Menu Region

Śmierć w drodze do domu

Śmierć w drodze do domu

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Łukasz Krajewski

Prześlij Drukuj
O godz. 6.30 tuż przed tablicą z nazwą miejscowości Indija autokar na prostej dwupasmowej drodze ekspresowej nagle skręcił w prawo, wyjeżdżając poza pobocze. Kierowca próbował jeszcze wrócić na jezdnię. Koła buksowały jednak na trawie przez 100 m. Pojazd przechylił się, upadł na bok i zsunął się do rowu. Dach i prawy bok zorały kilkadziesiąt metrów ziemi.
Autokar był pełen rodziców z dziećmi. Większość dorosłych to pracownicy kopalni Ziemowit w Lędzinach. Wracali z kolonii w Kraniewie w Bułgarii.

Gdy na miejsce przyjechali ratownicy, wydobywali spod pogiętej blachy pokrwawione ciała. Wielu spośród 40 rannych osób jest w ciężkim stanie. - Dziesięcioro z nich niemal od razu trafiło na stoły operacyjne - opowiada "Polsce" Dorota Rasińska-Samoćko, rzecznik polskiej ambasady w Belgradzie. Jednemu dziecku lekarze musieli amputować rękę.

Rannych przewieziono do dwóch szpitali w Nowym Sadzie. - 25 osób, które odniosły lżejsze rany, umieściliśmy w sali konferencyjnej. Mają tylko potłuczenia i złamania - relacjonuje "Polsce" jeden z pracowników kliniki.

W Polsce tragedię przeżywali rodzice i krewni ofiar wypadku. Zebrali się w biurze dyrekcji kopalni Ziemowit w Lędzinach.

Pierwsze osoby zaczęły przychodzić ok. godz. 10. Kobiety płakały. Niektórzy mieli ze sobą plecaki. Kopalnia obiecała im transport do poszkodowanych w wypadku dzieci. Chcieli wyruszyć natychmiast.

Jacek Sieradzki tuż przed godz. 7 poszedł do biura Solidarności 80. - O której dzieci wracają z Bułgarii? - zapytał. W odpowiedzi usłyszał: - Jest źle. Był wypadek. Są ranni i zabici.

- To był cios. Byłem jak nieprzytomny. Dali mi do ręki dwie kartki z numerami telefonu. O mojej Ewelince nic nie powiedzieli. Nie wiem nawet, czy żyje - denerwował się.

Wczoraj o godz. 15 polski konsulat w Serbii podał pierwsze nazwisko ofiary - Natalia Zwolińska. MSWiA wysłało po rannych rządowy samolot.

Rozpoczęły się dyskusje na temat przyczyn tragedii. Grażyna Ścibisz, przedstawiciel organizatora wyjazdu, firmy InTour Beskidy, obwinia kierowcę. - Zawinił człowiek - twierdzi.

Serbska policja nie podaje oficjalnej przyczyny wypadku. Przesłuchuje świadków. Obaj kierowcy, którzy przez całą noc prowadzili na zmianę autokar, zeznali, iż zmienili się o godz. 5 rano, czyli 1,5 godz. przed wypadkiem. Tuż przed zdarzeniem odpoczywający szofer miał poprosić kolegę, by zgasił światło wewnątrz pojazdu. Gdy kierowca autokaru sięgnął do przycisku, na chwilę puścił kierownicę. Wtedy autokar miał zjechać z drogi.

W taką wersję wydarzeń nie wierzy Jan Pawlak, właściciel firmy transportowej, który od 15 lat jeździ takimi modelami neoplanu jak ten rozbity w Serbii.
Według Pawlaka problem leży gdzie indziej. Organizatorzy wycieczek popełniają grzech chciwości - chcą taniego i szybkiego transportu, a to oznacza brak noclegu.
Druga sprawa to wysłużony sprzęt. Autobus, który wypadł z szosy, miał 15 lat. Główny Inspektorat Transportu Drogowego stwierdził, że właściciel firmy nie wystąpił o licencję dla neoplanu na wyjazd poza granicę kraju.

Wsp. amc


Kilkadziesiąt osób ginie każdego roku w wypadkach polskich autokarów

- 29 marca tego roku w Austrii w wypadku autobusu zginął 41-letni mężczyzna, a 30 osób zostało rannych, w tym 10 ciężko. Polski kierowca miał według tamtejszej policji zasnąć za kierownicą.
- 22 lipca we Francji w pobliżu Grenoble na górskiej drodze pojazd wypadł z drogi - zginęło 26 pielgrzymów.
- 16 czerwca jadący z Medjugorje na Węgrzech autokar z pielgrzymami dachował na poboczu drogi. Zginął jeden turysta, rannych zostało 27 osób.
- 13 kwietnia jadący z Sharm El Sheikh w Egipcie autokar zderzył się z ciężarówką. Zginęła jedna osoba, a 9 odniosło obrażenia.
- 29 kwietnia w dwóch wypadkach autokarów w Czechach rannych zostało 10 osób.
1 lipca na tej samej trasie na Węgrzech autokar wypadł z drogi. Zginęło wtedy 19 osób.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się