Gdy w 1993 roku powieść ujrzała światło dzienne, środowiska żydowskie oskarżyły Rotha właściwie o wszystko: o kpinę z sensu istnienia izraelskiej państwowości, szydzenie z Zagłady, wywlekanie na jaw narodowych kompleksów, a nawet cyniczną grę tytułem, odwołującym się do szekspirowskiego Shylocka, uosobienia antysemickich ciągot elżbietańskiego dramaturga.
Jeszcze dalej posuwają się tropiciele globalnych spisków, którzy wieloletnie trzymanie Rotha w poczekalni Literackiej Nagrody Nobla tłumaczą właśnie tym, że poswawolił sobie bezpardonowo na współwyznawcach właśnie w "Operacji Shylock".
Teraz legendarna książka Amerykanina wraca ponownie, w nowym tłumaczeniu Lecha Czyżewskiego i - co ciekawe - wciąż w niezmiennej aurze skandalu.
"Roth?! Ten żydowski pornograf?" - miał ponoć ze zgrozą wykrzyknąć jeden z członków Stowarzyszenia Historyków Amerykańskich, gdy w 2005 roku owo zacne grono przyznało pisarzowi swoją prestiżową nagrodę. Najwidoczniej biedak nie czytał "Operacji Shylock", tam bowiem pornografii jest jak na lekarstwo.
W przeciwieństwie do rozprawy z własnym żydostwem, traumą historii i robieniem z tragedii Szoah zyskownego biznesu. Próżno zatem w 528-stronicowym tekście szukać tak ulubionych przez Rotha erotycznych igraszek. Ich miejsce zajmują rzeczy o znacznie większym kalibrze tematycznym. I żeby całość jeszcze bardziej skomplikować - ubrane w szatę ni to dziennika, ni to politycznego thrillera.
Choć z początku nic nie wskazuje na to, że będzie gorąco. Oto bohater, Philip Roth we własnej osobie, wyjeżdża do Jerozolimy. Zamierza porozmawiać z żydowskim pisarzem Ahronem Appelfeldem i przyjrzeć się procesowi Johna Demjaniuka, krwawego strażnika z obozów w Sobiborze, Treblince i Flossenbürgu. Ale to - rzec by można - oficjalne powody wyprawy na Bliski Wschód. Nieoficjalnie chce zaś dopaść swojego sobowtóra, który przysparza mu samych kłopotów, głosząc pod jego nazwiskiem spektakularne i doprowadzające do białej gorączki izraelską elitę polityczne prognozy.
Ów drugi Roth działa niczym prorok: wzdłuż i wszerz przemierza kraj, nawołując Żydów do ponownej diaspory, która uchroni ich przez nowym Szoah z rąk Palestyńczyków i skutkami wojny nuklearnej. Co więcej, neguje sens istnienia Izraela jako owocu międzynarodowego politycznego nadużycia. W rozprawie z Rothem bis naszemu bohaterowi nie pozostaje inna broń, jak tylko pokonanie go jeszcze większym szaleństwem i przesunięciem idei ponownego diasporyzmu w sferę paranoi i obsesji. Zabawne?
Cóż, kwestia gustu, na który szczególnie uważać powinni polscy czytelnicy. Okazuje się bowiem, że jednym ze zgrabniejszych marketingowych posunięć fałszywego Rotha stało się spotkanie z Lechem Wałęsą i przekonanie go, że Żydzi powinni ponownie osiedlić się nad Wisłą. Trzeba przyznać że koncept, choć politycznie utopijny, ma jednak swój historyczno-obyczajowy smaczek.
Tzw. profesjonalni krytycy stawiają jednak "Operację Shylock" na marginesie pisarstwa Rotha. Gigant pióra - wedle nich - realizuje się najpełniej na gruncie literatury obyczajowej. I jest w tym sporo racji, bowiem napisany przezeń w 1969 roku słynny "Kompleks Portnoya", próba zmierzenia się z seksualnymi obsesjami żywota, zapewnił mu miejsce w elicie pionierów społecznej seksrewolty.
Podobnie jak "Lekcja anatomii" (1983), "Praska orgia" (1985), "Amerykańska sielanka", za którą w 1998 roku zgarnął Nagrodę Pulitzera, czy wreszcie "Ludzka skaza" z 2000 roku, która doczekała się ekranizacji pod tytułem "Piętno" trzy lata później.
Choć zagrali w niej Nicole Kidman i Anthony Hopkins, Roth, po obejrzeniu filmu prowokacyjnie oświadczył, że dzieło jest po prostu idiotyczne. "Operacja Shylock" pozwala jednak zajrzeć za oficjalny konterfekt pisarza, człowieka, który śmiejąc się w kułak, zapisał w "Kompleksie Portnoya": "Jestem Raskolnikowem masturbacji - lepkie dowody winy są wszędzie!".
Mariusz Grabowski
Philip Roth "Operacja Shylock. Wyznanie", wyd. Czytelnik, Warszawa 2009, cena: 49,50 zł