Menu Region

Polacy zagrali jak nigdy, a skończyło się jak zawsze

Polacy zagrali jak nigdy, a skończyło się jak zawsze

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rafał Musioł, Piotr Wierzbicki Klagenfurt, Austria

2Komentarze Prześlij Drukuj
Dobry mecz rozegrali wczoraj Polacy w Klagenfurcie. Zespół Leo Beenhakkera napędził Niemcom sporo strachu, pokazał kilka niezłych akcji, ale w świat poszedł wynik: dwa gole i trzy punkty trafiły na konto niepokonanej we wszystkich 16 już starciach z biało-czerwonymi naszych zachodnich sąsiadów.
Pierwszy rozdział w historii występów Polaków w mistrzostwach Europy został więc napisany bez pomyślnego zakończenia. Rozdziały numer dwa i trzy, czyli potyczki z Austrią (12.06) i z Chorwacją (16.06) będą już grą o wszystko.

Ulewny deszcz i piekące słońce - niedzielna popołudniowa pogoda była nieprzewidywalna jak taktyka wybrana przez Leo Beenhakkera. Zdezorientowani kibice na przemian wkładali i ściągali płaszcze przeciwdeszczowe, ale nie tracili optymizmu, szczególnie gdy nad stadionem Worthersee pojawiła się tęcza.

Bo ten mecz miał być inny niż wszystkie, a ich droga na stadion miała być drogą do przeżyć, jakie były udziałem ich ojców, pamiętających sukcesy zespołu Kazimierza Górskiego. Dlatego właśnie na kartkę ze składem czekano niczym na klucz do szyfru wiodącego prosto do umysłu Leo Beenhakkera, a stamtąd do wymarzonego zwycięstwa.

Holenderski szkoleniowiec od dawna bowiem powtarzał, że znalazł sposób na rywala, który przecież wcześniej połamał już zęby najlepszym piłkarzom znad Wisły. Jeden napastnik czy dwóch, Roger w wyjściowym składzie czy na ławce? O godz. 18 wszystko było jasne.

Beenhakker właściwie niczym nie zaskoczył, choć najdłużej zastanawiał się, czy wystawić Brazylijczyka z polskim paszportem czy Macieja Żurawskiego, bo takie ustawienie bez kapitana kadry testował na treningach. Kod zwycięstwa i tak musiał być zapisany bezpośrednio w głowach jego zawodników, bez względu na to, w jakim mieli zagrać zestawieniu.

Wiara w ich sukces znalazła echo podczas odgrywania hymnów. Nikt nie miał wątpliwości, że Polacy znów - jak w mundialu dwa lata temu - grają "u siebie". Co prawda od razu zamigotały skojarzenia, że wtedy to wcale nie okazało się atutem, bo - może z winy Pawła Janasa - zamieniło się w presję, która reprezentantów przytłoczyła.

Teraz jednak na ławce zasiadł Leo, a to diametralnie powinno zmienić postać rzeczy. - Jestem spokojny, jak niemowlak o poranku - rzucił Beenhakker do dziennikarzy, gdy wyprowadził swój zespół na sobotni trening na stadionie w Klagenfurcie. Jego podopieczni też wyglądali na wyluzowanych.

A kapitan reprezentacji Maciej Żurawski w imieniu zespołu publicznie poprosił o doping, który miał dodać biało-czerwonym skrzydeł.

Zgodnie z tym życzeniem już pierwszy dźwięk gwizdka norweskiego sędziego, Toma Henninga Ovreboe, utonął w hałasie wytwarzanym przez 30 tys. kibiców, z których dwie trzecie stanowili fani biało-czerwonych. Po tej samej stronie stanęła większość kibiców neutralnych: Niemcy w Austrii nie są darzeni sympatią. Niemieccy dziennikarze z dużą pewnością siebie zapewniali natomiast, że fani z ich kraju przyjadą na mistrzostwa dopiero na fazę ćwierćfinałową. To jednak nie nasz problem: wczoraj Klagenfurt mówił po polsku, a stadion zamienił się w biało-czerwony kocioł.

Polscy piłkarze też od razu ruszyli z impetem podobnym do ponaddźwiękowego myśliwca, który z grzmotem przeleciał nad stadionem kilka minut przed rozpoczęciem meczu. Po 45 sekundzie błąd popełnił Jens Lehmann, na którego mocno liczyli nasi napastnicy, ale Jacek Krzynówek znalazł się za bardzo pod piłką, by oddać celny strzał.

Ofensywna gra ekipy Beenhakkera była szokiem nie tylko dla rywali, również boczny arbiter wyraźnie się nad tym zadumał, bo nie zareagował na spalonego Mario Gomeza. Na szczęście sprawiedliwości stało się zadość, bo piłka minimalnie minęła słupek po lewej ręce Artura Boruca.

Od tego momentu mecz stał się wojną. Piłkarze wymieniali nieuprzejmości, ale - co najważniejsze - w oczach i grze Polaków nie było strachu sprzed dwóch lat. Twarda postawa i ustawiona ryzykownie ustawiona obrona przynosiła efekty do 20 min. Wtedy właśnie boczny arbiter znów nie dostrzegł minimalnego spalonego Klosego, ten podał do Lukasa Podolskiego i gliwiczanin bez skrupułów dopełnił formalności, choć trzeba mu przyznać, że nie okazał przesadnej radości.

Mecz Polski z Niemcami zaczął się więc jak nigdy, za to wynik na tablicy pojawił się taki jak zawsze, w dodatku skaleczyli nas rodacy. - Nic się nie stało! - ryknęły trybuny i po chwilowym oszołomieniu piłkarze w to uwierzyli. Ruszyli do ataku, nękali obrońców, a najlepszą okazję zmarnował Żurawski, który uderzył nieczysto i niecelnie. Na szczęście mylili się i rywale, choć błąd Jacka Bąka przy linii bocznej mógł drogo kosztować.

Nastroje w przerwie były średnie, ale na trybunach zabawa trwała w najlepsze. Wtopieni w tłum policjanci oraz ich mundurowi koledzy nie mieli lepszego zajęcia niż wypatrywanie co ładniejszych fanek, a ten estetyczny mecz Polska wygrywała do zera. W tym czasie za zamkniętymi drzwiami szatni Beenhakker i Joachim Löw rozgrywali korespondencyjną partię szachów. Holender po raz kolejny musiał udowodnić, że jest mistrzem psychologii i natchnąć Polaków wiarą w sukces.

Na nowej szachownicy selekcjonera zabrakło miejsca dla Żurawskiego (w pierwszej połowie przebiegł aż 5,52 km, więcej pokonał tylko Dariusz Dudka). Beenhakker postanowił wprowadzić w życie wariant, nad którym tak długo się zastanawiał.

Roger, który dla Niemców był zagadką - z tego powodu w przedmeczowych wypowiedziach nieco się go obawiali - zajął miejsce w środku boiska i już w pierwszych dwóch akcjach zakręcił rywalami. Niestety, orientacją w jego zamysłach nie wykazywali się partnerzy z drużyny. Powstało więc pytanie, czy z chaosu powstanie jednak coś twórczego?

Na uzyskanie odpowiedzi czasu było sporo: 45 minut z nieustającym dopingiem naszych kibiców w tle. Roger szybko zyskał ich uznanie, brał udział we wszystkich ofensywnych akcjach, a ponieważ zasób sił miał spory, to momentami mecz z Niemcami toczył niemal w pojedynkę.

Rywale zdołali jednak przetrwać jego napór, co więcej, Podolski po błędzie Pawła Golańskiego (chwilę wcześniej trenerzy pytali, czy chce zejść, bo narzekał na ból kolana) raz jeszcze pokonał Boruca i po ostatnim gwizdku zawibrował z polskich sektorów pełen żalu jęk, który... zamienił się w owację będącą wyrazem wiary w to, że to Euro nie jest jeszcze dla Polaków turniejem przegranym.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

vMZCaEbP

+1 / -2

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

ouBkrdGa (gość)  •

dbfYfa qqlipnhvzheq, [u**********geqcdeiilkuk.com/]geqcdeiilkuk[/url], [link=http://xmzxvhagbqdr.com/]xmzxvhagbqdr[/link], http://cfqsuprjhosr.com/

odpowiedzi (0)

skomentuj