Dyrektor Remigiusz Podniesiński - 22 lata pracuje przy produkcji filmów (© Andrzej Dworak)
Andrzej Dworak i Karolina Kowalska
2010-01-08 09:45:43, aktualizacja: 2010-01-08 09:45:43
Wprawdzie mówi się, że polską stolicą filmową jest Łódź, ale największa wytwórnia filmowa mieści się w stolicy Polski przy ulicy Chełmskiej. Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych powstała 60 lat temu i bez niej nie można sobie wyobrazić polskiego filmu. O historii, ludziach, legendach i dniu dzisiejszym tej kultowej placówki piszą Andrzej Dworak i Karolina Kowalska.
Ekran rozjaśnia się, pojawia się czołówka. Oczom widzów ukazuje się czarna piramidka z biało-czerwonym wcięciem i białą taśmą filmową u podstawy. Uważni obserwatorzy dostrzegliby ten znak WFDiF na największych hitach kinowych i telewizyjnych, jakie powstały w Polsce. Kiedy z zapartym tchem obserwowaliśmy perypetie bohaterów serialu "Noce i dnie" Jerzego Antczaka, gdy przejmowały nas wojenne losy Kurasia i jego kolegów w "Polskich drogach" Janusza Morgensterna czy przyglądaliśmy się powstającej z ruin Warszawie w serialu "Dom" Jana Łomnickiego, piramidka tysiące razy migała nam przed oczami. Za telewizyjnymi przebojami stoi wytwórnia na Chełmskiej.
Wielkich wzruszeń i przeżyć dostarczyły kinomanom arcydzieła takich twórców związanych z WFDiF jak Andrzej Wajda ("Wesele", "Panny z Wilka", "Człowiek z marmuru", "Człowiek z żelaza"), Krzysztof Zanussi ("Za ścianą", "Barwy ochronne", "Spirala"), Krzysztof Kieślowski ("Krótki film o zabijaniu", "Krótki film o miłości", "Dekalog"). Ale choć wytwórnia na Chełmskiej to nie tylko znakomita przeszłość, to opowieść o miejscu i ludziach wytwórni jubilata zaczniemy od historii.
Fakty i akty, czyli co było i jest na Chełmskiej
Oficjalnie Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych rozpoczęła działalność 29 grudnia 1949 r., kiedy to zarządzeniem Ministra Kultury i Sztuki utworzono przedsiębiorstwo państwowe pod nazwą Wytwórnia Filmów Dokumentalnych (później doprecyzowano, że do zakresu jej działań należy też świadczenie usług w dziedzinie filmu fabularnego). Faktycznie wytwórnia istniała i działała już od wiosny 1949 r. - w pierwszym, wzniesionym od fundamentów, całkowicie nowym budynku lewobrzeżnej Warszawy przy ulicy Chełmskiej 21.
To tu wyprodukowano pierwszy polski barwny film dokumentalny - "Mazowsze - kolorowy koncert na ekranie" Tadeusza Makarczyńskiego. A już w 1955 roku powstał pierwszy film fabularny - "Błękitny Krzyż" Andrzeja Munka.
W początkowych latach swojego istnienia wytwórnia zajmowała się produkcją filmów dokumentalnych oraz słynnej Polskiej Kroniki Filmowej, nagradzanej między innymi w Wenecji, Cannes i Oberhausen. W jej murach zrealizowano dokumenty Andrzeja Munka, Krzysztofa Kieślowskiego, Jana Łomnickiego, Tadeusza Makarczyńskiego, Ludwika Perskiego, Marii Kwiatkowskiej, Władysława Ślesickiego, Kazimierza Karabasza, Jerzego Hoffmana, Edwarda Skórzewskiego i wielu innych.
Dziś WFDiF to ponad 30 obiektów, m.in. profesjonalne hale zdjęciowe, studia do obróbki i nagrań dźwięku, nowoczesny sprzęt z zakresu techniki zdjęciowej, Laboratorium Obróbki Taśmy na najwyższym światowym poziomie, wszechstronnie wyposażone Zakłady Budowy Dekoracji oraz Inscenizacji, z których korzysta znaczna część obecnych na polskim rynku stacji telewizyjnych i produkcji filmowych.
Również tutaj mieści się specjalistycznie wyposażone Archiwum Filmowe ze zbiorami Filmoteki Narodowej oraz Mistrzowska Szkoła Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Wytwórnia przy Chełmskiej to także siedziba ponad 40 firm i instytucji filmowych, gdzie pracują międzynarodowej klasy specjaliści z zakresu obróbki dźwięku, obrazu, dekoracji.
Legendy wytwórni - ludzie i filmy
Montażownię Agnieszki Bojanowskiej ozdabiały powieszone wzdłuż całej ściany zdjęcia noża. Wyszczerbionego, z prymitywną aluminiową rączką i może przez to o takiej sile rażenia. Większą miała tylko tabliczka "Nie wchodzić", wywieszana na drzwiach na czas montażu. Wszyscy wiedzieli, że by przerwać Agnieszce Bojanowskiej, musi się wydarzyć coś naprawdę ważnego. - Człowiek musi być naprawdę skoncentrowany. Bo jeśli pani złapie jakiś pomysł i ktoś pani przerwie, to ten pomysł już nigdy do pani nie wróci! - przekonuje z mocą szczupła, energiczna kobieta, której charyzmy pozazdrościłby niejeden reżyser. - Nie wierzyli mi, dopóki Grzegorz Lasota nie pociął zmontowanego przeze mnie dialogu między Szapołowską a Górką na telewizyjny zwiastun "Parady oszustów". Upierał się, że wszystko dokładnie pamięta, ale sceny w tamtej wersji nie udało się odtworzyć. Do dziś uważam, że scena jest kiepska - dodaje, popijając zieloną herbatę podczas godzinnej przerwy w montażu filmu "Wódka". Kolejnego zleconego jej przez Szwedów. Kuchnię jej żoliborskiego domu okleja kolorowa tapeta - bohaterka filmu "Paradiset" - którą wdzięczny reżyser Jerzy Sladkowski przywiózł jej potem w prezencie. Po kolejnym szwedzkim filmie nadal nie zna tego języka, ale w niczym nie przeszkadza jej to przestawiać dialogów. I to w taki sposób, że reżyser dziękuje jej za ulepszenie sceny. - Nie robi mi różnicy, czy film jest po duńsku, szwedzku, fińsku czy chińsku. Wystarczy znać ogólny scenariusz filmu. Najważniejsze to myśleć! - przekonuje. - Tak samo, jak nie ma dla mnie różnicy między dzisiejszym sposobem montowania a techniką sprzed lat pięćdziesięciu. Teraz, siedząc przy komputerze, czynię taki sam wysiłek intelektualny jak wtedy. Z tą tylko różnicą, że nie mam już fizycznego kontaktu z taśmą filmową. A bardzo go lubiłam - mówi.
78-letnia Polka jest jedną z najbardziej cenionych montażystek na świecie. Zlecenia wypełniają jej kalendarz aż do czerwca. Tylko, bo gdyby nie kryzys, w grafiku nie byłoby miejsca do końca roku. Autorce montażu ponad 150 filmów fabularnych i siedmiu seriali międzynarodową sławę przyniosła praca z reżyserem dokumentów "Krzyż i topór", "Zima" czy "Skok" Bogdanem Dziworskim. Człowiekiem, który - w opinii Bojanowskiej - tworzy nie dokumenty, ale poezję. - Dla takich filmów warto żyć - mówi.
Bojanowska, słynąca z wysokich standardów, zawsze starannie dobierająca filmy, sama wybierała sobie reżyserów i fabuły. - Nie pracuję z ludźmi, których nie cenię, i przy rzeczach, które pokazują zło, nurzają się w brudzie ludzkim. Takich jak "Dom zły", który dla mnie jest filmem niedobrym pod każdym względem: warsztatowym, aktorskim, reżyserskim. Tak samo nie lubię filmów Żuławskiego. To tak różne od mojego sposobu myślenia - tłumaczy Bojanowska.
Ma dla nas tylko godzinę, wykradzioną z kilkunastogodzinnego dnia pracy w domowej montażowni. W przytulnym, wyciszonym pokoiku, z dwoma wielkimi ekranami, dwoma klawiaturami i skórzanym fotelem dla reżysera (są tacy, którzy lubią być przy całym montażu) siedzi Kubuś. Tak montażystka nazywa swojego asystenta Jakuba Śladowskiego. Dziś, po siedmiu latach z panią Agnieszką, realizującego już samodzielne zlecenia. Śladowski to jeden z nielicznych, którzy przetrwali. Dostatecznie wytrwały, by nie opuścić ani jednego dnia pracy ("Gdybym nie przyszedł, już by mnie nie było"), i wystarczająco zdolny, by Agnieszka Bojanowska nie poradziła mu zmiany szefa.
- Wiem, że przede mną było kilku takich, którzy się poddali. Na początku nie było mi łatwo. Ja, totalny leser, z dnia na dzień musiałem stać się obowiązkowy i zdyscyplinowany. I przyjąć, że tak naprawdę nic nie wiem - wspomina montażysta. - Jest wytrwały - chwali go Agnieszka Bojanowska. - Dziś to bardziej ja mu asystuję niż on mnie. Podszykowuję mu pracę, a on ją wykonuje - twarz montażystki łagodnieje w uśmiechu. O swoich uczniach mówi z podobną tkliwością co o trojgu swoich wnuków i pięciorgu prawnuków. Bo charyzmatyczna i ostra królowa polskiego montażu przede wszystkim jest babcią. To dla wnucząt stara się trzymać formę (obowiązkowa codzienna gimnastyka), dla nich ogląda mecze i jest na bieżąco ze współczesnymi trendami.
Leszek Krzyżański jest wśród operatorów filmowych nazywany mistrzem. Karierę rozpoczynał od pracy w Polskiej Kronice Filmowej. Wielokrotnie nagradzany, ma na swoim koncie zdjęcia do ponad 120 filmów dokumentalnych. - Jego znakiem firmowym były kadry otwarte, dynamiczne, z ledwie zaznaczonymi fragmentami przedmiotów, natomiast z wyraźnym odczuciem ruchu - mówi o nim kolega z wytwórni Andrzej Arwar. - Leszek unikał estetyzowania, komponowania wysmakowanych, często nic nieznaczących obrazów. I był fantastyczny technicznie. Jego materiały można było wywoływać niemal jak leci, bez żadnych poprawek korygujących. Mistrz, prawdziwy mistrz - wzdycha Arwar. Dziś Leszek Krzyżański ma 81 lat, lecz czasem zagląda na Chełmską.
Przy Chełmskiej powstały najważniejsze filmy, które złożyły się na Polską Szkołę Dokumentu. Cechowała ją różnorodność formalna i tematyczna, ale łączył wysoki poziom, który sprawił, że dzieła polskich dokumentalistów zyskały sławę, a ich twórców zaliczono do jednej szkoły. Kazimierz Karabasz, Marcel Łoziński, Krzysztof Kieślowski byli różni, ale równie doskonali.
Dawniej i dziś - wszystko się zmienia
- Debiutowałem w 1986 roku filmem "Trzy stopy nad ziemią" - wspomina Jan Kidawa-Błoński. Wtedy trudno było sobie wyobrazić drogę do kina inaczej niż przez wytwórnię. Nie udało mi się zrobić tego pierwszego filmu w Warszawie, bo to była wtedy wytwórnia elitarna, tam robili filmy najlepsi reżyserzy - mieszkali w Warszawie i tu pracowali. Debiutantów wysyłało się gdzieś dalej, w tym wypadku do Wrocławia. Miałem jednak nadzieję, że drugi film zrobię już w wytwórni warszawskiej i tak też się stało.
Zupełnie inaczej stało się w przypadku ubiegłorocznej debiutantki Katarzyny Rosłoniec, której "Galerianki" nagrodzono na kilku festiwalach. - Kiedy okazało się, że mój film mieli robić w WFDiF, to było dla mnie wielkie szczęście - opowiada reżyserka. - Taka wielka instytucja, teraz niewiele jest takich stabilnych, pewnych rzeczy w branży filmowej. Jestem z Malborka, studiowałam ekonomię w Sopocie, przyjechałam do Warszawy na dwuletnie studia w szkole filmowej i zaraz zrobiłam swój film. Potem się zorientowałam, że jestem dzieckiem szczęścia - śmieje się Rosłoniec. - Że uniknęłam problemów, jakie spotykają wszystkich młodych reżyserów. Przyszłam do gabinetu dyrektora WFDiF Włodzimierza Niderhausa, podpisałam umowę i od tego momentu nie musiałam się o nic martwić. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego producenta. Namawiam wszystkich moich kolegów, żeby szli właśnie na Chełmską, tym bardziej że w wytwórni jeden film rocznie może robić debiutant - podkreśla już była debiutantka.
Wszystko się radykalnie pozmieniało po 1989 roku. Z jednej strony zaczęło powstawać coraz więcej filmów niskobudżetowych i w związku z tym coraz mniej potrzebne były drogie dekoracje, hale zdjęciowe… Jednocześnie zakładano wiele firm prywatnych. - To spowodowało, że cały ten pejzaż jasny, klarowny i czytelny z końca lat 80. zaczął ulegać rozdrobnieniu - wyjaśnia sytuację Kidawa-Błoński. - Natomiast to, że jest WFDiF, stanowi taki solidny filar, solidne miejsce, gdzie się czuje, że tu krzyżują się losy różnych filmów. Zawsze zresztą było to miejsce, do którego dążyli wszyscy, którzy aspirowali do zawodu filmowca. To było bardzo snobistyczne - wpaść na Chełmską do baru Klaps. Pamiętam taki trójkąt filmowy w Warszawie: Chełmska, Puławska - gdzie były zespoły filmowe - i obok Puławskiej kawiarnia Mozaika. W tym trójkącie odbywało się dzienne i popołudniowe życie filmowe w Warszawie, bo wieczorem i nocą przenosiło się ono do Ścieku na Trębackiej... - wspomina Kidawa-Błoński.
- Na Chełmskiej montowałem "Szczurołapa", którego robiłem z operatorem Piotrkiem Sobocińskim - mówi o swoich kontaktach z WFDiF Andrzej Czarnecki, twórca "Istoty", za którą dostał w 2000 roku w Gdyni nagrodę za reżyserię. - Wiąże się z tym zabawna historia, bo wszystkie montażystki - nawet fenomenalna Agnieszka Bojanowska, gwiazda wytwórni - odmówiły pracy przy tym filmie, twierdząc, że jest zbyt... obsceniczny. Okrutny był, zgoda, ale obsceniczny? Montowałem to z asystentką Joasią Borkowską, która później dostała za to Złotego Lajkonika. Niedługo po nagrodzie wyjechała do Australii i tam została wykładowcą w szkole filmowej. Wytwórnia na Chełmskiej stała się kultowym miejscem. Tam się przychodziło, żeby spotkać kolegów, usłyszeć, co się dzieje w branży. Z tego względu szkoda wytwórni, bo ona prędzej czy później ulegnie likwidacji - ze względu na lokalizację. Miasto cały czas przejawia takie zakusy, żeby to sprzedać, podzielić, rozkawałkować. Gra idzie o wielkie pieniądze, a środowisko filmowe jest za słabe, żeby wytwórnię ocalić. Kiedy Łódź otworzy centrum filmowe Camerimage, Chełmska padnie - mówi Czarnecki.
Gdyby w Chełmską uderzył meteoryt
- Wytwórnia filmowa to firma dwojaka - działająca na ważnym polu dla kultury, a jednocześnie przedsiębiorstwo, które podlega prawom rynku. Zarządzanie wytwórnią wymaga znajomości w dziedzinie organizacji produkcji oraz ekonomiki takiej firmy. My w WFDiF mamy zespół, który to potrafi - mówi dyrektor WFDiF Remigiusz Podniesiński. - Dyrektor naczelny Włodzimierz Niderhaus jest specjalistą od produkcji filmów z wieloletnim doświadczeniem, a wytwórnią na Chełmskiej kieruje od prawie 20 lat. Ja jestem z wykształcenia ekonomistą, a przy produkcji filmów pracuję już 22 lata.
Na pytanie o zakusy deweloperów na przejęcie terenu wytwórni odpowiada: - A może niech deweloperzy zbudują coś sobie w Łazienkach, też piękny teren… Zakusy są, ale moim zdaniem są absurdalne, jak apartamentowce w Łazienkach. My się już obroniliśmy. Przeżyliśmy dwie batalie, jedną trzy lata temu, drugą na przełomie 2008 i 2009 r. Udało się nam wykazać niedorzeczność planów zagospodarowania terenu wytwórni na osiedle mieszkaniowe. W sierpniu odwiedzili nas wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz i dyrektor Biura Architektury i Planowania Przestrzennego Marek Mikos, którzy obejrzeli teren i doszli do wniosku, że te zamiary są błędem. Z Biura Architektury wychodziły projekty poszatkowania terenu przy Chełmskiej, ale okazało się, że z terenu wytwórni nic się nie da wyrwać, bo wszystko ma tu swoje miejsce - zapewnia dyrektor Podniesiński.
Gdyby zabrakło WFDiF w Warszawie, na pewno zniknęłaby jakaś wartość sentymentalna. - Czy bez Chełmskiej powstawałyby filmy? Tak, powstawałyby - mówi Kidawa-Błoński. - Produkowanie filmów coraz bardziej uniezależnia się od miejsca. Gdyby zatem nagle uderzył meteoryt i starł wytwórnię na Chełmskiej z powierzchni ziemi, to filmy i tak by powstawały. Ale przestałaby istnieć wartość historyczna dla Warszawy, miejsce, do którego ludzie są przyzwyczajeni, gdzie pracują, a to są elementy szalenie ważne. Razem tworzą niezwykle istotną całość.
- Niewielu jest tu pracowników etatowych, przyjeżdżają do konkretnych zadań. Pamiętam, jak dawniej wytwórnię opanowała moda na grę w kości. Ludzie godzinami grali, zostając nawet po pracy, wpadali niemal w hazard. Dziś nikt tutaj nie ma na to czasu - śmieje się dyrektor Podniesiński.