Menu Region

Otylia haruje, żeby pobić w Pekinie rekord świata

Otylia haruje, żeby pobić w Pekinie rekord świata

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Oskar Berezowski, Sierra Nevada

1Komentarz Prześlij Drukuj
Jeszcze nigdy Otylia Jędrzejczak nie była tak szczupła przed najważniejszą imprezą jak teraz, podczas wysokogórskich przygotowań w Sierra Nevada.
Mistrzyni świata w Hiszpanii haruje jak galernik. Wykonała pracę, którą można porównać tylko do przygotowań do mistrzostw świata w Montrealu, gdy pobiła rekord świata! Jej życie ogranicza się do treningów, jedzenia, snu i drobnych przyjemności, jak oglądanie filmów w laptopie.

Nawet wtedy sięga jednak po takie tytuły, które pobudzają do rywalizacji. Ostatnio dodatkowej dawki adrenaliny dostarczyła jej "Męska gra" (w reżyserii mistrza w żonglowaniu emocjami Olivera Stone?a) o bezlitosnej rywalizacji w futbolu amerykańskim.
Droga Otylii po drugi złoty medal olimpijski przypomina trochę taką właśnie twardą grę, w której ogromny talent zawodnika krzyżuje się z niepospolitym zmysłem trenera. Wszystko to tworzy wybuchową mieszankę. Tylko czy potencjał Otylii eksploduje w Pekinie?

- Wszystko może zależeć od psychiki - ocenia trener Paweł Słomiński. - Jeśli jeszcze dopracujemy szczegóły, to fizycznie jest w stanie połknąć Australijkę Jessicah Schipper. Wojna o medal rozegra się jednak w głowie - dodaje szkoleniowiec.

- Największą sztuką będzie utrzymanie nerwów na wodzy - dodaje lekko pobladła po wyczerpujących zajęciach Otylia.

W Sierra Nevada pierwszy trening zaczyna się bladym świtem. Jakby na innej planecie. Aby dotrzeć do samotni polskich pływaków, wyjechałem po piątej rano z Granady leżącej u stóp Gór Betyckich. Wspinając się samochodem po serpentynie wąskich gór, podróżny musi zostawić za sobą cudowne ogrody Alhambry, zaliczane do jednego z cudów świata, i wkroczyć na terytorium kamieni, mgły i wiatru.

Po kilkunastu minutach perła hiszpańskich miast znika pod białą pierzyną gęstych chmur. Na wysokości 2300 m n.p.m. w strome zbocze wciśnięty jest supernowoczesny ośrodek sportowy. To już zupełnie inny świat w porównaniu z zabytkową Grenadą. Ten kontrast aż boli. - Pomyśleć, że tam w dole są przepiękne ogrody... - wzdycha pływaczka na tle łysego zbocza góry.

Jej królestwem musi być basen, na tron może liczyć dopiero w Pekinie, jeśli obroni tytuł na 200 m st. motylkowym. Tymczasem władzę na pływalni dzierży trener Słomiński. Ordynuje zawodniczce zabójczą dla zwykłego śmiertelnika dawkę ćwiczeń. I wcale nie chodzi o liczbę przepłyniętych kilometrów, ale o warunki. Na tej wysokości trudno się oddycha, wchodząc na schody. Tymczasem Otylia tnie wodę z małymi kubełkami przypiętymi do bioder, pcha deskę i ćwiczy nawrót, który w tych warunkach sprawia cierpienie.

- Wystarczy przepłynąć 20 metrów pod wodą i ma się wrażenie, jakby coś od środka rozrywało klatkę piersiową - przyznaje mimo wszystko pogodna zawodniczka.

Na jednym treningu potrafi stracić do dwóch kilogramów. To źle, bo powinna zmuszać się do picia w trakcie zajęć. Trudno jednak wlewać w siebie napój, gdy w ustach i tak pełno wody. Trener marszczy czoło, zapisuje skrzętnie, ile wypiła, a nawet jak często chodzi do toalety. Porównuje wagę przed treningiem i po nim, bada krew, spisuje poziom kwasu mlekowego.

Trening odrobinę przypomina wizytę w wielkim gabinecie zabiegowym, tylko z dużą sadzawką w środku. Na brzegu siedzi lekarz, masażyści, psycholog, stoi sprzęt do badania krwi, odżywki, witaminy.

Ale w Hiszpanii już kilka razy trzeba było wyciągać z wody Polkę. Trenowała tak ciężko, że trzeba było udzielać jej pomocy. Na drugi dzień wracała jednak do wody. I tak już od trzech tygodni. To cena, jaką musi zapłacić za zbudowanie formy na Pekin. Już widać pierwsze efekty. Na razie pod mikroskopem i w laboratorium. Trener Słomiński podekscytowany pokazuje mi wyniki badań krwi.

Nasza mistrzyni olimpijska jest w stanie przyswoić ogromne ilości tlenu potrzebnego do wysiłku. Mało tego, w jej żyłach już zaczynają krążyć zawrotne masy niewykształconych jeszcze ciałek krwi. One mają dojrzeć za ponad trzy tygodnie, wtedy Otylia stanie na słupku w Pekinie, ale w jej organizmie wciąż płynąć będzie hiszpańska krew. Dlatego teraz Polka godzi się na cierpienie.

- Wierzę, że to wszystko ma sens - mówi z uśmiechem. Kilka chwil później dostaje dwie kanapki, które zrobiła na drugie śniadanie. - Trzeba jeść między treningami, żeby mieć siłę - rzuca z rozbrajającym uśmiechem.

Cichym bohaterem przygotowań olimpijskich Otylii jest Paweł Rurak. Jej kolega z AZS AWF Warszawa poleciał do Sierra Nevada tylko po to, by dyktować tempo na treningach. To Paweł pogania pływaczkę, jeśli słabnie, rozładowuje stres w wodzie. Haruje równie ciężko, jak mistrzyni olimpijska, a na igrzyska nie leci.

- Cieszę się, że mam jakiś wkład w to, co robi Otylia - skromnie mówi Rurak, po czym zakłada na ręce plastikowe łapki i orze taflę wody pół metra przed Jędrzejczak. "Zając" towarzyszy przygotowaniom Polki od kilku miesięcy. To kolejna nowość w walce o olimpijski laur (jedną z nich jest właśnie trening wysokogórski).

- Paweł sprawdza się znakomicie. On naprawdę motywuje Otylię do ogromnego wysiłku - wyjaśnia zadowolony trener Słomiński.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

te bajkowe opisy, co za poezja!!!!

+5 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

matys (gość)  •

Zwłaszcza te "serpentyny wąskich gór", przecież to czysty surrealizm

odpowiedzi (0)

skomentuj