Menu Region

Trzeba wiedzieć, co się robi

Trzeba wiedzieć, co się robi

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Karolina Morelowska

Prześlij Drukuj
Adam Nowak z zespołu Raz Dwa Trzy o twórczości Wojciecha Młynarskiego.
Swojemu słuchaczowi podaje rękę i nie puszcza jej przez cały czas trwania wycieczki. Bo właśnie wycieczkami Adam Nowak nazywa koncerty. Do samego śpiewania nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi. To tylko zwykła czynność. Nic wzniosłego, zapewnia. Pierwszy dzień opolskiego festiwalu zakończą Debiuty. Uczestnicy zmierzą się z twórczością Wojciecha Młynarskiego. Koncert poprowadzi Adam Nowak, który z zespołem Raz Dwa Trzy niecały rok temu podjął podobne wyzwanie - nagrał płytę "Młynarski". A teraz, ochotniczo, został duchowym opiekunem debiutantów.

Twórczość Wojciecha Młynarskiego to dobry repertuar dla debiutanta?

Uważam, że szlachetna twórczość Wojciecha Młynarskiego jest dobra dla każdego, kto chce się zmierzyć z piosenką zawierającą mądrość.

Słyszał Pan już debiutantów podczas prób. Według Pana rozumieją, o czym śpiewają?

Mogę spokojnie powiedzieć, że ci, których miałem okazję usłyszeć, bo nie słyszałem jeszcze wszystkich, rozumieją. I jest to bardzo budujące, bo najmłodsza wykonawczyni ma dopiero 18 lat i naprawdę wie, o czym śpiewa. Podczas prób jestem ich opiekunem duchowym. Ochotnikiem. Pomagam, jak mogę, chociaż mam wrażenie, że to ludzie, którzy już doskonale znają swoje zajęcie. Cieszę się, bo czuję, że rozmowy, które prowadzimy, nie idą na marne. I że każdy z nich weźmie sobie coś z tego do serca. Zaśpiewa bez żadnych zakłóceń sugerujących, że kogoś naśladuje. Bo chodzi o to, żeby wydobyć z tych młodych ludzi to, co jest w nich najbardziej naturalne i co stanowi o ich artystycznej tożsamości.

Pan pamięta swoje pierwsze spotkanie z piosenkami Wojciecha Młynarskiego?

Bardzo dobrze. Miałem kilka lat. Oglądałem z tatą i bratem w telewizji teledysk do piosenki pana Wojciecha ,,Jesteśmy na wczasach". Ujął mnie od pierwszego momentu. Pod koniec lat 70. i na początku 80. towarzyszyła mi muzyka z płyty ,,Szajba". Utrzymywała mnie w bardzo dobrym nastroju.

I z sentymentu zgodził się Pan poprowadzić opolski koncert Debiuty? Adam Nowak konferansjerem na festiwalu? A może Pan inaczej widzi swoją rolę?

Pełnię rolę konferansjera, to prawda. Ale na moje potrzeby: po prostu przedstawiam młodych ludzi. To będzie prawdziwy koncert debiutantów. Ja będę debiutantem w roli konferansjera, Marcin Pospieszalski w roli aranżera, Damian Styrna - scenografa, a Wojtek Kościelniak w roli reżysera przedsięwzięcia też będzie w Opolu debiutantem. Dzięki tym zbieżnościom wszyscy poniesiemy debiutancką odpowiedzialność.

Nie wahał się Pan?

Miałem wątpliwości jak za każdym razem, kiedy podejmuję się czynności, której nigdy wcześniej nie wykonywałem. Ale Tadeusz Kantor sformułował taką bardzo piękną myśl, że artysta to jest osoba, która ma obowiązek wykonywać rzeczy, których nie potrafi, a nie te, które już umie. Bo tylko wtedy będzie się rozwijać. Prowadzę własne koncerty, na których zapowiadam swoje piosenki i być może to doświadczenie pomoże mi przedstawić młodych ludzi tak, jak przedstawiłbym siebie.

Powiedział Pan kiedyś, że Wojciech Młynarski w pewnym sensie został skrzywdzony, że zgadzał się na występy np. w Opolu, podczas gdy stworzony jest do zupełnie innych, kameralnych występów. Pan w Opolu będzie czuł się podobnie?

Kilka lat temu podjęliśmy ryzyko, przyjmując zaproszenie Jurka Owsiaka na Woodstock do Żar. Zagraliśmy przed blisko 300 tysiącami ludzi. Kiedy już raz wystąpi się przed tak liczną publicznością, amfiteatr w Opolu jawi się jako kameralny. Wierzę, że tam również można zbudować intymną atmosferę. Zaśpiewać piosenkę tak, żeby publiczność ją usłyszała. Trzeba tylko wiedzieć, co się robi.

Za parę dni przedstawi Pan w Opolu ludzi, którzy na takiej scenie pojawią się po raz pierwszy. A Pan pamięta swój pierwszy raz na scenie?

W Poznaniu, na giełdzie piosenki. Miałem wtedy 17 lat i w którymś z klubów studenckich odważyłem się zaśpiewać z gitarą. Wystąpiłem solo z własnymi piosenkami, które przeszły kompletnie niezauważone. I tak jak tam przyszedłem, tak poszedłem do domu (śmiech).

Zniechęcające.

Nie, bardzo się cieszyłem, bo to był absolutnie pierwszy publiczny występ. Autonomicznie podjęta decyzja. Zaryzykowałem. Wszystko przeprowadziłem sam, łącznie z przełknięciem tak zwanej porażki. Chociaż nie liczyłem wtedy na zwycięstwo. Zwycięstwem było dla mnie to, że odważyłem się wystąpić przed ludźmi. Mimo że zawiodło mnie wszystko to, w co wcześniej włożyłem wiele pracy. Pisanie piosenek, doskonalenie gry na gitarze. Wszystko wyszło inaczej, niż sobie zakładałem. Puściły nerwy. Ale to mi pokazało też coś bardzo cennego: że niepotrzebnie przykładałem tak wielką wagę do czegoś, co można po prostu wykonywać jako czynność.

No właśnie, bo tak do dzisiaj nazywa Pan swoje śpiewanie: zwykła czynność. Nic wzniosłego.

Na początku śpiewanie zabierało mi dużo nerwów. To wynikało oczywiście z braku doświadczenia. Byłem całkowitym naturszczykiem, nie miałem nikogo, kto by mną pokierował, więc obecność na scenie mnie zżerała.

Ale jednak nie zżarła.

A przy okazji doszedłem do wniosku, że ,,moje" śpiewanie to powinno być śpiewanie polegające po prostu na przekazywaniu treści bez zakłóceń i bez poczucia misjonarstwa. Zwyczajne obcowanie z ludźmi. Rozmowa.

Jest Pan dyplomowanym technikiem zbiorowego żywienia.

Stojąc na scenie, nie ma Pan czasami poczucia, że wykonuje właśnie swój wyuczony zawód? Nie czuję się w żaden sposób dawcą pokarmu dla kogokolwiek, bo ani nie mam takiej siły duchowej, ani nie żywię do tego żadnych ambicji.

A z drugiej strony mówi Pan, że artysta powinien swojemu odbiorcy poszerzać horyzonty. To według Pana nie jest misja?

Nie chcę nikogo edukować. Wiem, że często odbiorcy są znacznie bardziej wyedukowani niż sam artysta. Nigdy nie wiadomo, kto siedzi na widowni i przed kim człowiek ujawnia właśnie swoje tajemnice i słabości. Moje zadanie polega na publicznym poszukiwaniu tego, co ja sam chcę znaleźć. I być może znajdą się też inni, których to poszukiwanie zainteresuje albo którzy nie wiedzieli, że można szukać w taki sposób. Ale wtedy to oni sami, na własną rękę - jedynie w mojej obecności - będą sobie poszerzać własne horyzonty. Nie chciałbym brać na siebie odpowiedzialności za czyjąś wyobraźnię.

Dlatego chce Pan być tylko przewodnikiem.

Przyrównując występ do wycieczki, przygody. Słuchacz przychodzi zaciekawiony, dokąd pojedziemy, ale w którymś momencie ta podróż może stać się trudna emocjonalnie, bo wiem, że słowem i muzyką można zrobić bardzo wiele. Mając złe intencje, można skrzywdzić, mając dobre - uleczyć, wprowadzić w dobry nastrój.

Jak terapeuta.

Terapeutą też się nie czuję. Ale kiedy się już decyduję, aby ze sceny kogoś przez chwilę poprowadzić, to biorę go za rękę i nie puszczam przez cały czas trwania wycieczki.

To działa w obie strony? Zdarza się, że Pan też pozwala wziąć się za rękę swojemu słuchaczowi, daje się poprowadzić?

Zdarza się, że publiczność z nadwyżką oddaje to, co do niej popłynęło. Przyjemne uczucie.

Wyraża Pan swoją ocenę polskiego rynku muzycznego, branży, mówiąc, że mógłby Pan nie śpiewać, gdyby tylko miał pewność, że zrobi to ktoś inny. Bo ważna jest treść, a nie osoba wykonującego piosenkę artysty.

Nikogo nie oceniam. Mówiłem w swoim imieniu. Bardzo wziąłem sobie do serca myśl Leonarda Cohena przeczytaną prawie 30 lat temu, żeby nie zastępować słowa swoją osobą, ale pozwolić mu żyć, bo jeżeli nadawca się wycofa, słowo zyska na ważności. Stosuję się do tej reguły, chociaż wiem, że w sztuce nie ma żadnych reguł.

I to dzięki tej zasadzie mógł Pan zaśpiewać piosenki Agnieszki Osieckiej czy Wojciecha Młynarskiego?

Być może właśnie dlatego. Bardzo szanuję drogę obojga tych artystów i ich sposób dobierania słów. U źródeł takiego pisania jest poezja i chociaż ja sam piszę w zupełnie inny sposób, to ten jest mi również bardzo bliski. To są piosenki, które same się nawet nie śpiewają, ale opowiadają. Budząc w wyobraźni odbiorcy najróżniejsze obrazy i skojarzenia. One biegną z serca do serca.

Powiedział Pan, że przestaje tolerować swoją charakterystyczność. Męczy się Pan ze sobą?

(śmiech) Na początku artystycznej drogi człowiek bardzo się cieszy, że jest rozpoznawalny, że jego brzmienie jest rodzajem wyróżnika wśród tłumów. Wystarczy otworzyć usta i wszyscy wiedzą, kto gra. Komfortowa sytuacja. Ale przychodzi moment - mówię to z pozycji osoby będącej na scenie prawie 20 lat - w którym chciałoby się zabrzmieć inaczej, a inaczej zabrzmieć się nie da. Bo do dyspozycji ma się tylko ten rodzaj barwy, który został darowany przez Pana Boga. Rodzi się w człowieku pokusa, żeby uciec od tej charakterystyczności, bo być może inne rejony są ciekawsze. Rodzi się bunt.

I frustracja?

I frustracja.

Któregoś dnia człowiek się budzi i ma w głowie wszystko, czego szukał, tak Pan uważa. Już się Pan tak obudził?

Nie.

To dobrze?

Nie wiem.

A jak się to zdarzy, straci Pan ciekawość życia?

Być może, a być może poczuję wielką ulgę. Ale to jest pytanie do tych, którzy już tę iluminację mają za sobą.

Na co dzień szuka Pan proporcji w piosence, w życiu też?

Do braku tych proporcji rzeczywiście muszę się przyznać. I nie umiem tego przed samym sobą wytłumaczyć, tym bardziej że nie należę do pracoholików. Jednak kiedy zagłębiam się w muzykę, czyli w pracę, to mnie nie ma. Od bardzo dawna gramy ponad 100 koncertów rocznie, a bywały lata, kiedy w domu nie było mnie ponad 200 dni w roku. W pędzie się nie myśli. Jednak kiedy człowiek się na chwilę zatrzyma, przychodzi znużenie i zmęczenie. I myśl o odpoczynku.

I o tym, żeby móc pozwolić sobie na coś więcej niż tylko "kontakty słowne". Co ma Pan na myśli, opisując poranek słowami: szybkie śniadanie, "kontakty słowne", potem szkoła, praca?


Nic więcej poza tym, że poranki są trudne, kiedy odwozi się do szkoły i przedszkola dzieci w wieku od 5 do 15 lat przez 9 i 13 lat. Każdy potrzebuje chwili rozmowy, a najczęściej wszyscy mówią na raz. Bywa ciężko, ale określenie ,,kontakty słowne" nie ma sugerować, że wcale ze sobą nie rozmawiamy. W sensie komunikowania się jesteśmy normalną włoską rodziną (śmiech).

Czyli liczną i…?

Włoską, czyli polską, czyli bardzo temperamentną.

Śpiewa Pan ,,Trudno nie wierzyć w nic" i deklaruje, że wierzy w ludzi. Z drugiej strony mówi, że są tacy, którzy podskakując wyżej własnego tyłka, albo sobie ten tyłek zjadają, albo znajdują się w nieuprawnionym miejscu nad głowami innych. Taka obserwacja raczej nie napawa wiarą w człowieka.

Kiedy nie jesteśmy przygotowani do kroku, który właśnie robimy, to albo naderwiemy sobie więzadła, albo się potkniemy i przewrócimy. A z drugiej strony, kiedy już uda nam się unieść wyżej, niż mentalnie jesteśmy na to przygotowani, to pozostaniemy samotni. Bo zdarzył się po prostu przypadek, który wyniósł nas ponad innych, a my tak naprawdę nie wiemy, co z tym uniesieniem zrobić. Ale to nie dzieje się na szczęście masowo.

Panu się zdarzyło?

Mam nadzieję, że nie.

Kiedy ktoś zarzuca, że nie nadaje się Pan do śpiewania, mówi Pan, że wielka jest siła ułomności. Komfortowy dystans do samego siebie.

Jeżeli podejrzewa się mnie o kompetencje wykształconego piosenkarza, to nie jestem piosenkarzem. Jeżeli podejrzewa się mnie o kompetencje wykształconego instrumentalisty, to nie jestem instrumentalistą. Jeżeli podejrzewa się mnie o kompetencje zawodowego literata, również nim nie jestem. Ale nie przyrównując się do żadnego ze znanych nazwisk, powiem tak: Josifa Brodskiego również nie uznano za poetę, bo nie był dyplomowanym poetą, a Bob Dylan nie jest zawodowym muzykiem. Podobnie było z Wysockim czy Okudżawą. Takich ludzi jest bardzo wielu. To, że ktoś jest technikiem żywienia zbiorowego, mechanikiem, cukiernikiem czy kierowcą, nie pozbawia go prawa do kontaktowania się z ludźmi. Jeżeli ci ludzie mają ochotę go słuchać, prawda?

Więc odniósł Pan sukces, prawda?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, więc z chęcią odpowiadam, że nie.

Bo to ucina rozmowę. A szczerze?

Nigdy nie robiłem nic dla sukcesu. Tak jak wtedy, kiedy na giełdzie piosenki zdecydowałem się wystąpić z gitarą. Jeżeli pani uważa, że sukcesem jest pokonanie własnej słabości, to tak, w tym sensie odniosłem sukces.

I nie ma to nic wspólnego z byciem zauważonym w komercyjnych stacjach radiowych, bo tam Was nadal nie ma.

To jest fenomen naszego rynku, że nie będąc obecnym w mediach, skupia się wokół siebie wielką publiczność. Albo raczej odwrotnie (śmiech). Gwarancja, że bilety na każdy kolejny koncert sprzedadzą się na trzy tygodnie przed nim to bardzo przyjemne uczucie.

I nigdy się Pan nie bał, że ludzie nie przyjdą?

Mamy taką zasadę, że gramy koncert zawsze, kiedy na widowni jest chociaż o jedną osobę więcej niż na scenie. Zagraliśmy takie dwa, na początku lat 90. w Opolu i Polkowicach. Oba do dzisiaj doskonale pamiętam. Dwa bardzo dobre i pouczające dla mnie spotkania. Potrafię w takich momentach podjąć wyzwanie.

Bo artysta ma obowiązek bycia przekornym.

Przekora jest mile widziana.

Pan jest przekorny.

Bywam, ale coraz rzadziej.

Bo się Pan starzeje?

Bywam, ale coraz rzadziej (śmiech).

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.