Menu Region

Testament dla nowej Europy

Testament dla nowej Europy

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska
Prześlij Drukuj
Ostatni artykuł prof. Bronisława Geremka ukazał się 28 czerwca 2008 r. w "Le Monde".
Po irlandzkim "nie" dla traktatu lizbońskiego Unia Europejska nie spieszy się z decyzjami. Jednak wydaje się, że już istnieje pewien plan: doprowadzić do ratyfikacji traktatu we wszystkich krajach, które nie dokonały jego ratyfikacji, oraz uzyskać ze strony Irlandii, która jest wyizolowana w swojej odmowie, powtórzenia referendum.

Taki plan w historii Unii pojawiał się już nieraz i nie stoi w sprzeczności z prawem. Nie można jednak zaprzeczać, że jest on upokarzający dla Irlandczyków (czy odważono by się tego zażądać od Francuzów?) oraz że kultura demokratyczna Europejczyków również by na tym ucierpiała. Jeszcze wyobraźmy sobie, co Europa by zrobiła, gdyby Irlandczycy upierali się i odpowiedzieli jeszcze raz "nie"?

Należy zdać sobie sprawę, że Europejczycy XXI w. obawiają się przyszłości i nie mają zaufania do Unii. Czują się znużeni jej rozszerzeniami, wierzą, że Unia jest daleko od ich codziennych trosk. Stopy wzrostu w większości krajów Unii są w stagnacji. Drożyzna życia przyczynia się do ponurego i zgryźliwego usposobienia Europejczyków.

W takim właśnie klimacie wielkie projekty wizjonerskie nie mają szans na powodzenie. Traktat konstytucyjny jak również traktat lizboński stanowiły właśnie ten rodzaj projektów. Zakładały klimat zaufania i zadowolenia w odniesieniu do UE. I dziś to właśnie jest nierealne. Psychologiczna ponurość i zgryźliwość stanowią przeszkodę dużego kalibru dla odważnych projektów konstytucyjnych.

Historycy konstytucjonalizmu dobrze wiedzieli, że konstytucje zostają proklamowane albo wtedy, kiedy naród pragnie takiego aktu (mówi się wtedy o "momencie konstytucyjnym") albo przez zaskoczenie. Otóż osiem ostatnich lat nie zbiegło się w czasie z "momentem konstytucyjnym", a wszelka próba zaskoczenia opinii publicznej nie miała żadnej szansy powodzenia. Projekty konstytucyjne pojawiały się w złym momencie. W celu ich przegłosowania i zaakceptowania należało wyjaśnić Europejczykom niecierpiącą zwłoki naturę reform konstytucyjnych. Trzy miesiące wagarów, które Unia sobie zafundowała, przysłużyły się irlandzkiemu buntowi.

Nie podlega dyskusji, że rządy narodowe muszą zrobić wszystko, co tylko leży w ich mocy, by traktat, który one wszystkie już podpisały, został obecnie ratyfikowany. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej dało przykład i trzeba, żeby siedem pozostałych państw uczyniło to samo. Są do tego zobowiązane, albowiem Konwencja Wiedeńska o traktatach to wyraźnie stanowi. Właśnie wtedy Rada Europejska będzie musiała zbadać sytuację i podjąć decyzję, co należy zrobić. Skoro większość państw i obywateli zatwierdziła traktat, Rada może w sposób zupełnie prawowity i słuszny postępować w porozumieniu z Komisją Europejską i z Parlamentem w celu wdrożenia wszystkiego, co nie wymaga zmian w traktatach.

Rada mogłaby podjąć decyzję, by wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej objął stałe przewodnictwo Rady do spraw zagranicznych i by powierzono mu odpowiedzialność za politykę zagraniczną, jak również za kierowanie "służbą do spraw działań zewnętrznych". Oto minister spraw zagranicznych, którego Unia tak potrzebuje.

Nic nie powstrzymuje Rady Europejskiej od podjęcia decyzji, że to będzie przewodniczący Komisji Europejskiej, który przewodniczy zebraniom Rady. Nie będąc oficjalnym przedstawicielem UE na zewnątrz, reprezentowałby siłą rzeczy instytucje europejskie.

Rada Europejska mogłaby zaproponować Parlamentowi przyjęcie odpowiedzialności za prawo do ludowej inicjatywy ustawodawczej (1 milion podpisów). Podobnie, Parlament Europejski mógłby sam podjąć środki konieczne do wzmocnienia współpracy z parlamentami narodowymi w zakresie opracowania ustawodawstwa europejskiego. Rozszerzenie praw i przywilejów Parlamentu Europejskiego mogłoby zostać dokonane za pomocą decyzji (podjętych jednomyślnie) przez Radę.

Podaję zaledwie kilka przykładów, gdzie nie jest konieczne uciekanie się do opracowania nowego traktatu. Jednak istnieją też zmiany, których nie można wprowadzić bez traktatu. Dotyczy to w pierwszym rzędzie systemu głosowania. Dla dobra UE trzeba pilnie porzucić zasadę jednomyślności, której funkcjonowanie za bardzo przypomina liberum veto w Polsce, które doprowadziło mój kraj do katastrofy pod koniec XVIII w. Jest konieczne zastąpienie systemu równowagi głosów w głosowaniu, który został ustanowiony w Nicei, głosowaniem o podwójnej większości (państw i obywateli).

Europa musi się wyposażyć w nowy wymiar polityczny, musi być zdolna przemówić jednym głosem. Traktat dałby tę możliwość. W społeczeństwach demokratycznych nie istnieje potrzeba tego, by instytucje były kochane, jednakże istnieje potrzeba, by były skuteczne i wzbudzały zaufanie. Bądźmy wrażliwi na słowa Saint-Simona: "Zjednoczona Europa musi być Europą obywateli. Ażeby odpowiedzieć na zapotrzebowanie "stwórzmy Europejczyków", trzeba dać Europejczykom okazję "zabrania głosu" tak jak to proponowała Jacqueline de Romilly. Nie należy się obawiać ludu, należy się obawiać populizmu, który wykorzystuje nieobecność ludu na arenie publicznej".

Europa stoi zatem przed ważnym wyborem. Może dalej chodzić utartymi ścieżkami, które doprowadzą do kolejnego głosowania tych, którzy powiedzieli "nie". A nawet, jeśli to się uda, to pozostanie zawsze operacją przeprowadzoną przez rządy narodowe, co pozwala uniknąć oddania głosu obywatelom europejskim. Albo, przy wykorzystaniu istniejących traktatów, Europa może jednocześnie przeprowadzić konieczne reformy instytucjonalne i poprosić o opinię obywateli europejskich. Pierwsze rozwiązanie stanowi europejską rutynę, drugie natomiast ogłasza nowy etap jednomyślności.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się