Za wydanie błędnej decyzji, samowolę i opieszałość wypłacą z własnej kieszeni odszkodowanie w wysokości trzech miesięcznych pensji. Projekt ustawy ma być gotowy tuż po wakacjach - ustalił dziennik "Polska".
Błędy urzędnicze to dziś prawdziwa plaga, choć trudno precyzyjnie obliczyć, jaka jest ich skala. Wiadomo np., że na ok. 100 tys. decyzji wydawanych rocznie przez urzędy skarbowe uchylanych jest przez nadrzędne instytucje ok.
40-50 tys. - połowa.
Cierpią na tym wszyscy podatnicy, którym źle naliczono kwotę podatku albo których zmuszono do zapłacenia niepotrzebnej kary. Urzędnicy gmin, starostw i urzędów wojewódzkich często tylko jedną błędną decyzją, np. o pozwoleniu na budowę, powodują straty liczone w setkach tysięcy, a nawet milionach złotych.
- Należy w końcu ukrócić bezkarność ludzi, którzy siedzą za biurkami, a petentów traktują jak zło konieczne - uważa mec. Grzegorz Wlazło, współautor projektu, doradca wiceministra gospodarki Adama Szejnfelda.
Projekt ministerstwa przewiduje, że jeśli decyzja danego urzędu będzie choć raz zakwestionowana przez nadrzędny, np. samorządowe kolegium odwoławcze, poszkodowany obywatel będzie mógł wystąpić do sądu o odszkodowanie. Zapłaci je urzędnik. Jeśli zawini grupa urzędników, ale trudno będzie udowodnić, który z nich ponosi największą winę, zapłacą wszyscy po równo.
- Każdy, kto wyrządzi rażącą szkodę, musi się liczyć z tym, że dostanie po kieszeni. I taki jest sens naszego pomysłu - dodaje mec. Wlazło.
Projekt ma również uderzać w zapędy korupcyjne niektórych urzędników. Zdarza się, że przewlekając wydanie decyzji, próbują wymusić łapówkę.
Dziś urzędnicy popełniający błędy mogą zostać ukarani jedynie naganą swojego zwierzchnika. A pomyłki mają czasami naprawdę gigantyczne konsekwencje. W 2001 r. urzędniczka z Urzędu Miejskiego w Białymstoku zablokowała budowę pierwszego kina wielosalowego w mieście.
Nie uprzedziła inwestorów o tym, że na ziemi, którą za 2 mln zł kupili od miasta, nie można postawić kina, a tylko wiadukt kolejowy. Urzędniczce, ani jej zwierzchnikom nie spadł włos z głowy. Miasto musiało się ratować przed kompromitacją, proponując inwestorom grunt zamienny w znacznie atrakcyjniejszej części miasta. Wniosek był smutny dla obu stron: stracił nie tylko inwestor, ale i gmina.
Według nowego prawa tak nieudolny urzędnik poniósłby karę, choć zdecydowanie nieadekwatną do poniesionej szkody. Trzykrotność pensji szeregowego urzędnika to średnio 4,5 -5 tys. zł. Dla niego to oczywiście kara dotkliwa, ale dla poszkodowanego, który liczy straty w milionach, to śmieszna kwota.
Szef MCI Management Tomasz Czechowicz - od prawie dwóch lat walczy o 40 mln odszkodowania za błąd fiskusa, który doprowadzili do upadku firmę JTT, której MCI był akcjonariuszem. Nowe prawo dawałoby Czechowiczowi jedynie satysfakcję, ale na pewno nie oddałoby części sprawiedliwości. Podobnie jest w przypadku Romana Kluski, któremu urzędnicy skarbowi bezpodstawnie zarzucili wyłudzanie 30 mln zł podatku VAT.
Musiał zamknąć firmę, trafił do aresztu, zajęto mu dom i odebrano paszport. Wolność odzyskał po wpłaceniu 8 mln zł kaucji i dostał jedynie 5 tys. zł odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie.
- Idea jest słuszna, ale szczegóły projektu mnie rozczarowują - mówi Robert Gwiazdowski, szef centrum im. Adama Smitha.
Grzegorz Wlazło broni się, tłumacząc, że w 2006 r. podobny projekt ustawy opracowany przez grupę posłów PO (m.in. dzisiejszego wiceministra Adama Szejnfelda) nie przeszedł w Sejmie właśnie dlatego, że był zbyt radykalny. Zakładał, że urzędnicy mieli płacić odszkodowania w wysokości 12-krotności miesięcznego wynagrodzenia. Oznaczałoby to średnio ok. 20 tys. zł na głowę, co było praktycznie niewykonalne.
Urzędnicy, z którymi rozmawialiśmy, potwierdzają obiekcje ekspertów. Zapowiadają, że odmówią wydawania jakichkolwiek decyzji. - Nie można nas tylko bić po głowie. Nie dość, że zarabiamy niewiele, to jeszcze próbują nas zastraszyć. Oczekujemy, że jeśli jest kij, to powinna pojawić się marchewka, ot choćby w postaci premii za dobrą pracę - powiedział nam urzędnik z magistratu w Sandomierzu.
Eksperci podkreślają, że zamiast od karania warto zacząć od skuteczniejszego nadzoru nad pracą urzędników. W Niemczech decyzje wydawane są w terminie i błędy zdarzają się niezwykle rzadko, dlatego że każdy dokument sprawdzany jest wnikliwie przez kilku urzędników, przeszkolonych z konkretnej dziedziny. Niemcy zdają sobie sprawę, że za błędy trzeba słono płacić. Kiedy zrozumieją to Polacy?