Represje wobec Polaków na Białorusi są dowodem, że Aleksandr Łukaszenka traktuje ustępstwa jako przejaw słabości, a nie gesty dobrej woli. - Wszyscy wiedzieli o tym od zawsze, tylko nie szef polskiego MSZ - podkreślają szczególnie ci, którzy w Sikorskim od dawna widzieli ''ruskiego agenta''. Jednak, czy Ostpolitik rządu Donalda Tuska rzeczywiście była tylko wynikiem jakichś wyjątkowych sympatii ministra wobec Wschodu? Wrogowie Sikorskiego zapewne chętnie połączą to z jego sprzeciwem wobec deportacji białoruskiego szpiega do Polski w 2006 r., co - jak dziś pisze Piotr Zaremba - mogło być jednym z mitycznych haków na polityka PO.
Nawet gdyby szefem MSZ był Cimoszewicz, na Wschodzie nie mielibyśmy większych sukcesów. Bez wsparcia całej UE nie zdziałamy tam wiele
Jednak w tej sprawie chodzi o coś więcej niż tylko o Radosława Sikorskiego. Władze w Mińsku osłabiają przecież nie tylko jednego z głównych kandydatów na urząd prezydenta RP. W tych dniach pokazują, że tak naprawdę Polska niewiele może zrobić w obronie praw ponad miliona Polaków żyjących tuż za Bugiem. Ich liderów można bezkarnie zatrzymywać, traktować jak przestępców, a polskim organizacjom zabierać majątek. Coraz mniej przekonujące jest tłumaczenie, że w ten sposób w Mińsku prorosyjskie ''jastrzębie'' z MSW torpedują proeuropejską politykę ''gołębi'' z MSZ. Dziś Aleksandr Łukaszenka uważa polskie organizacje za nowe wcielenie politycznej opozycji, z którą należy się twardo rozprawić.
Co robić? Nie jestem pewien, czy Włodzimierz Cimoszewicz jako szef polskiej dyplomacji lepiej poradziłby sobie z białoruskim wyzwaniem. Być może miałby on lepsze wyczucie, kiedy zacząć ocieplać relacje z Białorusią. Lecz nawet we dwójkę ministrowie wskóraliby niewiele. Polsce brakuje bowiem narzędzi nacisku na Mińsk. Znajdują się one w Brukseli i można ich skutecznie użyć tylko razem z innymi krajami UE. Zakaz wjazdu do Polski grupy białoruskich urzędników represjonujących Polaków nie wystarcza. Dopiero umieszczenie ich na czarnej liście obowiązującej w całej strefie Schengen może zniechęcić ich do udziału w niegodziwych praktykach.
Wspólne działanie Unii wobec Białorusi jest tym bardziej konieczne, że za ostatnimi wydarzeniami może stać Rosja. To Kreml jest przecież największym beneficjentem zerwania wątłych więzów łączących Białoruś z Europą. Poza tym eskalacja polsko-białoruskiego konfliktu mogłaby sprawić, że w europejskich stolicach pojawi się coraz więcej wątpliwości, czy to Polska powinna być liderem unijnej polityki na obszarze byłego ZSRR. Z Łukaszenką nie poradzi sobie żaden pojedynczy polski minister.