Menu Region

Co nie zabije, to wzmocni

Co nie zabije, to wzmocni

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jacek Kmiecik, Donaueschingen

2Komentarze Prześlij Drukuj
Szok. Przykrość. Współczucie. Decyzja o skreśleniu trójki graczy z kadry wywołała wśród reprezentantów spodziewane reakcje.
Chcąc rozluźnić ciężką atmosferę, selekcjoner reprezentacji biało-czerwonych Leo Beenhakker dał wczoraj piłkarzom wolne. Kadrowicze rozjechali się po okolicy. Jedni wybrali się na zakupy do miasteczka Metzingen pod Reulingen. Inni pojechali zwiedzać niedalekie malownicze wodospady na Renie w szwajcarskim Schaffhausen. A jeszcze inni, jak np. skreślony Grzegorz Bronowicki, wściekłość postanowił wyładować na samotnej wycieczce rowerowej. - Trener nie konsultował z zawodnikami tej decyzji, jak to było choćby w przypadku powołania Rogera - ujawnił kapitan drużyny narodowej Maciej Żurawski.

- O skreśleniu tych, a nie innych piłkarzy zadecydował wyłącznie sztab szkoleniowy. Dla mnie najlepiej byłoby, gdyby na finały pojechali wszyscy obecni na zgrupowaniu, czyli 26 kadrowiczów. Mnie, jako kapitanowi, trudno mówić, kto powinien jechać, a kto nie. Bo gdyby trener skreślił dajmy na to Krzynówka, to co miałbym zrobić? Puścić oko Beenhakkerowi? - pytał retorycznie "Żuraw". - Taką, a nie inną decyzję podjął trener i nie mnie ją oceniać. Tym, co odpadli, z pewnością było smutno. Zresztą nie tylko im. Przykro było selekcjonerowi i nam wszystkim - ocenił lakonicznie Marcin Wasilewski.

Jacek Bąk pytany, czy przy ogłoszeniu decyzji drżało mu serce, odpowiedział: - Na pewno, jak każdemu zawodnikowi z reprezentacji. Jest nas 26, a właściwie było. Trzech musiało odpaść. Też coś podobnego kiedyś przeżyłem i wiem, co czuje skreślony. Miałem jechać na olimpiadę w Barcelonie w 1992 roku, ale w końcu się nie załapałem. Taki jest futbol. Trzeba się z tym pogodzić. W piłce jak w życiu: są wzloty i upadki. Nie wolno się załamywać. Miałem wtedy 17 lat, od tego czasu zagrałem w reprezentacji 93 mecze - przypomniał najbardziej doświadczony kadrowicz.

- Nie sądzę, by to w jakiś sposób ich załamało i pogrążyło. Wręcz przeciwnie - to jest coś na zasadzie szczepionki: przez chwilę boli, a później ogólnie wzmacnia - uznał Michał Żewłakow. I pozwolił sobie na ocenę każdego z trójki pechowców: - Z ich twarzy można było wyczytać wiele. Na pewno zwątpienie i zmartwienie. Osobisty zawód. Bo chyba każdy z nich bardzo wierzył w wyjazd. I bardzo mocno pracował, począwszy od Grześka Bronowickiego, który nie walczył tylko z formą, kontuzją i z czasem.

Radek Matusiak podobnie. Ostatni okres to ciągłe poszukiwania miejsca i na boisku, i w drużynie. Robił wszystko, by złapać ten rytm meczowy. A jeśli chodzi o "Maję", to chyba z całej trójki najbardziej był nastawiony na coś takiego. Przygotowywał się ze świadomością, że może trafić na niego. Miał taki margines, że się nie załapie. Jednak to jest młody człowiek, ciągle się rozwija. Myślę, że będzie miał tyle szans, żeby się pokazać, zaistnieć… Jak to się mówi: co nie zabija, to wzmacnia - stwierdził Żewłakow.