Ale na lotnisku Okęcie w Warszawie, gdzie wylądował nasz podwójny srebrny medalista olimpijski, pojawiły się i te cichsze, acz bardziej zaskakujące wyznania: "Adam, chcę mieć z tobą dzieci". Recytująca te słowa panna, daję głowę, nie miała jeszcze dowodu osobistego!
Oczywiście do małyszomanii, którą dziesięć lat temu zainfekowali się w Polsce wszyscy, bez względu na wiek, zawód czy upodobania, porównać wczorajszego powitania nie można.
Ale Orzeł z Wisły wciąż budzi wielkie, wspaniałe emocje. Na lotnisku Okęcie były tłumy. To nic, że przeważali dziennikarze. Wszystkie stacje - te większe czy mniejsze - wysłały po kilka ekip, aby śledzić każdy krok Małysza. Kibiców było mniej, ale i tak wystarczająco dużo, by odśpiewać hymn - to miała być rekompensata dla Adama za to, że nie usłyszał narodowej pieśni w Vancouver. Były i inne wokalne popisy. Starszy pan, jak później nam powiedział, po osiemdziesiątce, odśpiewał swój kawałek a cappella, przygotowany specjalnie na tę okazję.
Gdy wszystkie kamery i mikrofony w oczekiwaniu na mistrza wycelowane były w wejście, w którym pojawiają się podróżni, w hali przylotów niespodziewanie pojawił się Szymon Majewski. Na chwilę odwrócił uwagę. Zaprezentował się, jak na niego przystało. Krótki show gwiazdy TVN-u, tandetny, ale z dystansem do samego siebie, wystarczył, by kilkanaście kamer skupiło się tylko na nim. Miał sztuczne złote zęby, gogle, płaszcz, różowe elementy, białe skarpetki i sandały.
Tylko znanym sobie sposobem, gdy Małysz wreszcie wyszedł do tłumu, Majewski przebił się przez szczelny kordon ochrony i stanął naprzeciw mistrza. Adam uśmiechnął się pod wąsem i przyjął nietypowy prezent. Dostał "medal", taki, jakiego w kolekcji jeszcze nie ma. Majewski zdjął z siebie dwa pęta kiełbasy na sznurku i zawiesił je wicemistrzowi olimpijskiemu na szyi.
- Może zjemy tę kiełbasę po drodze z chłopakami. Już się pytali, czy ich poczęstuję - śmiał się Małysz. Był wyraźnie wzruszony licznym i głośnym przywitaniem, jednak obyło się bez łez.
Uśmiechał się jak osiem lat temu, gdy z Salt Lake City wracał ze srebrnym i brązowym medalem. Tyle że teraz światła kamer odbijały się od dwóch srebrnych krążków. Poza szczęściem wymalowanym na twarzy zmieniło się jednak wiele. I nie tylko dlatego, że nasz mistrz ma już o wiele więcej zmarszczek niż przed laty.
- Ten sukces kosztował mnie więcej pracy niż kiedykolwiek. Lata lecą, coraz trudniej przychodzi mi przygotowanie formy. Ale i ja się zmieniłem. Wiem, jak wykorzystać swoje doświadczenie - mówił Małysz, a w tle góralską melodię przygrywał zespół Wisła, który przyjechał specjalnie z rodzinnej miejscowości mistrza.
Małysz dojrzał nie tylko sportowo. Przed opuszczeniem Vancouver mówił, że loty, zwłaszcza te kilkunastogodzinne, są dla niego tak męczące, że marzy tylko o tym, by wrócić jak najszybciej do domu. Ale nie grymasił. Po kolei udzielał wywiadów telewizjom. Cierpliwie. I odpowiadał wciąż na te same pytania: czy Ammanna dało się pokonać, czy zamieniłby dwa srebra na jedno złoto... No i na to najważniejsze: czy będzie skakał do olimpiady w Soczi. Gdy to usłyszał, zamknął oczy, zmarszczył brwi i powiedział to samo, co dotychczas. Pożyjemy, zobaczymy.
Skoczek prosto z lotniska pojechał wczoraj do Wisły. - Żona pewnie przygotuje jakiś dobry posiłek. A potem znów na dietkę - mówił Adam na do widzenia. Odpoczynku nie będzie zbyt wiele, bo w najbliższym czasie czekają go kolejne konkursy (najbliższe: 3 marca w Lahti) i mistrzostwa świata w lotach w Planicy.
Cztery lata temu po igrzyskach w Turynie, gdy Małysz wracał do kraju zniesmaczony i z kłębiącymi się myślami, by kończyć karierę, nikt nie pomyślał, że czeka nas jeszcze na Okęciu taka feta jak wczoraj. Marzyć wolno dalej. Może i ta wczorajsza nie była ostatnia?