PODATEK LINIOWY JEST DOBRY DLA OLIGARCHÓW KTÓRZY STOJĄ ZA BALCEROWICZEM NIE DLA POLSKI
dr antyBalcerowicz (gość)
11.01.10, 13:11:05
PODATEK LINIOWY JEST DOBRY DLA OLIGARCHÓW KTÓRZY STOJĄ ZA BALCEROWICZEM NIE DLA POLSKI.
Balcerowicz kto Ci dał prawo wypowiadać sie w imieniu całej POlski ?
Oznacza on mniejsze wydatki na szpitale, leczenie, naukę, zasiłki, wszelką pomoc panstwa w biedzie.
Bogaty bez tego sobie poradzi, ale biedny już nie.
Do durnych polskich dziennikarzy papużek i bezmyślnych rządowych prowincjonajnych naśladowców złych i wychodzących z użycia ideologii Nie rozsiewajcie tej głupoty i nie czyńcie szkód swoim bezmyślnym naśladowaniem ideologii ludzi. skompromitowanych.
Dla ideologicznych fundametalistów polecam przeczytać wywiad z Jeffrey'em Sachs'em, nauczycielem L. Balcerowicza i mózgiem tych przemian.
który przejrzał po tych doświadczeniach na oczy i zmienił zdanie, tylko Balcerowicz ma klapki na oczach.
(źródło: Wikipedia)
Jeffrey David Sachs (ur. 5 listopada 1954 w Detroit) – uważany za jednego z najważniejszych i najbardziej znanych ekonomistów w skali ogólnoświatowej.
W celu rozwiązania kryzysów ekonomicznych takich państw, jak Boliwia, Rosja, czy Polska doradzał stosowanie tzw. terapii szokowej.
W 1989 Sachs był ekonomicznym doradcą "Solidarności", przygotował wstępny projekt programu transformacji polskiej gospodarki - planu Balcerowicza, doradzał pierwszemu postkomunistycznemu rządowi we wprowadzaniu radykalnych reform gospodarczych.
Wywiad z J. Sachs'em
(...)
Teraz tak być nie musi. Bankructwo czy bezrobocie dla wielu ludzi staje się nie do wytrzymania, gdy oznacza, że wraz z dochodami tracą dach nad głową, pomoc medyczną, szansę wyżywienia dzieci, a nawet posłania ich do szkoły. Kryzys to okres, kiedy rozbudowa pomocy społecznej staje się konieczna, by społeczeństwo mogło prędko podnieść się po ciosach, które on zadaje. Bush tak zreformował amerykańskie finanse publiczne, że stany muszą ciąć pomoc medyczną dla biednych. W wielu stanach nawet ci, którym przysługuje bezpłatne leczenie, nie mogą z niego korzystać, bo nie ma lekarza gotowego ich przyjąć za stawki płacone przez państwo. A w czasie kryzysu coraz więcej osób będzie skazanych na publiczną opiekę medyczną. Jeżeli po kryzysie chcemy mieć społeczeństwo funkcjonujące nie gorzej niż przed nim, Obama musi pozwolić stanom na zaciąganie długów, by mogły radykalnie zwiększyć wydatki na solidarność społeczną.
Jeff Sachs uważa, że w czasie kryzysu powinno się zwiększać wydatki socjalne powiększając deficyt?
Oczywiście!
Gdyby to usłyszał Leszek Balcerowicz…
On by oczywiście tego nie aprobował. Ja też nie jestem za marnowaniem pieniędzy. Rząd powinien być oszczędny. Ale nie może oszczędzać na tym co najważniejsze: na niezbędnych wydatkach społecznych i infrastrukturze. Takich źródeł deficytu teraz się nie boję. Natomiast jestem przeciwny cięciu podatków w nadziei na zwiększenie popytu. Bo to powiększa deficyt, a nie daje pewnego efektu rynkowego. Dobrze wykorzystane pieniądze z podatków mogą się bardziej przyczynić do stworzenia społeczeństwa produktywnego i sprawiedliwego niż pompowanie konsumpcji przez cięcia podatkowe. Jeżeli Ameryka chce być na dłuższą metę konkurencyjna, musi znacząco podnieść udział podatków w dochodzie narodowym i poziom inwestycji publicznych w wydatkach budżetu.
Obama to zrobi?
Najpierw musiałby otworzyć i wygrać wielką społeczną debatę. Nie jestem pewien, czy się na to porwie. Bo na razie większość Amerykanów absurdalnie wierzy w obniżanie podatków, chociaż już mamy trzybilionowy deficyt. To jest jeden z zatrutych owoców epoki Reagana. Zamiast liczyć się z realiami, Amerykanie wierzą w przyjemne absurdy.
Słysząc, jak przekonuje pan do podnoszenia podatków, rozbudowywania programów socjalnych, zwiększania deficytu, utrzymywania nierówności społecznych w ryzach, mam wrażenie, że słucham całkiem innego człowieka niż 20 lat temu, kiedy przywiózł pan do Polski ideę bolesnej terapii szokowej. Co się stało z tamtym Jeffreyem Sachsem?
Pewnie wiem trochę więcej o ekonomii i życiu. Ale zmieniłem się mniej, niż pan myśli. Wciąż wyznaję tezę, którą sformułowałem na początku lat 90., że bez względu na to, jaką ścieżkę rozwoju Polska by obrała – amerykańską czy szwedzką – i tak na początku trzeba było zrobić to, co przeprowadził Leszek Balcerowicz. Wychowałem się w rodzinie o silnych demokratycznych tradycjach i zawsze wierzyłem, że lepszy jest model gospodarki mieszanej z dużą rolą państwa. Kiedy doradzałem w Boliwii, Polsce, Rosji, przekonywałem do jak najszybszych reform, ale nigdy nie opowiadałem się za tym, żeby ich efektem była gospodarka całkowicie rynkowa. Lewica krytykowała mnie za promowanie rynku, a prawica za to, że popierałem np. utrzymanie publicznej służby zdrowia. Leszek Balcerowicz był zawsze dużo bardziej wolnorynkowy niż ja.
Kiedy pracował pan w Polsce, tego się raczej nie dało zauważyć.
Bo kiedy reformuje się gospodarkę w 80 proc. zarządzaną przez państwo, trzeba zacząć od reform wolnorynkowych. Pytanie, gdzie wolny rynek powinien się skończyć, przychodzi później. W Polsce chciałem przede wszystkim ułatwić wasz powrót do Europy. To była definicja docelowego modelu. Zniesienie barier hamujących rozwój i separujących Polskę było oczywiste. Prywatyzacja była oczywista. Ale za tym powinien iść program pomocy, wyrównywania szans, spójności społecznej.
(...)
W księgarniach tego nie widać.
Co z księgarń przebija się do opinii publicznej? W mediach pan tego nie znajdzie. W Ameryce, podobnie jak w Polsce, poważna debata – o kształcie społeczeństwa, o gospodarce, o zaczynającej się epoce – wymaga uspołecznienia. To jest trudne. Bo złożone poglądy się nie przebijają. Polacy i Amerykanie mają tu podobnie uproszczone poglądy. Ludzie żyjący w rozwiniętych społeczeństwach kapitalistycznych nie zdają sobie sprawy, jak wielu regulacji i instytucji trzeba, żeby kapitalizm dobrze funkcjonował. Jeżeli nie uporamy się z mitem samoregulującego rynku, będziemy wytwarzali coraz poważniejsze kryzysy. Sama zmiana władzy w Ameryce nie starczy. Potrzebna jest zmiana mentalności
0 / 0
zgłoś naruszenie
odpowiedz