Służby Informacyjne prowadziły ją przeciw Sikorskiemu od 1992 r., zakładając pluskwy na jego telefonach. Komorowski był wówczas wiceministrem obrony i przeciwnikiem Sikorskiego. Ironizował nawet na łamach "Gazety Wyborczej", że "to śmieszne chwalić się przed zachodnim czytelnikiem, że było się podsłuchiwanym przez własnych podwładnych".
A co z tym dobrym dżinem? Najlepiej scharakteryzował go Ludwik Dorn, który zauważył, że decyzja o prawyborach to wpuszczenie świeżego powietrza do zatęchłej polskiej polityki. Działacze zasmakują już na dobre w podejmowaniu kluczowych decyzji i będą domagali się powtórek. A wtedy ta prawyborcza zaraza przerzuci się na innych, co sprawi, że partie znowu zaczną przypominać partie, a nie karne polityczne kompanie.
Nie wiem, czy to właśnie "Baśnie tysiąca i jednej nocy" były ulubioną lekturą Donalda Tuska. Wiem, że nawet gdyby do nich teraz zajrzał, nie znajdzie tam zaklęcia, które sprawi, że złe demony powrócą na swoje miejsce.