Menu Region

Prawdziwa wojna o wirtualny świat rozegra się teraz w realu

Prawdziwa wojna o wirtualny świat rozegra się teraz w realu

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Wiktor Świetlik

Prześlij Drukuj
Po jednej stronie są urzędnicy i politycy, po drugiej blogerzy, twórcy serwisów internetowych. Ten konflikt i jego wyniki mogą mieć większy wpływ na przyszłość Zachodu niż wojny w Afganistanie i Iraku. Pole bitwy opisuje
W piątek po południu Donald Tusk będzie przekonywał internautów do rejestru stron i usług niedozwolonych - projektu, który wśród internautów cieszy się taką opinią jak indeks ksiąg zakazanych wśród antyklerykałów. Tomasz Kowalski, redaktor naczelny Wiadomości24.pl, który wybiera się na spotkanie, zdążył już usłyszeć "tylko świnie siedzą w kinie". Zarzucano mu, że zmiany i tak wejdą w życie, a on tylko będzie firmował propagandowe pojednanie premiera i internautów.

Także organizatorzy spotkania podeszli z dużą ostrożnością do internautów, bo proszono o wcześniejsze zgłaszanie pytań, a jednego z nich proszono w środę, by datę i godzinę potraktował konfidencjonalnie.

Prawda jest taka, że władza i internauci, czyli duża część młodej wykształconej generacji, podchodzą do siebie jak pies do jeża, i jest to zjawisko globalne. Na całym świecie politycy mają problem z tym, jak prawo powinno reagować na rozwój całkowicie niekontrolowanej sfery wolności słowa, często naruszającej cudzą wolność, która paradoksalnie została niegdyś rozwinięta jako technologia wojskowa. Być może jest to najważniejszy konflikt toczący dziś od wewnątrz cywilizację zachodnią.

By zrozumieć problem polityków, tych z wierchuszki władzy w Polsce i gdzie indziej, z internetem, trzeba nieco wczuć się w ich myślenie. Zwracał na to uwagę niegdyś Jan Rokita, który internet odkrył dopiero po odejściu z polityki. Człowiek, który jest w miarę wysoko postawionym liderem politycznym lub kluczowym urzędnikiem państwowym, żyje w świecie asystentów i sekretarek. Powoduje to, że duża część klasy politycznej jest pod względem technologicznym zakotwiczona gdzieś w połowie lat 90. A to z kolei powoduje utrudnioną komunikację tak naprawdę z całym współczesnym światem, który w dużej mierze przeniósł się do sieci.

Zresztą ani oni, ani ci, którzy w tej sieci się poruszają, ani ci, którzy ją opisują, nie są w stanie dać odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się zmieni w wyniku tego, że nasze życie przeniosło się do internetu. W myśl teorii rozwijanej przez wielu słynnych specjalistów od teorii komunikowania masowego, ostatnio przez popularnego także w Polsce Neila Postmana - środek jest przekazem. To tak naprawdę wynalazek druku zmienił świat bardziej niż to, co za jego sprawą wydrukowano. Upowszechnienie czytania sprawiło, że ludzie zaczęli w inny sposób myśleć - linearny, uporządkowany, idący od punktu do punktu.

A Jan Gutenberg chybaby nie dowierzał, gdyby ktoś mu sześć wieków temu powiedział, że dzięki maszynie, którą opracował, w przyszłości rozwiną się języki narodowe, protestantyzm, racjonalizm oświeceniowy, powstaną Stany Zjednoczone i wybuchnie rewolucja bolszewicka. Druk był dla wszystkich tych wydarzeń kluczowy.

Najprostsza metoda kiełznania nieznanego to oczywiście kontrola i cenzura. Najbardziej znane przykłady ograniczania wolności w sieci pochodzą z krajów totalitarnych. Internet dla dyktatur w sposób naturalny stał się śmiertelny. Dzięki "złotej tęczy", zaporze blokującej dostęp do informacji, chińscy internauci nie znajdą w wyszukiwarkach słów takich jak "cenzura", "masakra", "demokracja". Problem w tym, że Stany Zjednoczone i wielkie koncerny informatyczne, które dziś drą szaty w walce z chińską cenzurą, bo zaczęła w nie ona uderzać ekonomicznie, niegdyś ją akceptowały, a nawet przyłożyły rękę do jej funkcjonowania.

Ale próby tego, co eufemistycznie zwie się regulacją, a naprawdę ma być ograniczeniem czy częściową cenzurą, dotyczą całego świata zachodniego. Jedną z bardziej kuriozalnych prób podejmuje ostatnio włoski premier Silvio Berlusconi. We Włoszech jest przygotowywane rozwiązanie prawne, które zobowiązywało operatorów włoskich serwisów oferujących w dużych ilościach materiały filmowe do zdobywanie pewnego rodzaju koncesji. Trudno nie mieć podejrzenia, że za tą tendencją stoi nie tylko chęć regulacji, ale i zamiar walki z konkurencją, jaką internet zaczął stanowić dla telewizyjnego imperium zbudowanego przez Silvia Berlusconiego. Okazją z kolei do prób wprowadzania obostrzeń dla stron internetowych ma być niedawny atak na premiera Włoch, w którym rozbito mu nos.

Tak więc u nas nie jest najgorzej. Podobne pakiety jak ten proponowany dziś przez polski rząd próbują wprowadzić rządy wielu krajów Unii Europejskiej, i wszędzie wiąże się to z ogromnymi protestami. Tak było także z unijnymi przepisami w sprawie retencji danych, czyli przechowywania informacji przez operatorów. Coraz bardziej surowe europejskie przepisy i ograniczenia dość zabawnie wyglądają na tle protestów przeciwko wprowadzaniu cenzury internetowej na Białorusi. Specjalista od prawnych rozwiązań dotyczących sieci Piotr "Vagla" Waglowski zauważył na swoim blogu, iż ograniczenia z Mińska wcale nie odbiegają od tych wprowadzanych w UE. Oczywiście inną sprawą jest, że administracja Łukaszenki będzie inaczej interpretować przepisy niż urzędnicy z Warszawy czy Brukseli.
1 »
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się