5 maja w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie odbędzie się uroczyste otwarcie wystawy poświęconej zbrodni w Katyniu. Jak dowiedziała się "Polska", najprawdopodobniej weźmie w nim udział sekretarz stanu USA Hillary Clinton. Z Allenem Paulem, historykiem, autorem książki "Katyń. Stalinowska masakra i tryumf prawdy", rozmawia Agaton Koziński.
Jak Pan odebrał zaproszenie do Katynia, które do Donalda Tuska wystosował Władimir Putin? Zaskoczyło mnie, ale też ucieszyło. Mam nadzieję, że to znak i symboliczny krok w kierunku pojednania i wybaczenia. Zbrodnia katyńska to ciągle potworny problem w stosunkach polsko-rosyjskich. Przez nią nie udaje się ostatecznie pogodzić.
Nie obawia się Pan, że tuż przed obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej historycy rosyjscy znów będą twierdzić, że Tusk i Putin spotkają się nad grobami polskich żołnierzy zamordowanych przez hitlerowców? Nie wierzę, by można było pójść tak daleko. To zaproszenie to gest świadczący o chęci pojednania.
Gdyby Rosjanie próbowali znów sugerować, że tej zbrodni dokonali Niemcy, wystawiliby się na pośmiewisko całego świata. Francuska, brytyjska, amerykańska prasa poddałaby takie zachowanie ostrej krytyce.
W USA rzeczywiście rocznica mordu w Katyniu będzie głośno celebrowana. Pan pomaga w organizacji obchodów w Bibliotece Kongresu. Co się wtedy wydarzy? Uroczystość będzie miała miejsce najprawdopodobniej 5 maja. W jej organizacji pomaga kongresmen Paul E. Kanjorski. Będzie to wystawa, na której pokazane będą rzadko prezentowane zdjęcia i dokumenty dotyczące tej masakry. Oprócz niej odbędzie się panel dyskusyjny "Droga do pojednania". Wezmą w niej udział polscy i amerykańscy historycy oraz politycy. Wiadomo już, że zabierze w niej głos prezes Biblioteki Kongresu James Billington. Staramy się, by wzięli w niej udział ważny przedstawiciel Kongresu i administracji Baracka Obamy. Jest duża szansa, że pojawi się Hillary Clinton.
Naprawdę Clinton będzie chciała zabrać głos w dyskusji o Katyniu? Namawiamy ją, wspiera nas w tym Kongres. Zresztą to także w jej interesie, by tam się pojawić. To byłaby świetna sposobność dla administracji Obamy, by poprawić stosunki z Polską. Po zerwaniu rozmów o tarczy antyrakietowej i nieobecności prezydenta USA podczas uroczystości na Westerplatte to wydarzenie byłoby dla Białego Domu szansą na pokazanie, że zależy mu na dobrych relacjach z waszym krajem.
Wróćmy do zaproszenia wystosowanego przez Putina. Czy po nim łatwiej będzie historykom prowadzić w Rosji badania o zbrodni katyńskiej? Mam taką nadzieję. Archiwa muszą zostać ponownie otwarte, a historycy otrzymać szansę dokładnego ich przebadania. Przecież ta zbrodnia ciągle ma mnóstwo białych plam. Jedna z największych dotyczy przyczyn jej popełnienia. Powszechnie wiadomo, że wymordowanie polskich żołnierzy było błędem. Przecież Stalin mógł ich wysłać do obozów, zesłać na Syberię. Miał tysiące rozwiązań zamiast strzałów w tył głowy. Tym bardziej że rok później Rosjanie desperacko potrzebowali każdego żołnierza. Do dziś nie wiadomo, czemu więc zdecydował się akurat na takie rozwiązanie.
Nie wiemy, jakie były motywacje Stalina w 1940 r. A jakie motywacje miał Putin, gdy wysyłał zaproszenie do Tuska? Moim zdaniem to przykład tego, jak Rosja słabnie. Na Kremlu czują, że nie są już taką potęgą jak dawniej, i w związku z tym muszą układać się z sąsiadami. Z drugiej strony ostatnie sukcesy gospodarcze Polski sprawiają, że wasz kraj jest coraz ważniejszy. Moskwa chce więc z wami rozmawiać. Na razie na polsko-rosyjskich stosunkach ciąży wzajemna nieufność. Kreml musi ją przełamać, jeśli zamierza się porozumieć z Warszawą. To zaproszenie jest gestem mającym przełamać lody.
Twierdzi Pan, że Rosja chce zbudować silniejsze więzi z Polską. Jak możemy to wykorzystać? Do jakich ustępstw mamy szansę przekonać Moskwę? Należałoby przekonać Rosję, by jasno i wyraźnie powiedziała: Europa Środkowo-Wschodnia nie jest naszą strefą wpływów. To koszmar, że ciągle myśli się w kategoriach zimnowojennych podziałów świata, ale one ciągle istnieją. Dowodzą tego choćby wybory prezydenckie na Ukrainie. Wygrał w nich Wiktor Janukowycz i natychmiast pojawiły się głosy, że Kijów ponownie wpada w orbitę Moskwy. To niebezpieczne. Takiej sytuacji nie można tolerować. Dlatego Kreml powinien jasno oświadczyć: nie mamy swojej strefy wpływów. Rozumiem, że Putinowi takie słowa będą trudno przechodzić przez gardło - zwłaszcza w kontekście Ukrainy. Ale należy wykorzystać sytuację i przekonać, go, by je wypowiedział.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.