Menu Region

Żołnierz także ma prawo do paniki

Żołnierz także ma prawo do paniki

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Andrzej Krajewski

1Komentarz Prześlij Drukuj
Przemożny strach pozbawiający ludzi rozsądku i autokontroli to na polu walki rzecz naturalna. Gorzej jeśli ani polska armia, ani wymiar sprawiedliwości nie mają pojęcia, jak odnosić się do tego zjawiska - pisze historyk i publicysta "Polski"
Wedle orzeczeń biegłych żołnierze, którzy ostrzelali wioskę Nangar Khel, mogli działać w stanie ograniczonej poczytalności z powodu stresu bojowego. Kierując w tym tygodniu akt oskarżenia do sądu, Naczelna Prokuratura Wojskowa w Poznaniu uznała, iż może to być okoliczność łagodząca w przypadku trzech szeregowców i jednego oficera.

U pozostałych oficerów zdaniem prokuratorów ten syndrom nie wystąpił.
To, czy żołnierzy dotknął tzw. syndrom stresu pola walki, może okazać się w procesie jedną z kwestii kluczowych przy orzekaniu wysokości kary. I zapowiada się nielichy dylemat, bo podobnie jak polskie wojsko, ani sądownictwo, ani biegli wyraźnie nie bardzo wiedzą, jak podejść do tego problemu, choć jest to zjawisko równie stare jak wojny. Wbrew bowiem wyobrażeniom stworzonym przez przygodowe książki i hollywoodzkie filmy pola bitewnego nie zapełniają nieustraszeni bohaterowie, lecz spanikowani ludzie. Wyprawiają oni nieraz absurdalne wprost rzeczy.

Przez wieki, żeby zmusić żołnierzy, aby zajęli się przede wszystkim wzajemnym zabijaniem, uciekano się do wzbudzenia w nich uczucia desperacji lub strachu większego niż lęk przed śmiercią. Grecki wódz Klearch rzecz tę ujmował w lakonicznych słowach: "żołnierz więcej bać się powinien swego przełożonego aniżeli nieprzyjaciela".

Osiągano to poprzez karanie za tchórzostwo lub niesubordynację natychmiastową egzekucją. Drugi sposób na przeciwdziałanie panice zastosował ponoć jako pierwszy dowodzący armią Syrakuz w wojnie z Kartaginą (lata 311-306 p.n.e.) Agatokles. Gdy jego żołnierze wylądowali w Afryce, polecił spalić okręty. Wszyscy zrozumieli, że nie mają żadnej alternatywy poza desperacką walką.

Choć od wieków obydwu metod używała właściwie każda armia, historycy odnotowywali coraz to nowsze zdarzenia nazywane bitewną paniką - wyróżniając jej dwa rodzaje. Pierwszy polegający na niekontrolowanych poczynaniach lub bezrozumnej ucieczce oraz drugi objawiający się "skamienieniem" ze strachu. Takie zachowania często i z byle w powodu zdarzały się najbardziej zaprawionym w bojach weteranom.

W październiku 1683 r., niedługo po wspaniałym triumfie pod Wiedniem, ci sami żołnierze, dowodzeni przez króla Jana III Sobieskiego, ogarnięci bezrozumnym strachem umknęli z pola walki pod Parkanami. Wybuch irracjonalnej paniki wśród weteranów wywołał fakt, że na tyłach armii spostrzeżono turecki oddział, a Sobieski rzucił przeciw niemu regiment husarzy. Widok oddalającej się nie w tę stronę, co główne siły wroga jazdy, sprawił, że cała armia rzuciła się do ucieczki. Sam król ledwie uszedł z życiem.

Kiedy w XIX w. badacz wojen napoleońskich pułkownik Vauvilliers zadał sobie trud policzenia, ile razy w oddziałach armii Napoleona dochodziło do wybuchów paniki, odkrył rzeczy, które zadziwiły nawet jego. Odnalazł bowiem aż 300 przykładów zbiorowej histerii dotykającej całych oddziałów najlepszej armii ówczesnej w Europy. Ostatni miał miejsce podczas decydującej o losach cesarstwa bitwy pod Waterloo w czerwcu 1815 r.

Uczestnik wojny Krymskiej (1853-1856) Ardant du Picq opisał, jak był świadkiem sceny, gdy podczas jednej z bitew natknęły się na siebie w wąskim wąwozie dwa wrogie oddziały. Oba stanęły na dłużej zmrożone swym widokiem: "a potem, jakby zapominając o tym, że mają karabiny, zaczynają rzucać w siebie kamieniami i cofać się. Żadna z tych grup nie ma dowódcy, który zdecydowałby się porwać je naprzód, żadna z nich nie ma odwagi pierwsza rozpocząć ogień z obawy, aby równocześnie druga broni nie użyła" - opisywał. Obydwa oddziały po tym, jak obrzuciły się kamieniami, uciekły, nie oddając ani jednego wystrzału.

Obserwacje, jakie poczyniono podczas tej wojny, dały początek badaniom prowadzonym (psychologia znajdowała się jeszcze wtedy w powijakach) nad zaburzeniami w ludzkim zachowaniu, zdarzającymi się pod wpływem ogromnego stresu. Dekadę później po słynnej bitwie pod Gettysburgiem, po zebraniu z pola walki 27 tys. porzuconych strzelb, odkryto, że 90 proc. z nich była nabita, a połowa nabita wiele razy. Żołnierze ładowali więc do luf ładunki prochowe i naboje, po czym ... zapominali je wystrzelić. Jedna ze strzelb miała wepchnięte do lufy aż 23 ładunki prochowe.

Prawdziwą kopalnią informacji na temat ludzkich zachowań w sytuacjach ekstremalnych stały się dwie wojny światowe. Dopiero wówczas naukowcy, ale i wojskowi, zauważyli, iż proceder wzajemnego zarzynania się na masową skalę wcale nie jest zachowaniem naturalnym dla zdrowych psychicznie (przynajmniej początkowo) ludzi. Wręcz przeciwnie, uczestniczenie w takich wydarzeniach zupełnie rujnuje osobowość człowieka.

Pierwsi tym problemem w sposób systematyczny zajęli się Amerykanie. Skłonił ich do tego fakt, że w ciągu II wojny światowej z powodu chorób psychicznych i załamań nerwowych armia USA musiała odesłać do cywila aż 525 tys. żołnierzy i oficerów. Już pierwsza ankieta przeprowadzona wśród oddziałów liniowych we Włoszech w 1944 r. przyniosła informację, że aż 83 proc. zapytanych widziało na polu walki kolegę przechodzącego załamanie nerwowe (ciekawe, czy w polskiej armii ktoś prowadził podobne analizy?).

Tuż po wojnie wyniki swoich badań opublikowała Samuel Lyman Atwood Marshall. Udowodniła w nich, że na polu bitwy jedynie ok. 15-20 proc. amerykańskich żołnierzy celowało i strzelało tak, by zabić wroga. Reszta albo waliła w powietrze, albo trwała w bezruchu sparaliżowana strachem.

Wprawdzie od kilku lat w USA podważa się prawdziwość tych ustaleń, lecz za ich sprawą zupełnie zreformowano zarówno system szkolenia, jak i traktowanie panikarzy. To, że ktoś nie panuje nad strachem w sytuacjach krańcowych, uznano za zjawisko naturalne. W armii przestano stawiać takich ludzi przed plutonem egzekucyjnym, lecz wyławiano jeszcze podczas szkolenia i odsyłano do domów.

Do wiadomości przyjęto także wyniki badań amerykańskiego neurofizjologa Paula MacLeana. Ustalił on, iż w sytuacji zagrożenia życia, jaka ma miejsce na polu walki, organizm ludzki zamienia sposób swego funkcjonowania, nastawiając się na jak najszybsze reakcje. Wówczas to ograniczone zostają funkcje tzw. nowej kory mózgowej, czyli części mózgu właściwej gatunkowi homo sapiens. Działa ona zbyt powoli, więc głównym ośrodkiem decyzyjnym zostaje starsza część mózgu.

W sytuacji skrajnego stresu zachowaniem ludzi kierują te same ośrodki mózgowe, co sterujące instynktownym postępowaniem prymitywnych ssaków. Stąd nawet najdoskonalsze szkolenie nie gwarantuje, że żołnierze zawsze będą postępować racjonalnie.

Dość przypomnieć, że w 2007 r. w Afganistanie na szosie koło Dżelalabadu jadącemu w małym konwoju plutonowi amerykańskich komandosów nagle zaczęło się zdawać, że czyha na nich zasadzka. W panice zaczęli więc uciekać, strzelając na oślep oraz taranując napotkane samochody. W efekcie zabito ok. 30 niewinnych cywilów. Ów oddział natychmiast przetransportowano do USA i jakoś nie słychać nic na temat procesu w sprawie popełnionej wówczas zbrodni.

Dzięki Bogu polskim żołnierzom jeszcze coś takiego się nie przydarzyło, acz chyba cudem. Bo jeśli chodzi o kwestię literatury fachowej, mającej przygotować kadrę oficerską do radzenia sobie ze stresem pola walki, to jedyne całościowe kompendium, jakie jest dostępne, zostało wydane przez MON w 1969 r.

Owa książka Stanisława Koniecznego pt. "Panika wojenna" zaleca dowódcom m.in. spacer po przedpolu okopu pod ostrzałem, by dać przykład podwładnym, zajęcie ich nauką języków obcych, by odwrócić uwagę od zagrożeń lub zamówienie na linię frontu fryzjera - bo strzyżenie rozładowuje napięcie. Jeśli więc tak wygląda teoretyczne i praktyczne przygotowanie polskich żołnierzy jadących do Afganistanu, to pozostaje się cieszyć, że casus wioski Nangar Khel jest odosobnionym przypadkiem. A nadchodzący proces powinien dotyczyć nie tylko winy osobistej oskarżonych, ale też odpowiedzialności dowództwa armii i polityków nadzorujących MON.
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Niedostepne tylko dla autora

+77 / -74

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Hajagriwa (gość)  •

Szanowny Panie Krajewski, literatura nt. stresu pola walki i traum wojennych okazuje sie niedostepna chyba tylko wylacznie dla Pana, bo MON co najmniej od 7 lat zajmuje sie problemem. Wyksztalcil duza grupe psychologow, ktorzy przygotowuja zolnierzy do wyjazdow w rejony dzialan wojennych, a tazke pracuja z osobami po powrocie z misji. Wydano sporo literatury fachowej na ten temat. Proponuje staranniej podejsc do tematu, a nie zatrzymywac sie w poszukiwaniach na roku 1969.

odpowiedzi (0)

skomentuj